Ks. Tadeusz Ryłko
N A J W I Ę K S Z A
J E S T
M I Ł O Ś Ć
Kraków 1998
Słowo autora
Książeczka niniejsza zamyka cykl opracowań trzech cnót teologalnych: wiary, nadziei i miłości, z nich zaś Największa jest miłość. Uwzględniono w niej bardzo wiele sformułowań Katechizmu Kościoła Katolickiego. Powstanie takiego opracowania można umotywować potrzebą przyswojenia katechizacji nowych ujęć nauki o miłości zawartych w nowym Katechizmie, który z kolei odwoływał się do dokumentów Soboru Watykańskiego II. Tenże Katechizm, powołując się na Katechizm Rzymski twierdzi: 'Jedyny cel nauczania należy widzieć w miłości, która nigdy się nie skończy. Można bowiem doskonale przedstawić to, co ma być przedmiotem wiary, nadziei i działania, ale przede wszystkim trzeba zawsze ukazywać miłość naszego Pana, by wszyscy zrozumieli, że każdy prawdziwie chrześcijański akt cnoty nie ma innego źródła niż miłość ani innego celu niż miłość' (K 25).
W rozważaniach o miłości do Boga szeroko uwzględniono drugą część wielkiego przykazania miłości, a mianowicie miłość do bliźniego ze względu na miłość Bożą. Jest to jeden z najważniejszych sposobów okazania miłości Bogu. Akcent położono nie tyle na czynach dobroci, ile na tworzeniu wspólnoty osób przez miłość: rodzinnej, sąsiedzkiej, środowiskowej, pracowniczej, odpoczynkowej, kulturowej, religijnej, narodowej, międzynarodowej. Zamiast uogólnień, próbowano dotrzeć do konkretnych sytuacji współczesnego Polaka, w których z trudem zdobywa się na miłość bliźniego. Uwzględniono współczesne zagrożenia dla miłości bliźniego.
W dodatku umieszczono wyznania miłości wobec Jezusa Chrystusa i zawierzenia Mu ludzi danych nam do miłowania.
Można mieć nadzieję, że książeczka niniejsza pomoże w przygotowaniu katechez szkolnych, spotkań z grupami oazowymi, z członkami ruchów religijnych, czy Akcji Katolickiej. Może też służyć jako pomoc do rozmyślania dla świeckich apostołów, gdyż cała jest nastawiona na nową ewangelizację. Sam autor przy pisaniu tej książeczki przeżył wiele pięknych zbliżeń z Umiłowanym Bogiem i odczuć więzów solidarności z innymi ludźmi, choć choroba nie pozwoliła mu na urzeczywistnianie wielu zamysłów. Życzę pożytecznej lektury!
Kraków 16 sierpnia 1998r.
00. Słowo autora
01. Wieloznaczność pojęcia miłość
02. Miłość najmniejszego kręgu
03. Miłość jako uczucie
04. Miłość osoby do osoby - solidarność i jedność
05. Miłość osoby do osoby - otwartość
06. Miłość osoby do osoby - życzliwość
07. Miłość oparta na sprawiedliwości
08. Miłość oparta na prawdzie i szczerości
09. Miłość to wolność i pokój
10. Miłość przez obecność i uczestnictwo
11. Miłość znaczona przebaczeniem
12. Czy miłujesz Mnie więcej?
13. Miłość przyjacielska? Przyjaźń?
14. Miłość dobrze urodzona i sublimująca
15. Miłość Boga jako dar i łaska
16. Przykazanie miłości Boga
17. Stwórcza miłość Boga
18. Miłość Boża, która się zwierza umiłowanym
19. Miłość Boża, która prowadzi do dobra
20. Bóg ujawnia swoją miłość w przymierzach
21. Lud Pierwszego Przymierza poznaje miłość Boga
22. Z miłości Bóg Syna swego dla nas dał
23. Mesjańskie posłannictwo miłości
24. Miłość mocniejsza niż śmierć
25. Miłość, która czyni nas dziećmi Bożymi
26. Przybranie za przyjaciół
27. Umiłowani czyli wszczepieni i wkorzenieni
28. Do końca nas umiłował
29. Miłość pocieszająca
30. Miłość uszczęśliwiająca
31. Cóż oddam Panu?
32. Miłość rozlana przez Ducha Świętego
33. Miłujmy nie tyle słowem, co czynem
34. Miłować Cię, Panie, to żyć dla Ciebie
35. Miłować, to przyoblec się w Niego
36. Miłować, to adorować
37. Miłować, to uwielbiać
38. W modlitwie prośby wyrazić chcemy miłość
39. W modlitwie wstawienniczej wyrażamy miłość
40. Dziękczynieniem wyrażać miłość
41. Codziennie wyznajmy miłość na modlitwie
42. Wyznać miłość rozmyślając o miłości Bożej
43. Wielka miłość - a kontemplacja
44. Uczyń serca nasze według Serca Twego
45. Przez miłość ku świętości i doskonałości
46. Miłość to oddawanie czci dla tego co święte
47. Okazać miłość w dniu świętym
48. Błogosławione owoce miłości
49. Miłość Boża w miłości bliźniego
50. Miłość Boża w miłości małżeńskiej
51. Miłość Boża w miłości rodzinnej
52. Radykalizm miłości Chrystusowej
53. Śladami Chrystusowej miłości
54. W miłości uprzywilejowani
55. Miłość Starszych Braci w wierze
56. Miłość wobec "obcych"
57. Miłość wobec wątpiących (niewierzących)
58. Miłość wobec odmiennie wartościujących
59. Miłość wobec przybyszów
60. Przez pracę okazać miłość Bogu i ludziom
61. Przez kulturę okazać miłość Bogu i ludziom
62. Miłość do Boga i ludzi - a czas wolny
63. Miłość Boga i ludzi w obronie najsłabszych
64. Miłość Boga i ludzi przez poszanowanie przyrody
65. W miłości nie ma ludzi "przegranych"
66. Cnota miłości
67. Miłość cierpliwa jest
68. Miłość w poszukiwaniu wspaniałomyślności
69. Miłość szuka zawierzenia
70. Miłować to posługiwać
71. Miłość nie unosi się pychą
72. Miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości
73. Kto rzeczywiście odłącza nas od miłości Chrystusa?
74. Grzech - progiem miłości do Chrystusa i ludzi
75. Grzechy przeciwne miłości
76. Nienawiść
77. Pogarda
78. Znieczulica
79. Dyskryminacja
80. Walka czy solidarność i miłość?
81. Dodatki
Jest takie słowo, które gości na ustach wszystkich ludzi, rzeczywistość, którą ono oznacza i stwarza jest uznawana jako wartość ze wszystkich najcenniejsza. Piszą o niej słowa uwielbienia, również Autor natchniony: „Jak piękna jest miłość twoja, siostro ma, oblubienico, o ileż słodsza miłość twoja od wina... Jak śmierć potężna jest miłość... Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki... Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu pogardzą nim tylko... Chora jestem z miłości” (Pnp 4, 11; 8, 6-7; 5, 8). Ale i słowa przekleństwa. Albowiem niektórzy z ludzi doznali doskonalącej i uszczęśliwiającej siły miłości; poddają się jej mocy, sycą się nimi i bogacą wielorako, w miłości widzą swe życiowe spełnienie. Ale są ludzie nieszczęśliwi w miłości, albo tacy, którzy prawdziwej miłości nie doznali, albo spotkali "złą miłość, zdradliwą, obłudną, podstępną. Ślady jednych i drugich znajdujemy w literaturze, poezji, dramacie, piosence, filmie, które przekonują, że bez miłości nie można żyć, a przynajmniej pięknie żyć. Stąd miłość jest wielkim tematem dialogu międzyludzkiego, treścią ludzkiej tęsknoty i oczekiwań, usilnych - czasem nawet szaleńczych - dążeń.
Słowo miłość jest wieloznaczne: jedni określają nim własne odniesienie do rzeczy, bogactwa, kariery, my określamy nim przede wszystkim odniesienia do osób (Boga, człowieka, grupy osób).
Wieloznaczność pojęcia miłości wynika z akcentowania pierwiastka cielesnego, zmysłowego, jak to ma miejsce w odniesieniu np. kobiety i mężczyzny do siebie, lub pierwiastka uczuciowego, czy duchowego, wreszcie w pewnych wypadkach szczególnych - wszystkich trzech razem; np. w małżeństwie. Pierwszy z nich, cielesny, zmysłowy nie ma żadnego znaczenia w odniesieniu do Boga, ani zasadniczego znaczenia w odniesieniu do bliźnich, ale trzeba znać zasady jego funkcjonowania, aby można było nieść pomoc miłosierną ludziom uwikłanym w niepożądaną miłość, lub "miłość".
Wieloznaczność wynika też z oceny zjawiska, które nazywamy miłością: z jednej strony świat szlachetnych odniesień do Boga i ludzi, posuniętych aż do heroizmu, z drugiej strony coś, co bywa obnoszone po zakamarkach i marginesach życia ludzkiego, a to coś, zwane "miłością" można kupić i sprzedać. Nasze rozmyślania tylko te pierwsze mają na uwadze.
O wieloznaczności zjawiska miłości decyduje horyzont czasowy; jedne nastawione są na wieczność, na dozgonność, inne na doraźne przyjemne przeżycie. I tu nasze preferencje myślowe są jednoznaczne.
Wieloznaczność skrywa się pod nazwą miłości u konkretnych ludzi i jest u jednych serdeczna, wzniosła, gorąca, głęboka, czuła; albo u drugich jest interesowna, obłudna, wyrafinowana, szaleńcza, nieodpowiedzialna.
W refleksjach nad rzeczywistości miłości Boga ku nam i naszej ku Bogu, jak i ze względu na Boga - ku bliźnim, usiłowaliśmy korzystać przede wszystkim z języka Biblii, choć nie brakło i pojęć typowych dla naszych czasów.
'Bóg, który stworzył człowieka z miłości, powołał go także do miłości, która jest podstawowym i wrodzonym powołaniem każdej istoty ludzkiej. Człowiek został bowiem stworzony na obraz i podobieństwo Boga (por. Rdz 1, 27), który sam jest Miłością (por. 1 J 4, 8. 16). Ponieważ Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, ich wzajemna miłość staje się obrazem absolutnej i niezniszczalnej miłości, jaką Bóg miłuje człowieka. Jest ona dobra, co więcej bardzo dobra, w oczach Stwórcy (por. Rdz 1, 31). Miłość małżeńska, którą Bóg błogosławi, jest przeznaczona do tego, by była płodna i urzeczywistniała się we wspólnym dziele zachowywania stworzenia: „Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną (Rdz 1, 28) (K 1604).
Czas porozmawiać o najmniejszej wspólnocie miłości nietypowej, bo opartej również o wspólnotę cielesną i jest wybiórcza: kobiety do mężczyzny. Zawiera ona wszystkie elementy uczuciowe i duchowe, ale poprzedza je poruszenie ciała i w zjednoczeniu ciał znajduje swe spełnienie.
'Mężczyzna i kobieta są stworzeni, to znaczy chciani przez Boga, z jednej strony w doskonałej równości jako osoby ludzkie, a z drugiej strony, w ich byciu mężczyzną i kobietą. Bycie mężczyzną, bycie kobietą jest rzeczywistością dobrą i chcianą przez Boga: mężczyzna i kobieta mają nieutracalną godność, która pochodzi wprost od Boga, ich Stwórcy (por. Rdz 2, 7.22). Mężczyzna i kobieta mają taką samą godność, zostali stworzeni na obraz Boga. W swoim byciu mężczyzną i byciu kobietą odzwierciedlają oni mądrość i dobroć Stwórcy' (K 369).
'Doskonałość mężczyzny i kobiety odzwierciedla coś z nieskończonej doskonałości Boga: doskonałości matki (por. Iz 49, 14-15), oraz doskonałości ojca i małżonka (por. Oz 11, 1-4)' (K 370).
'Mężczyzna i kobieta, stworzeni razem, są chciani przez Boga jako jedno dla drugiego. Słowo Boże pozwala nam zrozumieć tę prawdę w różnych fragmentach tekstu świętego. „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc” (Rdz 2, 18). Żadne ze zwierząt nie może być tym partnerem mężczyzny (por. Rdz 2, 19-20). Kobieta którą Bóg kształtuje z żebra wyjętego z ciała mężczyzny i którą przyprowadza do mężczyzny, wywołuje u niego okrzyk podziwu, miłości i jedności: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! (Rdz 2, 23). Mężczyzna odkrywa kobietę jako inne ja tego samego człowieczeństwa' (K 371).
Mężczyzna i kobieta są stworzeni jedno dla drugiego; Bóg nie stworzył ich jako części i niekompletnych. Bóg stworzył ich do wspólnoty osób, w której jedno może być pomocą dla drugiego, ponieważ są równocześnie równi jako osoby (kość z moich kości...) i uzupełniają się jako mężczyzna i kobieta. Bóg łączy ich w małżeństwie w taki sposób, że stając się „jednym ciałem” (Rdz 2, 24), mogą przekazywać życie ludzkie: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię” (Rdz 1, 28). Przekazując swojemu potomstwu życie ludzkie, mężczyzna i kobieta jako małżonkowie i rodzice współdziałają w wyjątkowy sposób z dziełem Stwórcy' (K 372).
Jest w tej miłości pierwiastek cielesny, który ich miłość czyni również wartością cielesną. Jest on cząstką integralną miłości małżeńskiej. Jest zasadniczym powoła-niem człowieka jako kobiety i mężczyzny.
Rozważania o powołaniu do miłości we dwoje tylko, w małżeństwie trzeba zacząć od siły, która niepokoi człowieka, pcha go ku drugiemu, mężczyznę ku kobiecie i kobietę ku mężczyźnie, a która nazwana została popędem seksualnym. Nie jest on jeszcze miłością, ale siłą uruchamiającą ją. Pojawia się u każdego zdrowego człowieka. Niepokoi człowieka płcią, nie zwraca uwagi na inne wartości ludzkie. W swym działaniu jest anonimowy. Ważny jest dla niego rodzaj niewieści czy męski, a nie spotkana dziś osoba. Człowiekowi spokojnemu odbiera spokój, zrównoważonemu równowagę. Łamie czasem zakazy moralne, skłóca z Bogiem, z ludźmi, ze sobą samym. Jest dla człowieka czynnikiem nieobliczalnym, nieprzewidywalnym, domagającym się ze swej istoty stałego zakotwiczenia w jednej osobie, które będzie twórcze dla danej osoby, dla tych dwojga osób.
Głównym źródłem działania popędu seksualnego są gruczoły wydzielania wewnętrznego; zwłaszcza gruczoł płciowy. Ale popęd ten może ulegać uporządkowaniu, bądź anarchizować całe życie człowieka.
Uznanie, że Bóg stworzył człowieka, upoważnia do uznania boskiego pochodzenia jego seksualności i uznania jej za dar Boży. Wszystko, co Bóg stwarza jest dobre, jeśli człowiek odkryje właściwy zamysł Boga wobec własnej seksualności. Że w zamyśle Bożym jedna, konkretna osoba ludzka jest przeznaczona dla drugiej konkretnej osoby ludzkiej, aby stanowili dwoje w jednym ciele. W przeciwnym wypadku człowiek byłby wydany na łup własnej pożądliwości, która go niszczy, a nie doskonali; unieszczęśliwia a nie uszczęśliwia; degraduje, a nie uwzniośla. Dlatego św. Piotr Apostoł upomina: „Najmilsi! Napominam was: powstrzymujcie się od cielesnych pożądliwości, które walczą przeciwko duszy. Wiedzcie przykładny żywot wśród pogan. Wówczas [oni] zwrócą swe oczy na wasze dobre uczynki z powodu nich wielbić będą Boga w dniu nawiedzenia” (1 P 2, 11-12).
Popęd jest integralną cząstką ludzkiej osoby, zależy od życia psychicznego i duchowego danej jednostki i nawzajem. One wzajemnie się porządkują, doskonalą i w harmonii z sobą doskonalą osobę ludzką i uszczęśliwiają ją. Osoba ludzka wyraża się i wypowiada również przez działanie popędu płciowego i przez płeć, choć czasem popęd może ją zniewalać. Zaspokojenie popędu może być regulowane wolnym wyborem, może doznać spełnienia lub nie, w przeciwieństwie do głodu czy pragnienia, które muszą być zaspokojone. Wolność człowieka zostaje w pełni zachowana, choć podjęcie decyzji wbrew obudzonemu popędowi seksualnemu nie jest łatwe i wymaga wiele hartu i samozaparcia. Nie zagraża też życiu.
Popęd w zasadzie zmierza ku dawaniu nowego życia i zapewnieniu trwania gatunku ludzkiego, są nawet przeżycia z nimi związany premiowane przez rozkosz. Tu pojawia się pokusa osiągania tylko rozkoszy, bez obowiązku prokreacji.
Popęd wychodzi naprzeciw potrzebie dopełnienia się wzajemnego w niekompletności człowieczej: mężczyzny przez kobietę, i kobiety przez mężczyznę. Różnica płci sięga daleko poza ciało: wpływa na psychikę, która inaczej kształtuje się u mężczyzny i niewiasty. Inna jest ich uczuciowość, inna aktywność. Istnieje ona nawet w życiu duchowym. Stąd potrzeba zbliżenia się dla uzupełnienia swych osobowości, dla ich wzajemnego doskonalenia.
W harmonijnym rozwoju seksualności ludzkiej ku miłości dojrzałej, uczuciowej i duchowej jest szansa budowania komplementarnej wspólnoty osób w tej najmniejszej grupie osób, a poprzez nią, pośrednio, również wspólnoty miłości wszystkich ludzi. Znajomość praw rządzących seksualnością i współpraca wielu ludzi życzliwie miłujących dane małżeństwo pomoże im osiągnąć doskonałość i szczęście.
Wartość popędu seksualnego bierze się z godności osoby ludzkiej, która również przezeń się realizuje. Udało mu się zapewnić trwanie gatunku. Ze względu na cel, ku któremu zmierza, jest więc rzeczą dobrą. Jest własnością miłości, ale przez brak podporządkowania rozumowi i woli staje się zarzewiem zła i grzechu. Człowieka "kusi", by to co jest dopiero zaczątkiem miłości wziąć za miłość samą, aby poddać się zniewalającemu naporowi popędu seksualnego, a nawet by uczynić go centrum życia, wokół którego będą się gromadzić wszystkie jego wysiłki, cała twórczość, ale zło leży dopiero w akcie zgody na tę „pokusę”, w zajęciu postawy życiowej zgodnej z "pokusą".
O miłości, której pobudką i oparciem jest popęd seksualny można mówić jedynie w kontekście rozumnej i wolnej decyzji kobiety i mężczyzny bycia małżeństwem. Kiedy mówimy o teologalnej miłości człowieka do Boga, czy do bliźniego wyłączamy pierwiastek seksualności, który ma swą wartość w miłości powołanych przez Boga do małżeństwa a w miłości innych ludzi może okazać się przeszkodą, nadużyciem, nawet złem. Tym bardziej wyłączamy pierwiastek seksualności z miłości do Boga, doskonałego Ducha, choć przez analogię mówimy o miłości i duchowych zaślubinach Oblubieńca-Boga oraz Oblubienicy-Ludu Bożego.
Powszechne jest mniemanie ludzi, że miłość jest przede wszystkim uczuciem. Czy przede wszystkim? W odniesieniu do bardzo wielu ludzi mniej jest uczucia więcej życzliwości, czynnej dobroci, i ma udział cała plejada innych uczuć, jak radość, zadowolenie czy niezadowolenie, smutek, nadzieja czy rozpacz, strach czy gniew. Jest więc pojęciem bardzo szerokim. Ma w sobie tyle momentów nie powtarzających się w innych kształtach miłości, na przykład do żony, do męża, do matki, do Ojczyzny, czy do Boga, że tylko szczegółowe rozpatrzenie wszystkich składników, może nas przybliżyć do jej istoty.
Uczucie jest zawsze reakcją naszego "ja" na to, co w jakiś sposób dochodzi do naszej świadomości, jest poznane przez zmysły, lub przez umysł. Jest reakcją na prawdę czy fałsz, na dobro lub zło, na piękno i brzydotę, które w drugim człowieku prezentuje nam nasze poznanie. Łączy się zarówno z ciałem i jego odruchami, ze zmysłami, jak i z duchowymi aktami. Dlatego trzeba najpierw zrobić przegląd tych wartości, które budzą uczucie objęte słowem miłość.
Rzeczywista miłość zaczyna się od spotkania. Im osoby ludzkie są bliżej siebie, tym więcej widzą szczegółów, które rodzą upodobanie i przyciąganie, albo odpychanie. A są one atrakcyjne i budzą upodobanie, jeśli człowiek jest uwrażliwiony na nie.
Dla jednego przedmiotem upodobania w partnerze mogą być walory zewnętrzne jego postaci, najbardziej podpadające zmysłom. Inny znajduje upodobanie w usposobieniu, wesołym i beztroskim lub poważnym, w pewności siebie i poczuciu mocy czy też w nieśmiałości, w gwałtowności czy senności i spokoju.
Przedmiotem upodobania i przyciągania mogą być wreszcie dobra duchowe: szlachetny charakter, cnoty moralne, niezwykłe czyny, stojące na pograniczu heroizmu.
W rzeczywistości nie jest to systematyczne, hierarchiczne odkrywanie drugiej osoby. "Kochający" zauważy te dobra, których szukał, a szuka tych, na które odczuwał wewnętrzne zapotrzebowanie. Jeden szuka urody, i urodę przede wszystkim znajduje, bo sam odczuwa może przykro jej brak, odczuwa zapotrzebowanie na nią. Inny, o usposobieniu ponurym, chce wnieść w swoje życie trochę słońca i radości, szuka przede wszystkim radosnego usposobienia partnera, jego beztroski i uśmiechu, ktoś pozbawiony czułości matczynej, ten rys odkryje i upodoba sobie w partnerze. Wychowanego w otoczeniu szacunku dla wielkich ideałów i czynów, pociągnie szlachetny charakter partnera. Któż zresztą mógłby opisać nie kończącą się ilość potrzeb i upodobań?
Upodobanie może się powiększać lub pomniejszać. Im więcej odkrywa "kochający" w przedmiocie swej miłości dóbr atrakcyjnych, pociągających go, tym bardziej rośnie upodobanie. Odkrycie wielu niemiłych wad, czy braków powoduje zanik upodobania i przyciągania, a zamiast sympatii pojawia się nawet antypatia, całkowite zniechęcenie. Nić nawiązującej się miłości zrywa się.
To jest też przyczyną odmiennego kolorytu każdej miłości uczuciowej, zmieniającego się zależnie od wartości, ku której "kochający" się zwraca i którą czyni ośrodkiem upodobania. Od wartości, do których nawiązuje, zależy do pewnego stopnia wzniosłość miłości... i szansa jej trwania. Im przedmiot atrakcji i upodobania bardziej narażony jest na zmianę, zniszczenie czy odwartościowanie, tym i upodobanie szybciej może wygasnąć.
Upodobanie to rodzaj kontemplacji, zadumy nad dobrami partnera, które osobie "kochającej" przedstawiają się jako wartości szczególne. Te szczególne wartości wraz z osobą, która je reprezentuje, stają się przyczyną przyciągania osób znajdujących w sobie upodobanie. To z kolei rodzi pożądanie posiadania tych wartości na swoistą własność, a wraz z nimi osoby, która jest nosicielem tych wartości. Tu już otwiera się brama do prawdziwej miłości, która ogarnia całego człowieka.
Odźwiernym tej bramy jest uczucie, czyli przylgnięcie całego "ja" do dóbr przedstawionych w upodobaniu, a przez to i do samej osoby. Przylgnięcie całej osoby: przez rozum, uczucie i wolę do całej osoby, "ja" do "ty". Wytwarza to poczucie bliskości w stosunku do osoby kochanej. Rozwija się do zażyłości a nawet poufałości uczuciowej.
Osoba umiłowana utrwala też przez uczucie swe pierwszeństwo, albo swe ważne miejsce w życiu partnera. Wszyscy inni są poniekąd "obcy", oni, on-ona, są "swoi". Wielu innych jest niejako „daleko”, on, ona stają się naszymi „bliskimi”. Pragnienie bliskości rodzi inne uczucia, jak tęsknotę, sprzyja marzeniom, sprzyja wspomnieniom.
Miłość uczuciowa zwodzi, w pewnym sensie okłamuje, koloryzuje "na różowo", lub zaczernia, jest tendencyjna, jest wybiórcza. Sympatycznemu wszystko na dobre tłumaczy; nie sympatycznemu wszystko widzi gorzej na gorzej ocenia. Dla jednych mobilizuje "kochającego" do świadczenia wielu dóbr, przed drugimi zaciska swoje dłonie przed niesieniem pomocy.
Miłość uczuciowa daje nowe spojrzenie: człowiek zaczyna patrzeć na świat, na ludzi i zdarzenia z nimi związane, na siebie samego nawet - oczami drugiej istoty, miłowanej osoby. Jest w tym coś z miłości ku Bogu, która -jak mówi św. Teresa - stwarza "nowe oczy". Człowiek kochający w Bogu patrzy na wszystko i wszystkich w perspektywie Boga, Jego praw, upodobań, życzeń. Mówi się tu nawet o "nowych narodzinach".
Miłość uczuciowa bogaci kochaną osobę: przez przenikanie do jego przeżyć, do poznania prawdy, do odczucia jego świata wartości, odczucia piękna, którym on się syci.
Miłość uczuciowa ujawnia jednak tendencję egoistyczne. Chce miłować kogoś dla siebie, w skrajnych przypadkach dla dóbr upodobanych w tych osobach. Jakkolwiek tak pojęta miłość też buduje wspólnotę osób, o którą w miłości drugiego człowieka przede wszystkim chodzi, to jednak kierowanie się nią, albo czynienie jej motywem obdarowania miłością nie da się pogodzić z naturą miłości bezinteresownej, jaką Bóg nam nakazuje wobec wszystkich ludzi. Współczucie dla sympatycznej osoby, w której mamy upodobanie każe pomóc jej w cierpieniu, ale nie sympatycznej już nie? Gniew z powodu krzywdy wyrządzonej osobie sympatycznej przynagla nas do obrony jej, ale nie sympatycznej już nie? Radością chcemy się dzielić, ale tylko z ludźmi, w których mamy upodobanie, ale już nie z nie lubianymi?
Miłość uczuciowa ujawnia też tendencję egoistyczne wobec Boga. Najczęściej w czasie uczuciowego przeżycia modlitewnego. Człowiek uzależnia wtedy swą modlitwę od "pociech duchowych", od zachwytu i uniesień.
Nie można też Bogu przypisać tak po ludzku rozumianych uczuć. Pismo mówi o Jego wzruszeniach Boga, o gniewie, upodobaniach ku niektórym ludziom, o litości nad innymi, ale ich sens jest nie dosłowny, analogiczny do ludzkich stanów. 'W Piśmie świętym Bóg mówi do człowieka w sposób ludzki. Aby dobrze interpretować Pismo święte, trzeba zwracać uwagę na to, co autorzy ludzcy rzeczywiście zamierzali powiedzieć i co Bóg chciał nam ukazać przez ich słowa' (K 108). Dziś jest tendencja do dostrzegania w Bogu tych wszystkich przeżyć, które spotykamy u ludzi, jak np. cierpienia, smutku, które odczytuje się jako miłość solidarną z człowiekiem.
Natomiast Syn Boży, Jezus Chrystus, poprzez wcielenie, 'zarówno w swej duszy, jak w swoim ciele wyraża po ludzku Boskie życie Trójcy. Syn Boży... ludzkimi rękami pracował, ludzkim myślał umysłem, ludzką działał wolą, ludzkim sercem kochał, urodzony z Maryi Dziewicy, stał się prawdziwie jednym z nas, we wszystkim nam podobnym prócz grzechu' (K 707). Dlatego w naszej modlitwie tak chętnie odwołujemy się do osoby Jezusa Chrystusa doświadczonego we wszystkim, - również ludzkich uczuciach - prócz grzechu.
Katechizm mówi, że uczucia należą do dziedzictwa chrześcijańskiego. I choć same w dobie nie są złe, ani dobre mogą - kierowane rozumem i wolnością - prowadzić ku dobru, a w ostateczności ku Dobru, jakim jest Bóg. 'Najbardziej podstawowym uczuciem jest miłość spowodowana upodobaniem do dobra. Miłość wywołuje pragnienie nieobecnego dobra i nadzieję na jego uzyskanie. Pragnienie to kończy się przyjemnością i radością z posiadanego dobra. Bojaźń przed złem wywołuje nienawiść, wstręt i lęk przed złem przyszłym. Bojaźń ta kończy się smutkiem z powodu istniejącego zła lub gniewem, który się mu sprzeciwia' (K 1765). Uczucia te w promieniach miłości Bożej doznają oczyszczenia i udoskonalenia. Miłość Boża staje się szkołą uczuć ludzkich. 'W Chrystusie uczucia ludzkie mogą otrzymać swoje spełnienie w miłości i Boskim szczęściu' (K 1769).
Miłość jako uczucie nie może być przedmiotem przykazania, bo człowiek nie panuje nad swoimi uczuciami, ma nad nimi „władzę polityczną” tylko, może się o nie starać tylko, choć uczucia mogą się pojawić jako dar Boży.
'Kochać znaczy chcieć dla kogoś dobra. Wszystkie inne uczucia mają swoje źródło w tym pierwotnym poruszeniu serca człowieka ku dobru. Jedynie dobro jest miłowane. Uczucia są złe, gdy miłość jest zła; dobre, gdy miłość jest dobra' (K 1766).
Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali (J 13, 34-35). Jak Osoba Boska Jezusa Chrystusa do osoby każdego z nas. On całego siebie i w życiu i w śmierci dał dla nas i za nas.
Miłość osoby do osoby, duchowa, dokonuje się w płaszczyźnie poznania i wolnej woli ludzkiej. Poznajemy najpierw istotę ludzką, której istnienie i rozwój są uwarunkowane społeczną solidarnością. Sam nie może nie tylko zrealizować własnych celów życiowych, ale w niektórych szczególnych wypadkach przeżyć, przetrwać niesprzyjające okoliczności życia. Potem świadomie wybieramy postawę solidarności z innymi, w której rezygnujemy z cząstki własnej wolności, aby być dla drugiego, a nie tylko dla siebie, pomagania drugim. Bez tej podstawowej świadomości o społecznym uwarunkowaniu życia ludzkiego powróci zawsze egoistyczne pytanie? Dlaczego dla dobra drugiej osoby ja mam cokolwiek, a tym bardziej wiele - poświęcić? Wtedy dokonuje wyboru najbliższego partnera do solidarnego przejścia przez życie w miłości wielostronnie życzliwej (w małżeństwie), z którą ma się stanowić jedność na całe życie, na dolę i niedolę, na radość i na łzy, na pracę i odpoczynek dla szczęścia i zbawienia. Łączy się też z podjęciem starań, by tę jedność realizować, doskonalić i czynić szczęśliwą. Powoli w dziecku i w młodym człowieku dojrzewa ta świadomość swej niewystarczalności i potrzeba miłości. Poprzez rodzinę dociera ta świadomość potrzeby solidarności i rodzi się potrzeba miłości wobec coraz szerszych kręgów ludzi, nawet do "obcych".
Solidarność międzyludzką można nazwać miłością kiedy zaczynamy żyć nie tylko dla siebie, ale i dla drugich. Solidarność międzyludzką chrześcijan można nazwać miłością kiedy zaczynamy żyć nie tylko dla siebie, ale i dla drugich, jak Chrystus żył i umierał dla nas i jak chciał, byśmy żyli i umierali dla Niego: „Nikt nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana: jeżeli zaś umieramy dla Pana” (Rz 14, 7-8). Stąd miłość okazana bliźniemu przez życie dla niego, a nie dla siebie tylko, jest miłością okazaną Panu. To życie dla drugiego domaga się od nas rezygnacji z części suwerenności jako osoby ludzkiej. W tym samym fragmencie pisze Paweł Apostoł że „i w śmierci i w życiu należymy do Pana” (Rz 14, 8). Wiec i my w miłości należymy do drugiego człowieka, jak do brata.
Miłość będzie tym pełniejsza i bogatsza, im więcej będzie dziedzin, w których będą ludzie różni od siebie stanowić wspólnotę. Miłość prawdziwa szuka jedności, która wyrażałaby najgłębsze wartości osoby ludzkiej: jedności wiary, by to, co jeden czcią otacza, nie śmieszyło drugiego, by tego, co jeden przyjmuje na klęczkach, drugi nie przyjmował z drwiną; jedności spojrzenia na świat i jego sprawy; na ludzi oraz oceny wszystkiego co ich dotyczy; jedności celów zasadniczych i dążeń; wspólnego kierunku tego, co się kocha i nienawidzi. Wszystko to, co stanowi o duchowej sylwetce danego człowieka musi być zharmonizowane w osobach złączonych w miłości. Właśnie na tym odcinku życia nie może być rozbieżności zasadniczych, bo one decydują o stylu życia i jego zasadach, one jedne zdolne są przetrwać wahania uczuciowe. Nie chodzi o tożsamość, bo ta jest prawie niemożliwa, ale raczej o podobieństwo. Od wspólnoty duchowej jest tylko jeden krok, do wspólnoty praw ludzkich, dla obrony których jednoczymy się w miłości, dóbr materialnych, którymi dzielimy się w potrzebie.
Miłość jako jedność duchowa może przełamać zaklęty krąg samotności, która właśnie w dziedzinie życia duchowego najmocniej się przejawia i dręczy. Wszak ci ludzie nie tylko żyją obok siebie, ale z sobą i dla siebie. To co bywa w udanym małżeństwie i rodzinie, to co jest rzeczywistością grupy przyjacielskiej staje się przynajmniej szansą dla wielu. Samotność jest przekleństwem współczesnego człowieka, a nie przełamana w miłości ludzkiej szuka najdzikszej ucieczki w alkohol, w narkotyki, w seks, w „życie na niby”.
Jedność osób w miłości duchowej nie tylko jest czymś danym przez miejsce urodzenia i zamieszkania, przez szkołę do której się uczęszcza, pracę którą się wykonuje, ale jest przede wszystkim świadomym wyborem osoby przez osobę, jak w miłości małżeńskiej - współmałżonka; człowieka z którym szukamy nie doraźnych, przyjaznych więzów; Boga przez zaistnienie wiary, czyli zawierzenia siebie i swojego życia Jego Mądrości i Dobru, ale jest czymś zadanym przez Boga, poszukiwanym, przez twórcze działanie ludzkie nieustannym stawaniem się. Jest powołaniem. Dokonuje się przez wspólny dialog, dzielenie się argumentami za miłością nieobłudną wobec wszystkich, dzieleniem się motywami mobilizującymi nas do miłowania, poprzez stałe współżycie z Bogiem, czy z ludźmi kochanymi, poprzez współuczestnictwo w pracy, choćby w opiece nad niesprawnymi, chorymi starymi, bezdomnymi, bezrobotny-mi, wykolejonymi, gdzie do współczucia dołączamy świadome działanie. Wyrabiamy w sobie postawę życzliwości najpierw wobec najbardziej bezradnych i bezsilnych, aby ją poszerzać na wszystkich. Szczególnie godne polecenia jest wspólne bycie przed Bogiem w modlitwie, w łasce, w służbie dla Niego.
Minimum jedności, to takie odniesienie do osoby kochanej, jak do samego siebie, jak do cząstki mojego ja. Odniesienie do jej przeżyć, myśli, pragnień, tęsknot, dążeń, jak do swoich własnych. A maksimum? Powróćmy do pięknej miłości Pawła Apostoła do Jezusa Chrystusa: „Razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. Teraz zaś już nie ja żyję, żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 19-20). I my wraz z braćmi przybici jesteśmy do ich krzyża. Ale wcześniej jeszcze oni żyją we mnie. Równocześnie i nasze przybicie do ich krzyża i życie w sobie jest byciem z miłości w Chrystusie.
Jedność miłości prawdziwej jest dwukierunkowa i nosi znamię oddania kochanej osobie i brania od niej innych wartości nam niezbędnych na własność. Jest nawet pewna wewnętrzna logika miłości, że świadczący wiele więcej otrzymuje niż daje.
A oto Paweł przedstawia nam cały program miłości braci: „Tak, jak to przystoi wybranym Bożym, świętym i umiłowanym, niechaj rozgorzeją w was uczucia serdecznej miłości, dobroci, pokory, łagodności i cierpliwości. Znoście jedni drugich i darowujcie sobie wzajemnie jeżeli kto ma powód do skargi na drugiego: jak Pan darował wam. A przede wszystkim miejcie miłość, która jest węzłem doskonałości. Niech pokój Chrystusowy panuje w sercach waszych: do niego jesteście powołani, by tworzyć jedno Ciało. Niech słowo Chrystusowe mieszka wśród was z całym bogactwem. Pouczajcie się i udzielajcie sobie wzajemnie napomnień we wszelkiej mądrości” (Kol 3, 12-16).
Postawa dobroci, a nie przypadkowy czyn dobroci. Totalna dobroć, czyli w myśli o nim, w ocenie, w postępowaniu z nim. Zawsze, a nie tylko w naszym dobrym samopoczuciu.
Postawa pokory, która nigdy nic nie czyni "z pierwszego piętra na parter"; nic na pokaz; nic dla własnego wyniesienia, czy interesu.
Postawa łagodności, a przeciw jakiejkolwiek sile, przymusowi, nawet psychicznemu, ekonomicznemu, społecznemu, czy towarzyskiemu. Tylko dialog, a nie krzyk. Tylko zachęta, a nie potępienie. Tylko argumenty, a nie śmiech czy drwina. Tylko motywy za dobrem, a nie nagonka. Tylko prośba, a nie groźba.
Postawa cierpliwości, bo i Krakowa naraz nie zbudowano. Bo i węgiel w ziemi odkładał się przez miliony lat. Bo i kształt ziemi przez miliony lata przybierał obecny kształt.
Postawa darowania sobie nawzajem wszelkich urazów. Natychmiast. Przy ciągłym nastawieniu na pokój i szukaniu sposobów pojednania.
Każda osoba jest nosicielem jakiejś prawdy, dobra, piękna. Czy poprzez miłość, tę największą z miłości ludzkich, nie następuje jakieś tajemnicze przenikanie tej prawdy, świata wartości, odczuć piękna do duszy, która otworzy się na miłość?
Te postawy prowadzą do życzliwej przyjacielskości, która wychodzi ze skorupy własnego "ja" i jego egoizmu, by świadczyć dobro kochanej osobie. Dla tak bliskiej istoty miłujący szuka wszelkiego dobra. Nie według kupieckiej zasady "daj, aby i tobie dano", ale bezinteresownie. Nie na zasadzie poszukiwania przyjemności. Wszak "przyjemniej jest dawać niż przyjmować". Nie jednorazowo, ale nieomal nawykowo. To nie są tylko czyny, ale postawa, cnota. Zaangażowanie całego siebie, takie ułożenie życia, by miłowana osoba mogła osiągnąć najwyższą sumę dóbr, doskonałości, co sama odczuje jako szczęście.
Na taką miłość stać było nawet zbrodniarzy, na których nikt nie liczy, stać też każdego człowieka, jeśli pierwiastki szlachetności nie zostały rozproszone bez reszty i wola jego jest choć trochę kierowniczką życia.
Miłość taka nie jest łatwa, może i na pewno będzie się domagać ofiary. To jest przymiot każdej prawdziwej miłości, - nie tylko miłości mężczyzny i niewiasty, - że karmi się ofiarą.
Miłość duchowa rodzi gorliwość. Objawia się ona najpierw w pragnieniu poszerzenia i pogłębienia samej miłości. Poszerza się poprzez już osoby miłowane na inne osoby i na inne dobra. Pogłębia się przez zstępowanie aż do dna duszy miłowanych osób i wstępowanie na szczyty ich dusz, gdzie stykają się z Bogiem. Objawia się w chronieniu miłości przed wszystkim, co mogłoby ją jak mróz zwarzyć, co jest z nią niezgodne.
Gorliwość w miłości duchowej wyzwala inicjatywę, twórczość. Każe poszukiwać i tworzyć nowe dobra i nowe wartości dla kochanych osób. Każe siebie doskonalić, by móc sobą napełnić osobowość braci, przez zrealizowanie idealnego obrazu, jaki się przedstawia jego duszy i jakiego poszukuje i pragnie. Skłania do praktykowania cnót, które wydają się obce miłości, zwłaszcza osobistemu poczuciu szczęścia.
Gorliwość każe kochającemu przejąć na siebie troskę o szczęście kochanych. Nie jakiekolwiek szczęście, ale zgodne z prawem moralnym i miarą ich osobowości. Ta gorliwość jest uprzedzająca i przebaczająca. Uprzedzająca, bo nie czeka na prośbę, życzenie czy nawet spojrzenie. Przewiduje. Nie zacieśnia się ani do rzeczy, ani do własnej osoby.
Gorliwość miłości nie chce znać ograniczeń, czasu, stopnia trudności, własnej niewygody.
Miłość duchowa łączy się z afirmacją osoby kochanej, a nie tylko jej zalet czy cnót, ale jej samej, z przykrymi cechami temperamentu, wadami, grzechami. Wiąże się z uznaniem jej taką, jaka jest za godną kochania. Nie może być jednorazowym a nawet zwielokrotnionym aktem, ale stanem, choć nie oznacza to pozostawienia ich w złu, w błędzie, w pomyłce życiowej. A więc nie oznacza wcale przymykania oczu na wady, błędy, grzechy.
Miłość to wzięcie odpowiedzialności za osobę. Za jej dobro i doskonałość, za jej miłość, za jej zbawienie, za szczęście, za całe życie. Od tej odpowiedzialności osobę nie może zwolnić nikt i nic. Nie może zwolnić nieodpowiedzialne postępowanie bliźniego, który przez miłość staje się do odnalezienia, ani jego zła wola czy jego brak miłości wzajemnej, ani przeciwności losu. Jest niewymierna w czasie - sięga poza grób. Jest niewymierna w swym zakresie - sięga w najdalsze zakątki życia.
Jest coś przerażającego w tak ujętej miłości. Ale i niesłychanie wzniosłego i doskonalącego. Bo tu nie ma miejsca dla obserwatora, ale dla twórcy, dla szukającego "pracy" na rzecz wielokierunkowej życzliwej wspólnoty, współdziałania, współwspomagania. Jest to wzięcie odpowiedzialności za całą osobę, a nie fragment jej życia. Na zawsze, a nie tylko na dziś i wczesne jutro. Wzięcie odpowiedzialności wielokierunkowe. Przed Bogiem, przed społeczeństwem, przed wspólnotą rodzinną. Co oznacza wzięcie odpowiedzialności za umiłowaną osobę? Jakie za tym kryją się treści i powinności?
Poznać własne powołanie od Boga do pełnienia tego zadania i zobowiązać się do wydania owoców. To odpowiedź na wezwanie Boga.
Poznać zakres swej troski o drugiego, nie czynić dlań ciasnych ram podyktowanych egoizmem.
Chcieć podjąć ryzyko wykonania swych zadań wobec drugiego, niezależnie od kosztów własnych, deficytu satysfakcji osobistych, a nawet przeciwstawiania się ludzi, ku którym adresujemy naszą dobroć.
Chcieć ciągle rozliczać się z sobą jako sędzia sprawiedliwy i nie ulegający zniewoleniom lub trwogom i odpowiadać sobie na pytanie, czy zrobiłem wszystko, co mogłem dla tych, za których wziąłem odpowiedzialność.
Wykorzystać w wykonywaniu swych zadań świadomość czasu przeszłego, gorliwość czasu teraźniejszego i prorocze przewidywania czasu przyszłego.
Niczym nie usprawiedliwiać zrzeczenia się pracy nad tym, za którego wzięliśmy odpowiedzialność w miłości.
Mieć świadomość, że odpowiedzialności za drugiego nie podejmujemy wobec anonimowego społeczeństwa, ale tylko wobec własnego sumienia, które jest głosem Boga.
Objąć swym działaniem całą osobę ludzką, za którą bierzemy odpowiedzialność, a nie tylko jej fragmenty, niektóre dobra i poczynania. Jest to swoistego rodzaju totalitaryzm miłości.
Taką miłością ukochał nas Bóg, i miłości Jego będziemy poszukiwać w tej książeczce. Taką miłością umiłował nas Syn Boży Jezus Chrystus. Równocześnie powiedział nam: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem... Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami Moimi (J 13. 34-35).
Kiedy św. Paweł Apostoł przestrzega przed obłudną miłością, wskazuje na życzliwość, jako na istotny składnik miłości wzajemnej. Pisze do Rzymian: „Miłość niech będzie bez obłudy! Miejcie wstręt do złego, podążajcie za dobrem! W miłości braterskiej nawzajem bądźcie życzliwi! W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie (Rz 12, 9-10). W liście zaś do Tessaloniczan wspomina o swojej życzliwości dla nich: „Jako Apostołowie Chrystusa, mogliśmy być dla was ciężarem, my jednak stanęliśmy pośród was pełni skromności, jak matka troskliwie opiekująca się swoimi dziećmi. Będąc tak pełni życzliwości dla was, chcieliśmy wam dać nie tylko naukę Bożą, lecz nadto dusze nasze, tak bowiem staliście się nam drodzy. Pamiętacie przecież, bracia, naszą pracę i trud. Pracowaliśmy dniem i nocą, aby nikomu z was nie być ciężarem. Tak to wśród was głosiliśmy Ewangelię Bożą (1 Tes 2, 7-10).
To piękne teksty św. Pawła Apostoła do swoich ukochanych wspólnot religijnych osób z gminy Rzymu i Tessaloniki! Niech i nam posłużą do rozmyślania nad istotą miłości chrześcijańskiej, którą rozpoznamy w miłości Boga i Jego Syna Jezusa Chrystusa do nas, jak i inni ludzie będą takiej miłości szukać u nas, oczekiwać, na taką miłość liczyć.
Autor wraca do wspomnień własnej pracy apostolskiej wśród nich i dla nich i podkreśla własną dla nich życzliwość, podobną do karmicielki, która chce dać karmionym najlepszy pokarm. I jak matka-karmicielka, tak i on karmiąc tym, co najlepsze, daje równocześnie siebie samego, cząstkę duszy własnej, a więc dzieli się sobą samym. Podkreśla podobieństwo swojej życzliwości do matczynej, kiedy przytula swe dzieci, czyli chroni przed prawdziwym, lub mniemanym niebezpieczeństwem, którego dziecko się lęka. Stare tłumaczenia tego fragmentu nawiązują do ptaka, który chroni swe jajka, bądź pisklęta. „Pracowaliśmy dniem i nocą, aby nikomu z was nie być ciężarem”, czyli by oszczędzić ich własny trud i znój, któryby musieli ponieść dla jego utrzymania.
Pragnę podzielić się z wami myślami zmarłego przed 24 laty mojego Profesora z Uniwersytetu Jagiellońskiego Czesława Znamierowskiego o życzliwości:
Co może czynić osoba dla osoby w życzliwości swojej dla niej? Bóg dla kochanego człowieka, człowiek dla kochanego Boga, człowiek dla drogiego sobie człowieka: męża, żony, dziecka; sąsiada, bliźniego, nawet obcego uznanego za brata? Musi na swoją miarę, według swych możliwości powstrzymywać się od czynienia tego wszystkiego, co przyczynia cierpienia drugiej osobie. Choćby zdawało mu się to nic nie znaczącym drobiażdżkiem, na który nie warto zwracać uwagi. Choćby w zamyśle jego nie leżało zadawanie cierpienia. Dlatego w tym świadczeniu życzliwości tak liczy się znajomość wrażliwości osoby danej nam do kochania, zdolność przewidywania i chęć pamiętania na przyszłość teraźniejszych doświadczeń. Może tu trzeba odnieść wezwanie Psalmisty, aby „osiągać mądrość serca?” (Ps 90, 12). I liczy się jeszcze to, aby „w szczerości serca swego ofiarować to wszystko dobrowolnie” (1 Krn 29, 17). A nie dla uniknięcia lub uzyskania czegoś, choćby dla tak zwanego "świętego spokoju". Bóg powołuje ludzi do tworzenia większych wspólnot: społeczeństwa osób, ojczyzny, poprzez krzewienie życzliwości (por. K 2213), właściwej godności osoby ludzkiej.
Osoba życzliwa dla drugiego, na wzór i podobieństwo Boga czyni wiele, albo wszystko, aby pomniejszyć sumę cierpień, jakie spotkać mogą od nas, ludzi. Zapobiega – przewidując; pomaga przezwyciężyć – uczestnicząc; goi rany: fizyczne, psychiczne czy duchowe na ile potrafi; wynagradza poniekąd całym sposobem bycia wobec tej osoby czy osób za doznane przez nią cierpienia, choćby w ogóle nie był winien; pomniejsza negatywne skutki cierpienia dla życia tych cierpiących osób, jak i całej wspólnoty. Czy nie tu właśnie najpiękniej realizuje się wezwanie Pawła Apostoła: „Jeden drugiego brzemiona noście!” (Ga 6, 2). Wiedza o wielu brzemionach bliskich nam osób to początek życzliwości, skuteczne ich współdźwiganie zbliżaniem się do szczytu. Ale chciejmy dostrzec i samo dno zagadnienia. Jeśli Katechizm uznaje za sprzeczne z godnością ludzką niepotrzebne zadawanie cierpień zwierzętom (por. K 2416), to o ileż bardziej sprzeczne z godnością ludzką niepotrzebne zadawanie cierpień ludziom, ukochanej osobie, jedynej osobie tylko dla nas dla nas stworzonej? Cóż dopiero powiedzieć o "zadawaniu cierpień" Bogu samemu?
Osoba życzliwa wobec innych osób powstrzyma się - na podobieństwo Boga samego - od wszelkiego działania, które nie pozwala powstać cudzym radościom. Jest to trochę przeciw postawie "psa ogrodnika", który sam jabłek nie je, ale innych do nich nie dopuszcza. Częściej jest to tylko błąd w ocenie hierarchii wartości. Czasem lenistwo, które zatrzymuje go na progu poświęcenia czegoś przyjemnego we własnym działaniu, które jest równocześnie progiem powstawania radości drugiego, czy drugich. Jest „ociężały sercem" (Ps 4, 3).
Osoba życzliwa czyni drugiej osobie ile może, a nawet więcej, aby czynnie zwiększać sumę jej zadowoleń. Nie czekając na prośbę i nie licząc na wzajemność, która może nadejść, albo nie. Tu liczy się pomysłowość, gorliwość w czynieniu i dyskrecja. Nawet - jak pisze Ewangelista: „niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa” (Mt 6, 3). „Nie opuszczajcie się w gorliwości!” (Rz 12, 11), aby „wasza gorliwość pobudziła do współzawodnictwa” (2 Kor 9, 2). Tym więcej kiedy pamiętamy na zapewnienie Chrystusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).
Przyznacie, taka życzliwość jest nieodzowna do kształtowania nowej komunii osób między Bogiem i człowiekiem; również w małżeństwie i w rodzinie; w sąsiedztwie, w Kościele, w środowisku pracy, środowisku zabawy i odpoczynku, w ojczyźnie. Stanowi uzdrawiający klimat wzajemnego obcowania. I drożdże dla wzrastania samych osób, ich wspólnot, prowadząc ich do pięknej jedności. Tworzy "kulturę miłości", inni mówią: cywilizację miłości.
Przeciwstawia się tak pojętej życzliwości jej imitacja: hipokryzja, kiedy to wszystko czyni się dla poklasku, dla uznania społecznego, dla politycznej kariery. Jest śmieszna, bo jest hołdem składanym miłości bez miłości.
W powszechnym przekonaniu ludzi miłość prawdziwa poprzedzana jest i oparta jest na sprawiedliwości społecznej. Na takich naszych zachowaniach i poczynaniach, aby każdy człowiek z osobna mógł osiągnąć to, co mu się należy, odpowiednio do jego natury i powołania (por. K 1928). Najpierw nie ma partnerskiej miłości, bez poszanowanie godności każdej osoby ludzkiej. Sprawiedliwość tę można osiągnąć jedynie przy poszanowaniu transcendentnej godności człowieka (K 1929).
„W grę wchodzi – pisze Jan Paweł II w encyklice Sollicitudo rei socialis (47) - godność osoby ludzkiej, której obrona i rozwój zostały nam powierzone przez Stwórcę i której dłużnikami w sposób ścisły i odpowiedzialny są mężczyźni i kobiety w każdym układzie dziejowym. Obraz dzisiejszego świata, z czego wielu ludzi mniej lub bardziej jasno zdaje sobie sprawę, nie wydaje się odpowiadać tej godności. Każdy jest wezwany do zajęcia własnego miejsca w tej pokojowej kampanii, do rozegrania jej środkami pokojowymi, aby osiągnąć rozwój w pokoju, aby ocalić przyrodę i świat nas otaczający. Również Kościół czuje się głęboko włączony w owo dążenie, ufając w jego pomyślny wynik”.
Poszanowanie osoby ludzkiej pociąga za sobą poszanowanie praw, które wypływają z jej godności jako stworzenia. Prawa te są uprzednie w stosunku do społeczności i powinny być przez społeczność uznane. Są podstawą moralnej prawowitości postępowania naszego wobec innych osób ludzkich. lekceważąc je lub odrzucając ich uznanie w życiu społecznym podważa się swoją własną prawość moralną. Miłość skłoni nas do gorliwego poznawania, upowszechniania, przypominania przy każdej sposobności. Obrona godności osoby ludzkiej, której obrona i rozwój zostały nam powierzone przez Stwórcę i której dłużnikami w sposób ścisły i odpowiedzialny zostaliśmy jest zadatkiem i warunkiem miłości prawdziwej. ‘Poszanowanie osoby ludzkiej przejawia się w poszanowaniu zasady: „Poszczególni ludzie powinni uważać swojego bliźniego bez żadnego wyjątku za «drugiego samego siebie», zwracając przede wszystkim uwagę na zachowanie jego życia i środki do godnego jego prowadzenia”. Żadne prawodawstwo nie jest w stanie samo przez się usunąć niepokojów, uprzedzeń oraz postaw egoizmu i pychy, stojących na przeszkodzie ustanowieniu prawdziwie braterskich społeczności. Postawy te przezwycięża jedynie miłość, która w każdym człowieku dostrzega „bliźniego”, brata’ (1931).
Obowiązek miłości, czyli traktowania drugiego człowieka jako bliźniego i czynnego służenia wynika z solidarności z Chrystusem, który oczekuje jej od nas w ludziach „najmniejszych”, ekonomicznie, społecznie, kulturowo poniżonych, i czują się zepchnięci na margines życia, a którzy pozbawieni są poszanowaniu transcendentnej godności człowieka. Chrystus w niech mówi do nas: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).
Obowiązek miłości obejmuje także duchowo nam „obcych”, tych, którzy myślą lub działają inaczej niż my. Dla tej miłości nie ma duchowo nam obcych. Nie ma nam wrogich. Chrystus domaga się nawet przebaczenia win. Rozciąga przykazanie miłości, które jest przykazaniem Nowego Prawa, na wszystkich nieprzyjaciół: „Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował bliźniego swego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5, 42-43). Miłości w Nim zakotwiczonej nie da się pogodzić z nienawiścią do nieprzyjaciela jako osoby, lecz tylko z nienawiścią do zła, które popełnia nieprzyjaciel (por. K 1933).
Druga zasada sprawiedliwości, która ma uprzedzać miłość osoby wobec osoby odwołuje się do równości i różnice między ludźmi. ‘Wszyscy ludzie, stworzeni na obraz Jedynego Boga, obdarzeni taką samą rozumną duszą, mają tę samą naturę i to samo pochodzenie. Wszyscy, odkupieni przez ofiarę Chrystusa, są wezwani do uczestniczenia w tej samej Boskiej naturze, w tym samym Boskim synostwie, w tym samym Boskim szczęściu; wszyscy więc cieszą się równą godnością’ . Mają równą godność osobową: kobieta i mężczyzna; dziecko, dorosły, czy starzec; posiadacz białej, czarnej czy żółtej skóry; aryjczyk, czy semita; katolik, mahometanin, czy wyznawca Buddy; analfabeta czy profesor Uniwersytetu; prosty robotnik, czy właściciel fabryki. Sprawiedliwość nakazuje nam przezwyciężać... wszelką formę dyskryminacji odnośnie do podstawowych praw osoby ludzkiej, czy to... ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pozycję społeczną, język lub religię, ponieważ sprzeciwia się ona zamysłowi Bożemu. Uwłacza Bogu, który w miłości swej ku ludziom nie czyni jakichkolwiek różnic. Nasza miłość ku Bogu, a ze względu na Boga – i do naszych bliźnich domaga się gorliwości w przezwyciężaniu dyskryminacji i czynili to w duchu miłości – jak pisał Ojciec Święty Jan Paweł II - pokojowej kampanii, do rozegrania jej środkami pokojowymi, aby osiągnąć rozwój w pokoju (K 1934-5).
Szukając sprawiedliwości, która ma uprzedzać miłość osoby wobec osoby odwołujemy się do różnic między ludźmi. ‘Człowiek, przychodząc na świat, nie posiada tego wszystkiego, co jest konieczne do rozwoju życia cielesnego i duchowego. Potrzebuje innych. Pojawiają się różnice związane z wiekiem, możliwościami fizycznymi, zdolnościami umysłowymi lub moralnymi, wymianą, z której każdy mógł korzystać, oraz z podziałem bogactw. „Talenty” nie zostały równo rozdzielone’. Mówił o tym Chrystus: „Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: "Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem". Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!" Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: "Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem". Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!" Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: "Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!" Odrzekł mu pan jego: "Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdzie nie rozsypałem. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 25, 14-30). Tylko tłumaczenia z niewykorzystanego talentu mogły być dziś inne i obfitsze.
‘Różnice te są związane z planem Boga, który chce, by każdy otrzymywał od drugiego to, czego potrzebuje, i by ci, którzy posiadają poszczególne „talenty”, udzielali dobrodziejstw tym, którzy ich potrzebują. Różnice zachęcają i często zobowiązują osoby do wielkoduszności, życzliwości i dzielenia się...’ (K 1937). Okazuje się, że sama sprawiedliwość nie wystarcza. Człowiek w swym egoizmie potrafi ominąć sprawiedliwość i usprawiedliwić jej brak. Potrzebna jest miłość wielkoduszna, pełna życzliwości, skora do dzielenia się wszystkim, a nie tylko nadwyżką, skora do zaspokojenia wszelkich potrzeb, które utrudniają człowiecze spełnienie się.
Istnieją także krzywdzące nierówności, w których jeden człowiek żyje kosztem drugiego człowieka, a - jak głosi Sobór Watykański II – ‘zbytnie nierówności gospodarcze i społeczne wśród członków czy ludów jednej rodziny ludzkiej wywołują zgorszenie i sprzeciwiają się sprawiedliwości społecznej równości, godności osoby ludzkiej oraz pokojowi społecznemu i międzynarodowemu’. I tu winniśmy stosować zasadę solidarności, nazywaną także „przyjaźnią” lub „miłością społeczną”, a która jest bezpośrednim wymaganiem braterstwa ludzkiego i chrześcijańskiego. Solidarność ta przejawia się przede wszystkim w podziale dóbr i w wynagrodzeniu za pracę. W drodze do komunizmu w naszej ojczyźnie przekonywaliśmy się, że sama sprawiedliwość nie wystarcza, a nawet rodzi nową niesprawiedliwość, wśród równych powstają jeszcze równiejsi, w walce o sprawiedliwość niszczono godność osoby ludzkiej. Potrzebna jest miłość do rozwiązywania niesprawiedliwej nierówności w duchu miłości – jak pisał Ojciec Święty Jan Paweł II - pokojowej kampanii, do rozegrania jej środkami pokojowymi, aby osiągnąć rozwój w pokoju.
„Pan strzeże ścieżek prawości i ochrania drogi (sprawiedliwych). Wtedy sprawiedliwość pojmiesz i prawość i rzetelność i każdą dobrą ścieżkę. Gdyż mądrość zagości w twym sercu, wiedza ucieszy twą duszę. Rozwaga pilnować cię będzie, roztropność na straży twej stanie” (Prz 2, 8-11). Sprawiedliwość i prawość służy ujawnianiu naszej miłości do Boga i budowaniu wspólnoty miłości osób naszego środowiska życiowego: małżeńskiego, rodzinnego, pracy, odpoczynku, zabawy, polityki nawet.
Co kryje się pod tak pojętą sprawiedliwością w odniesieniu najpierw do Boga, a następnie do współmałżonka i rodziny? Własnego środowiska ludzkiego? Obietnice powinny być dotrzymywane i umowy ściśle przestrzegane (K 2410). Wobec Boga i ludzi. Tak czyni Bóg wobec wszystkich ludzi, tego domaga się od ludzi, którzy Mu zawierzyli swe życie w wierze, tego domaga się dla ludzi ze względu na miłość do Niego.
Wypełniając to Prawo miłości opartej na sprawiedliwości wobec Boga, którego Prawdzie i Dobru zawierzyliśmy całe życie przez wiarę i całą ufność w Nim położyliśmy, wyrażamy Bogu naszą miłość nie słowami, ale szczególną prawością życia. Ale tę miłość Bogu możemy wyrazić pośrednio, kiedy będziemy budować wspólnotę osób przez wyrażeniem swej sprawiedliwości i prawości wobec Jego dzieci, a naszych bliźnich. Solidarność międzyludzka, wspólnotowa, a więc małżeńska, rodzinna, społeczna, pracownicza domaga się, aby uwzględniając jak tylko się da prawa poszczególnych jednostek - mieć przede wszystkim na oku dobro wspólne.
Pójdźmy śladami takiej sprawiedliwości. „Nie będziesz miał w swoim domu podwójnej efy, (miary płynów, zboża) większej i mniejszej... Będziesz miał efę nie umniejszoną i dokładną, gdyż brzydzi się Pan każdym, który tak czyni i postępuje niesprawiedliwie” (Pwt 25, 14-16). Na takiej "sprawiedliwości" podwójnej oceny osób w swoim środowisku nie zbuduje się komunii osób, a tylko spółkę z jednostronną odpowiedzialnością i nieodpowiedzialnością, społeczność ludzi pierwszej, drugiej, albo i dalszych kategorii i klas. Podwójność efy dzieli ludzi na równych i równiejszych, swoich i obcych. Dzieli ludzi, a nie jednoczy. Tworzenia moralności Kalego: ty mnie wziąć krowę to grzech, ja tobie wziąć krowę, to dobrze. Zamiast budować komunię osób, niszczą ją.
Nie buduje się wspólnoty miłości z osób w środowisku zajmując postawę roszczeniową: wszystko mi się należy - nie przesadzajcie w wymaganiu ode mnie czegokolwiek. Rezultatem zderzenia takich postaw są zazwyczaj zawód, rozżalenie, poczucie krzywdy, gniewy, wzajemne żale i pretensje do siebie, kłótnie... Jeśli wielu zajmie taką postawę, to powtarza się Hobbesowska wojna wszystkich przeciw wszystkim. Miłość to wielkie pragnienie służenia wspólnocie, bez oglądania się na swoją korzyść.
W miłości nie dzielmy wszystkiego na: moje, twoje, jego. Wszystko nasze, wspólne. Tak czytamy w Dziejach Apostolskich o całych pierwotnych gminach chrześcijańskich. „Ci wszyscy, którzy uwierzyli [w Chrystusa] przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni” (Dz 2, 44-46). Tak jest we wspólnotach klasztornych. Tak może być i w waszej wspólnocie małżeńskiej, rodzinnej, sąsiedzkiej, koleżeńskiej, przyjacielskiej. Jak mówi Mędrzec Syrach: „nie miej ręki wydłużonej do bracia, a do dawania skróconej” (Syr 4, 31). Przy tym wydłużaniu lub skracaniu symbolicznym swej ręki pamiętaj o dzisiejszym zmęczeniu ludzi swego środowiska, nękających chorobach, złych chwilach jego zakładu pracy, spotkaniach z niesympatycznym sąsiadami, a nawet o pogodzie... „Nie bądź jak lew we własnym domu” (Koh 4, 30). Nie bądź lwicą! Nie bądź lwiątkiem! Lew siłą odbiera to, co on sam „uzna”, że mu się słusznie należy. Siła oznacza wojnę, a nie pokój, nie pojednanie, nie tworzenie. Szukajcie kompromisu, jak obiektywną sprawiedliwość zrealizować w danym czasie i okolicznościach, w warunkach powszechnej zgody. Bo „czym jest pożądanie eunucha, by dziewczynę pozbawić dziewictwa, tym jest przeprowadzanie sprawiedliwości przemocą” (Syr 20, 4).
Sobór Watykański II zwraca nam uwagę na więź prawdy z miłością: „Spodobało się Bogu w swej dobroci i mądrości objawić siebie samego i ujawnić nam tajemnicę woli swojej, dzięki której przez Chrystusa, Słowo Wcielone, ludzie mają dostęp do Ojca w Duchu Świętym i stają się uczestnikami Boskiej natury”. I choć ‘za pomocą rozumu naturalnego człowiek może w sposób pewny poznać Boga na podstawie Jego dzieł, to jednak istnieje inny porządek poznania, do którego człowiek nie może dojść o własnych siłach; jest to porządek Objawienia Bożego. Na mocy swego całkowicie wolnego postanowienia i z ogromnej miłości ku człowiekowi Bóg objawia się i udziela mu. Czyni to, objawiając swoją tajemnicę, swój zamysł życzliwości, który odwiecznie przygotował w Chrystusie dla dobra wszystkich ludzi. Objawia w pełni swój zamysł, posyłając swego umiłowanego Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa, i Ducha Świętego.
(por. K 50-51). Bóg, objawiając ludziom prawdę o sobie i o człowieku, wezwał ich do komunii miłości z Sobą, a ze względu na Siebie – do komunii międzyludzkiej w Jego prawdzie. Jego prawda jest ze wszechmiar godna zaufania i zawierzenia.
Te słowa o Bogu dzielącym się swoją Prawdą z człowiekiem łączymy z fragmentem Ewangelii: „Pokażę wam do kogo podobny jest każdy, kto przychodzi do Mnie, słucha słów moich i wypełnia je. Podobny jest do człowieka, który buduje dom: wkopał się głęboko i fundament założył na skale. Gdy przyszła powódź, potok wezbrany uderzył w ten dom, ale nie zdołał go naruszyć. ponieważ był dobrze zbudowany. Lecz ten, kto słucha, a nie wypełnia podobny jest do człowieka, który zbudował na ziemi bez fundamentu. Gdy potok uderzył w niego, od razu runął, a upadek jego był wielki” (Łk 6, 47-49). Okazać Bogu miłość to szukać Jego Prawdy na fundament własnego życia i życia w miłości z Nim i innymi ludźmi, według największego Jego przykazania. Ale miłość ludzką do Boga uprzedza Syn Boży swoją miłością przyjacielską ku nam: „Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan Jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15, 15). Okazał swą miłość przez prawdę i szczerość.
Człowiek z natury kieruje się ku prawdzie o Bogu, o ludziach, o świecie. Ma obowiązek szanować ją i o niej świadczyć. Z racji swej godności ludzkiej wszyscy ludzie, ponieważ są osobami... nagleni są własną swą naturą, a także zobowiązani moralnie do szukania prawdy... trwać przy poznanej prawdzie i całe swoje życie układać według wymagań prawdy (por. K 2467). To kierowanie się prawdą o Bogu i ludziach jest wyznacznikiem miłości do Boga. a ze względu na Boga - do ludzi.
Odpowiedzią miłości naprawdę - serce nasze niech „będzie szczere dla Pana” (1 Krl 8, 61), a ze względu na Niego, również i dla ludzi. Już tu musimy sobie powiedzieć czym jest szczerość i wobec Boga i wobec ludzi: tak mówić, jak się myśli, tak postępować, jak się mówi! Stąd upomnienie Świętego Jana Apostoła: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą. Po tym poznamy że jesteśmy z prawdy i uspokoimy przed Nim nasze serce” (1 J 3, 18-19).
Życie prawdą, postępowanie zgodne z prawdą nazywa się też prawdomównością, szczerością lub otwartością, bez których nie można żyć w miłości i w pokoju, a nawet w ogóle żyć. W tworzeniu cywilizacji miłości prawdomówność i szczerość tworzy wspólnotę, komunię osób.
Życie prawdą zaczyna się „okazywaniem prawdy [w której] przedstawiamy siebie samych” (2 Kor 4, 2). Takimi, jakimi jesteśmy. Okazujemy nasze szczyty i nasze dno, do których można nawiązywać pracę nad budowaniem wspólnoty osób, albo bronić naszą wspólnotę przed degradacją. Z czego możemy uczynić narzędzie doskonalenia wspólnoty, a przed czym musimy strzec jej. Co może stanowić fundament naszej wspólnoty, a przed czym musimy postawić mury obronne. Co stanie się zasadą naszego życia we wspólnocie a co bywa przypadkiem albo wypadkiem.
W tym sensie rozumiał św. Jan Apostoł wyzwalanie człowieka przez prawdę: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8, 32). Przede wszystkim uwolni naszą wspólnotę małżeńską, rodzinną, środowiskową od nieufności wobec pozostałych osób. Głupiego podejrzewania, pokusy selekcji ich zdań na prawdziwe i nieprawdziwe, pokusy przesuwania granicy między tym, co w jego, jej ustach brzmi prawdziwie albo nieprawdziwie i to zawsze w stronę minus. Pokusy uznania, że on, ona zawsze mówi nieprawdę. Pokusy nie brania jakiegokolwiek Jego, jej słowa na serio, "naprawdę". A przecież bez tej ufności nie można podtrzymywać, budować i doskonalić naszej wspólnoty, jako wspólnoty miłości!
„Prawda nas wyzwoli” od poczucia niepewności i lęku. Lęku nie tylko przed doraźnym, ale ostatecznym zawodem: przecież on, ona mogli „przyzwyczaić swój język do kłamstwa” (Jr 9, 4). Lęku przed życiem na niby, czyli w zakłamaniu, w pozorach, w udawaniu na wszystkich frontach naszej wspólnoty miłości.
„Prawda nas wyzwoli” przed utratą szacunku wobec tych, których nazywamy braćmi, bez którego nie można myśleć ani o zachowaniu, ani doskonaleniu wspólnoty miłości.
„Prawda nas wyzwoli” przed degradacją naszych osobowości. „Człowiekiem nikczemnym jest i nicponiem, kto chodzi z kłamstwem na ustach” (Prz 6, 12). Na nikczemnym i nicponiu można budować wspólnotę przyjaźni i wzajemnej odpowiedzialności?
„Prawda nas wyzwoli” przed okaleczeniem, a nawet zabiciem duszy swojej czy "cudzej". Wszak mówi Pismo: „Usta kłamliwe zabijają duszę” (Mdr 1,11). Przecież to już zaczątek martwoty wspólnoty, kiedy człowiek traci duchowe siły do podźwignięcia się z kryzysów z konfliktów międzyludzkich, „bo z kłamstwa uczyniliśmy sobie schronisko... ale grad zmiecie schronisko” (Iz 28, 15. 17).
Z życiem według prawdy, nie tylko w małżeństwie i rodzinie, ale w każdym innym środowisku, - jeśli mamy tworzyć wspólnotę miłości łączy się ze szczerością, podobnie jak wobec Boga naszego Sprzymierzeńca, kiedy Mu w zamian za odsłonięcie swojej Prawdy przed nami, odsłaniamy całą prawdę naszej duszy, również grzesznej. Ta szczerość winna być w naszym domu, w miejscu pracy, w miejscu życia społecznego czy politycznego, choć prawie zawsze jest trudna do realizacji. Ta szczerość może być gorzka, ale oczyszczająca. W Starym Testamencie szczerość przyrównywana jest wielokrotnie do złota, a więc dobra niezafałszowanego, ale które łatwo i z wielką korzyścią dla siebie można zafałszować. W księdze Hioba spotykamy zachwyt nad szczerością: „Ileż potęgi jest w słowach szczerych!” (Hi 6, 25). Również wobec naszych wspólnot! Granice tej szczerości trzeba we wspólnocie jasno ustalić, by nie przeciwstawiała się równocześnie prawu każdego do intymności, do absolutnie własnej przestrzeni życiowej, która jest mu konieczna do pełni rozwoju osobowości.
Jakie wnioski dla naszego określenia miłości, którą odnieść można do Boga i do wszystkich ludzi? Samemu żyć prawdą i szczerością. Służyć drugiemu prawdą i w szczerością, jako wielkimi dobrem i darem, budującymi wspólnotę osób w miłości.
Z przeogromnej miłości stworzył Bóg człowieka: „na obraz Boży go stworzył” (Rdz 1, 27). Rozumnym i wolnym. ‘Pośród wszystkich stworzeń widzialnych jedynie człowiek jest zdolny do poznania i miłowania swego Stwórcy’... Jest zdolny poznawać siebie, panować nad sobą, w sposób dobrowolny dawać siebie oraz tworzyć wspólnotę [miłości] z innymi osobami (K 355-357). Człowiek jest wolny również wobec Boga, swego Stwórcy. Nawet wobec Niego, Jego Prawdy i Dobra może powiedzieć – nie. Zgrzeszyć w sposób wolny, odrzucając zamysł Boga wobec siebie i wolę Jego nawet kierującą nas ku dobru i szczęściu. Może w sposób wolny odrzucić lub budować miłość do Boga i do innych ludzi. Może kształtować w sposób wolny warunki sprzyjające lub szkodzące powstawaniu bądź trwaniu i doskonaleniu się swej miłości do Boga i ludzi. Może w sposób wolny przyjąć bądź odrzucić łaskawą pomoc Boga czy innych ludzi w realizacji swoich miłości. Daje się Bogu [w Duchu Świętym] wychować do wolności synów Bożych, którzy będą z nim przez miłość współpracować w dziele przeobrażania świata i ludzi (por. K 1741-2).
Miłość prawdziwa jest przestrzenią wolności osób miłujących się. Jest świadomym i wolnym od jakiegokolwiek zniewolenia zawierzeniem całego swego życia w partnerze miłości. Tak jest z miłością do Boga, która wyraża się w świadomym i wolnym zawierzeniu całego naszego życia Bogu z Jego Prawdą i Dobrem, zawartymi w Jego objawieniu się. Tak jest z miłością małżonków i ich dzieci. Tak jest z zaangażowaniem się w służbę ludzi w miłości, ze względu na naszą miłość do Boga. Z wolnością nieodłącznie jest związana odpowiedzialność. Wzięcie odpowiedzialności za „sprawę” Bożą na ziemi. Wzięcie odpowiedzialności za małżonka, małżonkę; syna, córkę; matkę, ojca; człowieka, którego w naszej miłości widzimy jak brata, siostrę. Jest świadomym i zamierzonym posiadaniem w nim i w jego miłości nadziei na szczęście. Miłość jest samą wolnością, czyli dokonywaniem celowych i odpowiedzialnych wyborów. Nie ma prawdziwej miłości bez rzeczywistej wolności.
Miłość jako przypadkowe spotkanie, los, który spotkał osobę ludzką i zniewolił go do bycia razem i dla siebie, doprowadza go często do swoistego bezrozumu, bezwoli, lub niefrasobliwego użycia swej wolności; może prowadzić do wielorakich niepokojów i konfliktów w ich bezwolnej wspólnocie. W nich nie może dojrzewać i doskonalić się świadomie miłość. Pisze o tym Apostoł Jakub: „Gdzie bowiem zazdrość i żądza sporu, tam też bezład i wszelki występek”. Przeciwstawia jej miłość na wzór i podobieństwo miłości Bożej: „Mądrość zaś [zstępująca] z góry jest przede wszystkim czysta, dalej, skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy. Owoc zaś sprawiedliwości sieją w pokoju ci, którzy zaprowadzają pokój” (Jk 3, 16-18). Fragment listu św. Jakuba Apostoła wprowadza nas w świat kłótni i sporu w dotychczas miłującej się wspólnocie religijnej gminy chrześcijańskiej, będącej przecież w przymierzu z Bogiem przez wiarę i nadzieję w Jezusie Chrystusie zakotwiczonych.
W Starym Testamencie pełno jest śladów kłótni i sporów ludu wybranego, przeznaczonego do miłości Boga z tymże Bogiem, który ich umiłował i zawierał z nimi Przymierze miłości. Wynikały one z niezrozumienia zamysłu Bożego przez prosty lud, z kruchości ich w wykonywaniu trudnych nakazów Bożych, z niewykorzystania Bożej miłości opiekuńczej nad nimi. Nawet szukali cudzych bogów, jako znaku zerwania więzów miłości z Bogiem Przymierza. Bóg nie użył swojej wszechmogącej siły, aby ich „przekonać”, a więc jakoś zmusić do swoich racji, bo miłował człowieka takim jakim go stworzył, rozumnym i wolnym. Przez proroków chciał ich doprowadzić do zrozumienia swego Słowa, a po zrozumieniu doprowadzić do wolnego wyboru Jego Prawdy za swoją prawdę i Jego Dobra za swoje dobro. W miłości do swego zwaśnionego z Nim ludu Bóg posuwał się do ojcowskiego skarcenia tylko, które miało charakter skarcenia właściwego miłości ojcowskiej, wychowawczej ku nowemu życiu w miłości i przez miłość. Rezultatem było porozumienie i pokój, w którym mogła ujawniać się miłość Boża do człowieka i ożywić się miłość człowieka do Boga. Tak jest przez całe wieki.
Odpowiedź człowieka na miłość Bożą, naznaczoną wolnością ma odpowiedzieć człowiek zrozumieniem prawdy i swej wolności. Wolność nie daje nam prawa do mówienia i czynienia wszystkiego. Takie rozumienie wolności opiera się bowiem na fałszywym przekonaniu, że człowiek, podmiot tej wolności, jest jednostką samowystarczalną i całkowicie suwerenną, mającą na celu zaspokojenie swojej własnej miłości przez korzystanie z wszystkiego na korzyść swej miłości.
Prawda, że trudno uniknąć zwady z Bogiem, chociażby były one serdeczne, przekonuje nas, że nie można ich uniknąć we współżyciu z ludźmi, i to bliskimi, danych nam przez Boga do miłowania w małżeństwie i rodzinie, w sąsiedztwie, w miejscu pracy i odpoczynku. Ta nieuchronność konfliktów wynika ze zderzenia się naszych wolności i inności wielorakich: płciowych; pokoleniowych; religijnych; przeżywanych wartości; z historii życia i wychowania; z nabytych nawyków i przyzwyczajeń; z temperamentów i charakterów; z celów dalszych i bliższych; z oczekiwań od życia; dążeń do realizacji własnych suwerennych wizji życia. W konfliktach międzyludzkich jesteśmy świadkami zderzenia czyjegoś prawa z obowiązkiem drugiego człowieka i nawzajem. Zderzenie suwerennych celów mniejszych czy większych. Zderzenie oczekiwań. Zderzenie dążeń i starań, oraz chęci poniechania niektórych. Wszystko może stać się przedmiotem sporu, kłótni, gniewu. Prowadzą one do zaślepienia i niesprawiedliwości, obciążają życie wspólnotowe i wystawiają zarówno mocnych, jak i słabych na pokusę grzechu przeciw miłości. I tu bywa zmiażdżona miłość międzyludzka. I tu jest szansa upodobnienia miłości międzyludzkiej do miłości Bożej.
Trzeba się wewnętrznie zgodzić na konflikty, jako stały element życia naszych wspólnot; przyjęcie ich jako zadanie do rozwiązywanie, nie czekając, aż się same rozwiążą; samorozwiązania zazwyczaj nie ma. A rozwiązanie to nie może łamać cudzej wolności sumienia, bo tam już nie będzie miłości prawdziwej, ale swoista namiastka, a nawet swoista anty-miłość. W rozwiązywaniu istniejących konfliktów międzyludzkich trzeba dostrzec swe powołanie do miłości ludzi, bliźnich ze względu na miłość do Boga.
Nasza miłość niosąca pomoc ludzkiej miłości może się zakończyć pokojem między skłóconymi osobami jak też sama z kolei może stać się zaczynem i twórcą pokoju. Tylko w pokoju człowiek słucha drugiego; rozumie; przyjmuje jego przekonania i oceny; są z sobą, a nie przeciw sobie; życzliwie współżyją i współdziałają, a nie walczą z sobą. W pokoju dojrzewa miłość i doskonali się.
Nasza myśli prowadzą do wniosku, że i prawdziwa miłość – zarówno z Bogiem, jak i z ludźmi - może się znaleźć w opałach, ale jest „uleczalna”. Musi się w niej znaleźć miejsce na wolność własną i partnera miłości. Poszanowanie dla wolności obu stron konfliktu w miłości prowadzi do uleczenia, zamiast rozpadu.
Miłość jest „naprawialna" jeśli znajdzie się inną miłość wspomagającą, wspierającą. Tę znajdujemy niezawodnie w Bogu. Ale istnieje wiele grup chrześcijan, którzy swą miłość do ludzi wyrażają posłuszeństwem wobec wezwania Boga, który „w Chrystusie jednał z sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania” (2 Kor 5, 19). Uczą się najpierw sztuki pojednania skonfliktowanych z Bogiem, czy ze sobą ludzi. Tworzą poradnie dla poróżnionych. Chodzą do zwaśnionych domów rodzinnych, zakładów pracy, środowisk ze swą posługą jednania. Nie tylko dają piękne świadectwo twórczej miłości bliźniego, ale i miłości Boga, który w Synu świat pojednał ze sobą.
Chcę spełnić oczekiwanie współczesnego czytelnika i omówić problem tolerancji, jako postawy ludzkiej, która służy do budowania ładu społecznego między ludźmi, budowania wspólnoty osób. Jaki jest jej stosunek do miłości duchowej osób ludzkich, przyjaznej i życzliwej? Tolerancja jest poszanowaniem cudzego zdania, przekonania, wartości moralnych, poglądów politycznych, religijnych, etycznych. I w takim znaczeniu jest warunkiem sine qua non zaistnienia miłości duchowej, przyjaznej, życzliwej, jakim jest i sprawiedliwość. I jak nie ma miłości bez sprawiedliwości tak nie ma jej bez szacunku do tego wszystkiego, przez co wyraża się człowieczeństwo, a więc i do samego człowieka o odmiennych poglądach, przekonaniach i normach etycznych. Ale słowo tolerancja oznacza uznanie dla odchyleń od norm prawdy dobra, piękna, dla jakichś dziwactw, występków, wybryków. W tym znaczeniu użył tego określenia Ojciec Święty Jan Paweł II w adhortacji Christifideles laici 5: ‘Pomyślmy o wielorakich postaciach przemocy, której dziś poddawana jest osoba ludzka. Istota ludzka, jeśli nie jest uznana i kochana na miarę jej godności żywego obrazu Boga (por. Rdz 1, 26), narażona jest na najbardziej upokarzające i wynaturzone akty „uprzedmiotowienia”, w wyniku których dostaje się w niewolę silniejszego. „Silniejszy” może mieć różne imiona: ideologia, władza ekonomiczna, nieludzki system polityczny, technokracja, agresywność środków społecznego przekazu. I znów stajemy wobec wielu ludzi, naszych braci i sióstr, których przesadna tolerancja czy jawnie niesprawiedliwe prawodawstwo pozbawiają podstawowych praw: prawa do życia w jego pełnym wymiarze, prawa do dachu nad głową i pracy, do założenia rodziny i odpowiedzialnego rodzicielstwa, do uczestniczenia w życiu publicznym i politycznym, do wolności sumienia i wyznawania wiary religijnej. Któż byłby w stanie policzyć dzieci nie narodzone, bo zgładzone w łonie matek, dzieci porzucone i maltretowane przez własnych rodziców, dzieci pozbawione miłości i należnej opieki? W niektórych krajach całe masy ludzi żyją bez dachu nad głową i pracy, pozbawione środków, które mogłyby im zapewnić życie godne ludzkich istot czy choćby elementarne warunki bytowe. Dziś stały się czymś zwyczajnym przerażające skupiska ubóstwa i nędzy, tak materialnej, jak moralnej, okalające wielkie metropolie i zadające śmierć całym grupom ludzi’. Tolerancja może być uznaniem dla obiektywnego zła, a więc pośrednio i dla osoby złej, albo dla osoby ze względu na czynione przez nią zło.
Takiej tolerancji przeciwstawia Ojciec Święty świętości i godność osoby opartą na miłości Boga, Stwórcy i Ojca, której nie da się unicestwić, choćby nie wiem jak często spotykała się z pogardą i była gwałcona. ‘Dlatego właśnie widzimy, jak rozprzestrzenia się dziś i coraz bardziej umacnia poczucie osobistej godności każdej ludzkiej istoty. Dobroczynny prąd przenika i ogarnia wszystkie ludy świata, które coraz lepiej uświadamiają sobie godność człowieka, a więc nie „rzeczy” lub „przedmiotu”, którym można się posługiwać, ale zawsze i tylko „podmiotu”, który posiada sumienie i wolność, jest wezwany do odpowiedzialnego życia w społeczeństwie i w dziejach, i podporządkowany wartościom duchowym i religijnym’.
Ale jest i drugie znaczenie, które Ojciec Święty Jan Paweł II w adhortacji Familiaris cosortio 21 dostrzega jako element wychowania drugiego człowieka przez miłość. Pisze o tym na przykładzie budowania wspólnoty osób w rodzinie. ‘Wszyscy członkowie rodziny, każdy wedle własnego daru, mają łaskę i odpowiedzialny obowiązek budowania dzień po dniu komunii osób, tworząc z rodziny „szkołę bogatszego człowieczeństwa”. Dokonuje się to poprzez łaskę i miłość wobec dzieci, wobec chorych i starszych; poprzez wzajemną codzienną służbę wszystkich; poprzez dzielenie się dobrami, radościami i cierpieniami. Podstawowym czynnikiem w budowaniu takiej komunii jest wymiana wychowawcza między rodzicami i dziećmi, w której każdy daje i otrzymuje. Dzieci, poprzez miłość, szacunek, posłuszeństwo dla rodziców wnoszą swój szczególny i niezastąpiony wkład w budowanie rodziny autentycznie ludzkiej i chrześcijańskiej. Zadanie to będzie ułatwione, jeśli rodzice będą wykonywać swoją niezbywalną władzę jako prawdziwą i właściwą „służbę”, czyli posługę podporządkowaną dobru ludzkiemu i chrześcijańskiemu dzieci, a w szczególności umożliwieniu im osiągnięcia prawdziwie odpowiedzialnej wolności, oraz jeśli rodzice zachowają żywą świadomość „daru”, który stale otrzymują w dzieciach. Komunia rodzinna może być zachowana i doskonalona jedynie w wielkim duchu ofiary. Wymaga bowiem szlachetnej gotowości każdego i wszystkich do zrozumienia, tolerancji, przebaczenia i pojednania. Każda rodzina zdaje sobie sprawę jak napięcia i konflikty, egoizm, niezgoda gwałtownie uderzają w tę komunię, a niekiedy śmiertelnie ją ranią’.
Tolerancja tak pojęta jest cierpliwością w procesie wychowania przez miłość do wspólnoty osób, jest paktem o nieagresji wobec pojawiających się błędów, zadrażnień, konfliktów. Jest ofiarą na ołtarzu powolnego stawania się wspólnoty osób, które nie może się dokonać bez błędów i wypaczeń.
Tolerancja jako uznanie dla odmiennych przekonań i wartości etycznych bliższa jest uznawaniu wolności sumienia innych. Staje się boleśnie widoczna przy braku jej, w nietolerancji. Nietolerancja może wkraść się w każdą dziedzinę życia społecznego; jej przejawem jest marginalizacja lub prześladowanie osób i mniejszości, które usiłują kierować się własnym sumieniem w wyborze godziwych dróg postępowania. W życiu publicznym nietolerancja nie zostawia miejsca dla pluralizmu działań politycznych czy społecznych, narzucając w ten sposób wszystkim jednolitą wizję organizacji społecznej i kulturalnej.
Mówiąc o nietolerancji religijnej, nie można zaprzeczyć, że wbrew niezmiennej nauce Kościoła katolickiego, zgodnie z którą nikogo nie można zmuszać do wierzenia, między chrześcijanami a wyznawcami innych religii dochodziło w ciągu wieków do niemałych napięć, a nawet konfliktów. Sobór Watykański II uznał to formalnie, stwierdzając, że „w życiu Ludu Bożego, pielgrzymującego przez zmienne koleje dziejów, nieraz pojawiał się sposób postępowania nie dość zgodny z duchem ewangelicznym”.
Jeszcze dzisiaj wiele trzeba zrobić, aby przezwyciężyć nietolerancję religijną, która w wielu częściach świata prowadzi do prześladowania mniejszości. Niestety, jesteśmy świadkami prób narzucania innym określonych religii zarówno w sposób jawny, poprzez swego rodzaju „prozelityzm”, stosujący otwarcie środki przymusu, jak i pośrednio, poprzez odmawianie pewnych praw obywatelskich czy politycznych... Czasem zagorzały laicyzm w imię poszanowania wolności sumienia faktycznie odmawia wierzącym prawa do publicznego wyznawania własnej wiary... Nietolerancja może być także skutkiem tendencji fundamentalistycznych, które co jakiś czas dochodzą do głosu. Mogą one prowadzić do poważnych nadużyć, takich jak radykalne tłumienie wszelkiego publicznego ujawniania odmienności, albo wręcz zniesienia swobody wypowiadania się. Fundamentalizm może także prowadzić do wyłączenia drugiego człowieka z życia społecznego, lub - w dziedzinie religijnej - do stosowania przymusu w „nawracaniu”...
Chrześcijanin, bardziej niż ktokolwiek inny, winien poczuwać się do obowiązku podporządkowania swojego sumienia prawdzie. Wobec wspaniałości tego darmo otrzymanego daru, jakim jest Objawienie Boże w Chrystusie, jakże pokornie i uważnie należy wsłuchiwać się w głos sumienia! Jak bardzo należy nie dowierzać ograniczonemu światłu własnego poznania, z jaką gotowością należy się uczyć, a jak nieskoro potępiać! Jedną z pokus powracających we wszystkich czasach również wśród chrześcijan jest uważanie siebie za depozytariuszy prawdy. W epoce tak przesiąkniętej indywidualizmem pokusa ta może się różnie wyrażać. Cechą jednakże człowieka żyjącego prawdą jest miłować pokornie. Tak poucza nas słowo Boże: prawdę czyni się w miłości. A potem ze względu na prawdę, którą wyznajemy, jesteśmy wezwani do krzewienia jedności a nie podziałów, pojednania - a nie nienawiści i nietolerancji. Darmo otrzymany dostęp do prawdy nakłada na nas niezwykłą odpowiedzialność głoszenia tylko tej prawdy, która prowadzi do wolności i pokoju dla wszystkich: do Prawdy wcielonej w Jezusie Chrystusie’ (Jan Paweł II na Światowy Dzień Pokoju 1991 r.).
Miłość prawdziwa ujawnia się w obecności osób razem i w uczestnictwie we wspólnym życiu i działaniu tychże osób. Stąd możliwa jest miłość Boga do człowieka i człowieka do Boga.
‘„Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej - zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami” (Rz 8, 34), jest obecny na wiele sposobów wśród nas: w swoim słowie, w modlitwie tam gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje (Mt 18, 20), w ubogich, chorych, więźniach (por. Mt 25, 31-46), w sakramentach, których jest sprawcą, w ofierze Mszy świętej i w osobie szafarza, ale 'zwłaszcza (jest obecny) pod postaciami eucharystycznymi' (1373).
Bóg w Synu swoim Jezusie Chrystusie nie tylko jest z nami, ale dopuszcza nas do uczestnictwa w życiu, w śmierci odkupieńczej na Krzyżu i w zmartwychwstaniu swoim. Dopuszcza nas do uczestnictwa w najważniejszych posłannictwach swoich wobec ludzi: arcykapłańskiej, proroczej i królewskiej. To, co najważniejszego dla Niego w miłości ku nam, on czyni naszym udziałem, On po prostu czyni naszym.
Miłość prawdziwa osoby do osoby ludzkiej to wspólnota życia i działaniu tychże osób. Do miłości międzyludzkiej potrzebna jest obecność i uczestnictwo. Poetycko przedstawia to Autor Lamentacji nad Bożym Jeruzalem: „Ach! Jakże zostało samotne miasto tak ludne, jak gdyby wdową się stała przodująca wśród ludów... Płacze, płacze wśród nocy, na policzkach jej łzy, a nikt jej nie pociesza spośród wszystkich przyjaciół” (Lm 1, 1n). Ten fragment Pisma mówi o osamotnieniu wspólnoty sprzymierzonej z Bogiem. W skardze świętego Autora znać zawód, że samo Przymierze z Bogiem nie utworzyło samo z siebie wspólnoty, nowej komunii ludzi, którzy przez to że są razem przy Bogu i z Bogiem, to jeszcze nie dość są razem ze sobą i dla siebie. Autor natchniony stwierdza, że to osamotnienie osób uczestniczących w Przymierzu jest ich nieszczęściem, wyciska łzy wśród bezsennych nocy. Autor też stwierdza, że wobec ich osamotnienia nie znaleźli pocieszenia „spośród wszystkich przyjaciół”, chociaż nie dopowiada, czy ci przyjaciele nie chcieli czy nie potrafili im pomóc. Ich stan wewnętrznej komunii porównuje do stanu wdowy; my powiedzielibyśmy raczej stanu kobiety rozwiedzionej, gdzie partnerzy żyją na tej samej planecie, nawet w tym samym mieście, ale nie dla siebie, nie z sobą.
Zacznijmy od najprostszych stwierdzeń: odłączona od roju pszczoła ginie w ciągu godzin. Mrówka i termit nie przeżyją bez swej społeczności nawet doby. Szczury w samotności giną. Żaby odłączone od wspólnoty nie przeżyją zimy. Człowiek, swoje osamotnienie bardzo źle znosi, stanowi też dla niego jedną z najcięższych kar. Przeciwko samotności jest zwrócona miłość, przyjaźń, małe wspólnoty (małżeńskie, rodzinne), kluby zainteresowań, grupy pracownicze, zespoły zabawowe, co nie znaczy, że ją jakby automatycznie przezwyciężają. Sama obecność razem nie wystarcza, potrzebne jest uczestnictwo w życiu drugiego człowieka. Choć u podstaw uczestnictwa jest wzajemne ofiarowywanie sobie czasu, to nie wystarczy proste bycie przy sobie, proste współistnienie. Ludzie razem oglądający film czy program telewizyjny, nie tworzą wspólnoty osób, bo są ze sobą, ale nie dla siebie i nie uczestniczą w swym życiu nawzajem. Najwięcej na braku uczestnictwa w życiu umiłowanych osób cierpią dzieci. Zapracowani, zagonieni rodzice są z nimi, ale nie dla nich, sami nie uczestniczą w ich życiu, ani do uczestnictwa we własnym niczym nie zachęcają. Tylko podniszczone od ciągłego przytulania lalki, misie-inwalidy i wyliniałe lwiątka mają im zastąpić matkę, ojca i uczestnictwo w ich życiu, coraz bardziej obce niż bliskie, coraz bardziej oporne, jak świat rzeczy martwych z którymi stale się obcuje.
Uczestnictwo zależy od całkowitego otwarcia się naszego „ja”, na konkretną osobę „ty”, którą chcemy darzyć miłością na wzór Chrystusowy. Pozwolić wejść w swój świat myśli, uczuć, tęsknot, pragnień, postanowień, celów i sensów swych poczynań, aby z kolei samemu wejść w jego, w jej świat myśli, uczuć, pragnień, postanowień, celów i sensów ich poczynań. Wtedy kończy się anonimowość przysłowiowych podróżnych samolotem, pociągiem, autobusem, tramwajem, kiedy jesteśmy razem z innymi ludźmi przez kilka nawet godzin, rozmawiamy, a przecież pozostajemy sobie obcy, na zewnątrz siebie, bo nie wytworzyła się więź szczególna między nami, nie wytworzyła się wspólnota osób, komunia osób. Uczestnicy swego życia mają wspólny temat do przeżywania, wspólną fabułę życiową. Tu wszystko zbliża a niewiele rozłącza. Tu człowiek może się poczuć nie tylko u siebie, ale sobą, osobą jedyną i tylko dla niego stworzoną, ważną, dowartościowaną przez drugą osobę. I trochę szczęśliwą; takim małym, niepozornym, i ulotnym nawet tylko dopełnieniem swej osobowości o osobowość inną, różną, czasem równie bogatą duchowo, czy bogatszą nawet. Tu już nie trzeba zapewnień o naszej prawdziwej miłości i przyjacielskości, ono codziennie od nowa staje się przez uczestnictwo w swoim życiu nawzajem.
Wciągamy tych, których chcemy hojnie obdarzyć miłością i przyjaźnią do twórczego uczestnictwa we wspólnym przeżywaniu chwili, całej rzeczywistości godzin i minut. W radościach, w zasmuceniach nawet, w pracach, w przeżywaniu wysokiej kultury. Nie godzimy się na schematy zachowań w czasie wspólnie spędzonym, bo one zabijają, albo przynajmniej spłycają nasz związek osób. Każdy z nas coś z siebie, własnego daje, wnosi nowe pomysły, choćby odrobinę zwariowane, przez co wspólnie spędzony czas może być bardziej pogodny i radosny, a przede wszystkim doskonalący naszą wspólnotę osób. Wtedy wspólny czas nie będzie odmierzany wskazówką zegara, ale tymi momentami, ku którym wspólnie zdążamy, których spodziewamy się i oczekujemy znaczących rezultatów.
Miłość prawdziwa w naszej wspólnocie doskonalącej się ustanawia też czas uprzywilejowany. Dla chorujących, dla mających trudne zadania w pracy czy w szkole, albo przeżywających swoje małe trzęsienia ziemi. Wtedy wspólny czas bywa naznaczony nie tylko wspólną troską, solidarnością, ale i gorliwością w posłudze na rzecz tej cząstki wspólnoty, która wysyła swoje znaki S.O.S.
Jeśli miłość oznacza wzajemną życzliwość, bliskość, prawość, to musi też oznaczać otwartość na pojednanie: na przebaczenia winy z jednej strony i nawrócenie z drugiej strony. Bóg jest miłością, jest bogaty w miłosierdzie, dlatego, choć Jego lud wybrany nieustannie wprowadzał Go w gniew, okazywał nieustanną gotowość przebaczenia, aby uzyskać jego nawrócenie się i kontynuację wiernej miłości.
Biblia jest przepełniona słowami oburzenia i gniewu Boga przeciw ludowi zdradzającemu Go, sprzeniewierzającemu się miłości i przymierzu, przekreślającemu ścieżki Jego dobroci. Biblia porusza człowieka kiedy mówi o Bożym gniewie: potężnym, wielkim jak żar, gwałtownym, zapalczywym, prędko wybuchającym, straszliwym. Ale - nie kusząc się o interpretację tych licznych tekstów - zapisujemy wybiórczo: „Pan często odwracał swój gniew” (Ps 78, 38). Pan w gniewie „nie trwa aż do końca” (Mdr 16, 5), Trwa „tylko chwilę” (Prz 30, 6) i „w litość się przemienia”. „Uznaj, że Pan, Bóg Twój, jest Bogiem, Bogiem wiernym, zachowującym przymierze i miłość do tysiącznego pokolenia względem tych, którzy Go miłują i strzegą Jego praw (Pwt 7, 9-10).
Pojednanie pochodzi od Boga, który zawsze jest gotów przebaczyć wszystkim do niego przychodzącym i rzucić w niepamięć wszystkie ich grzechy (por. Iż 38, 17). Ogrom Bożej miłości przekracza dalece ludzką zdolność pojmowania. Boża miłość jest fundamentem pojednania, do którego zostaliśmy powołani: „On odpuszcza wszystkie twoje winy, On leczy wszystkie twe niemoce, On życie twoje wybawia od zguby, On wieńczy cię łaską i zmiłowaniem (…). Nie postępuje z nami według naszych grzechów ani według win naszych nam nie odpłaca” (Ps 103, 3-4.10).
W swojej miłości i gotowości do przebaczenia Bóg nie zawahał się darować światu samego siebie w Osobie Syna, który przyszedł, aby przynieść odkupienie każdemu człowiekowi i całej ludzkości. W obliczu zniewag zaznanych od ludzi, których szczytem było skazanie Go na śmierć krzyżową, Jezus modlił się: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34).
Boże przebaczenie jest wyrazem Jego ojcowskiej dobroci. W ewangelicznej przypowieści o „synu marnotrawnym” (por. Łk 15, 11-32) ojciec wybiega na spotkanie syna, gdy tylko ujrzał go powracającego do domu. Nie wysłuchuje nawet jego przeprosin - wszystko już mu wybaczył (por. Łk 15, 20-22). Radość z przebaczenia, udzielonego i przyjętego, jest tak wielka, że leczy najgłębsze rany, odtwarza zerwane więzi i zakorzenia je w niewyczerpalnej miłości Bożej.
Przez całe swoje życie Jezus głosił Boże przebaczenie, ale zarazem wskazywał, że możemy je otrzymać tylko pod warunkiem wzajemnego przebaczenia. W modlitwie „Ojcze nasz” każe nam prosić: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” (por. Mt 6, 12). Słowo „jako” oznacza tu, że Jezus pozwala nam zdecydować o tym, jaką miarą będziemy sądzeni przez Boga. Przypowieść o niewdzięcznym słudze, ukaranym za brak miłosierdzia wobec bliźniego (por. Mt 18, 23-35), poucza nas, że kto nie jest gotów przebaczyć, tym samym pozbawia się Bożego przebaczenia: „Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu” (Mt 18, 35).
Nawet nasza modlitwa nie może być miła Bogu, jeżeli nie poprzedza jej — jako swoista „gwarancja” jej autentyczności — szczera próba pojednania się z bratem, który „ma coś przeciw nam”: dopiero wówczas możemy złożyć ofiarę Bogu przyjemną (por. Mt 5, 23-24).
Odpowiedzią oświadczającego swe trwanie w przymierzu i w miłości do Boga ludu Jego miało być i było nawrócenie serca oraz zmiana postępowania.
Podobnie ma być między miłującymi się uczniami Jezusa Chrystusa, których upomina św. Paweł Apostoł w liście do Efezjan. Odrzuciwszy kłamstwo: niech każdy z was mówi prawdę do „bliźniego, bo jesteście nawzajem dla siebie członkami. Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!.. Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważanie - wraz z wszelką złością. Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni! Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg wam przebaczył w Chrystusie” (Ef 4, 25-32).
Dlaczego tak wiele znaczy dla miłości postawa życiowa - gotowość przebaczenia i nawrócenia? W czym przejawia się miłosierdzie Boże czyli Jego miłość przebaczająca? Miłość większa niż zło, grzech? Podpowiedział nam Ojciec św. Jan Paweł II w swej Encyklice O Bogu bogatym w miłosierdzie.
Miłosierdzie Boże, to miłość jednocząca. Z Nim, ale i z innymi ludźmi, wobec których popełniliśmy zło. Człowiek przebaczający winnemu człowiekowi, zwraca się twarzą swą i całą duszą ku niemu, ku nim. Szuka, nieprzymuszony tego wszystkiego co może łączyć, a nie dzielić. Ofiaruje od nowa wszystko czym może się podzielić, a przez to jednoczyć. Nie szczędzi czasu, zabiegów, twórczej pracy jak również wyrzeczeń dla odtworzenia zagubionej miłości i przyjaźni.
Przebaczające miłosierdzie Boże to miłość dźwigająca człowieka winnego. Taka ma być i nasza przebaczająca miłość w małżeństwie, w rodzinie, w sąsiedztwie, w środowisku pracy czy nauki w grupach ludzkich, narodach i w świecie. Musi dźwigać z konkretnego upadku w złość z podłoża psychofizycznego, które rodzi u niego złość czynu, z chwilowego załamania ducha czy psychiki. Usiłuje zapomnieć przeszłość na rzecz wznioślejszego jutra. Dźwiga na wyższy stopień umiejętności godnego życia, na wyższy stopień moralności i kultury życia codziennego.
Miłosierdzie Boże - miłość przebaczająca przywraca człowieka samemu sobie. Syna marnotrawnego przywraca do roli syna umiłowanego, jakim był przed upadkiem z całej swej istoty. Podobnie ma się z przebaczeniem w naszym środowisku najbliższych: przywraca ono do stanu umiłowanego męża, umiłowanej żony, umiłowanych dzieci, rodziców, dobrego sąsiada, przyjacielskiego towarzysza pracy, kompana wypoczynku. Przywraca ich z zagubienia im samym, by mogli samodzielnie dalej wędrować po właściwej drodze. Przywraca ich do pełnego wymiaru człowieczeństwa, w nim zaś do pełnego wymiaru męża, żony, dziecka, rodzica urzędnika, robotnika, polityka, jak Bóg w przebaczeniu przywraca nas do pełnego wymiaru dziecka Bożego. Przywraca do pełnej godności utraconej, czy choćby trochę sponiewieranej.
Miłosierdzie Boże, czyli miłość przebaczająca to jest też miłość dowartociowująca. Winny członek naszej wspólnoty przez zło popełnione przeciw wspólnocie lub osób na nią się składających degraduje się, pomniejsza się. Oczekuje i potrzebuje dowartościowania od tych którzy się nie umoczyli w złu, bo tylko oni mogą go dowartościować. Tu się liczy małe słowo i mały gest czy zmiana postawy, zwłaszcza wobec świadków jego upadku. Ale trzeba się na nie wielkodusznie zdobyć.
Miłosierdzie Boże, czyli miłość przebaczająca to miłość podnosząca upadłego człowieka. Takie winno być przebaczenie ludziom naszego środowiska. Podnoszenie do stanu, któremu on już dawał świadectwo, albo jeszcze wyżej, wszak na błędach i upadkach się uczymy.
Nie tylko w miłowaniu Boga, ale i ludzi może paść i padało pytanie: „Czy miłujesz Mnie więcej niż...” Kiedy mówimy o miłości do Boga w Jego Synu Jezusie Chrystusie, to wracamy do pięknej sceny wyznania miłości wobec Jezusa Chrystusa przez Piotra Apostoła. Było to po zmartwychwstaniu Jezusa. Przed pożegnaniem się z ukochanymi uczniami. I przed przekazaniem Piotrowi, jako opoce nowej rzeczywistości religijnej najwyższej władzy we wspólnocie. „Jezus rzekł do Szymona Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” Odpowiedział Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego: „Paś baranki moje”. I znowu, po raz drugi powiedział do niego: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?” Odparł Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego: „Paś owce Moje!” Powiedział mu po raz trzeci: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?” Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: "Czy kochasz mnie?" I rzekł do Niego: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł mu Jezus: „Paś owce moje!” (J 21, 15-17).
Sam Chrystus domagał się - przy innej okazji - owego więcej, wyznaczając swoistą dla każdego zrozumiałą miarę miłości ku Niemu: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 17). Domaga się miłości większej niż ojca i matki.
Z tym związane jest podstawowe pytanie, czy można miłować Boga mniej, albo więcej? Jeśli można mniej, albo więcej, to ile wystarcza, albo nie wystarcza do osiągnięcia zasadniczego celu życia: Życia wiecznego z Bogiem w niebie? Chrystus odpowiada, że można więcej. Dlatego pyta o więcej swego ucznia. Ile wystarcza? Odpowie: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił” (Pwt 6, 5). Do kresu „serca”. Do pełni „duszy”. Do wyczerpania „sił”. Dlatego proces dojrzewania miłości Bożej w nas trwa do ostatniej chwili. Powiedzenie sobie: 'wystarczy tyle, ile mam' byłoby przyznaniem się, że prawdziwej miłości do Boga w nas nie ma.
Również w miłości człowieka do człowieka wraca pytanie o więcej i mniej; o minimum, czy maksimum? Jeśli można mówić o maksimum, o heroicznej cnocie miłości do drugiego człowieka, można mówić o minimum. O heroicznej stopniu miłości mówił sam Jezus: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 13). O minimum - a raczej o warunku tejże miłości - pisze Paweł Apostoł: „Nikomu nic nie bądźcie dłużni poza wzajemną miłością. Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo. Albowiem przykazania: nie cudzołóź, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj i wszystkie inne - streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego! Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa (Rz 13, 8-10).
W tym fragmencie Słowa Bożego są dwie myśli: w jednej Bóg stawia warunek prawdziwej miłości do bliźniego: „Nikomu nic nie bądźcie dłużni poza wzajemną miłością”, bo „miłość nie wyrządza zła bliźniemu”. Bo miłości nie można pogodzić z niesprawiedliwością: z okradaniem bliźniego z dobrego imienia, z własności, z owoców pracy, ze stanowiska. Miłości nie można pogodzić z poniżaniem umiłowanej osoby; z odbieraniem mu wolności poprzez użycie własnej siły; odbieraniem mu spokoju przez nadużywanie własnej wolności. Miłości nie można pogodzić z jakąkolwiek dyskryminacją osoby. Nie można pogodzić z manipulowaniem osobą, jak rzeczą; używaniem osoby „niby umiłowanej” jak rzeczy dla własnej przyjemności, kariery politycznej czy ekonomicznej. Inaczej miłość staje się obłudna, zredukowana do słów, gestów, a nie ujawnia się w czynach. Takiej miłości nikt też nie chce uznać za dobro i szczęście, a tym mniej tęskni za nią, choć czasem, dla jakichś powodów godzi się na nią. Ale w tym fragmencie Pisma mieści się i inna myśl, że „miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa”. Bo wszystko to, co dyktuje Prawo i odmierza poprzez ciasne paragrafy, daje też działanie z miłości ku drugiemu człowiekowi, tylko hojniej, bardziej wspaniałomyślnie i wielkodusznie. W surowe tryby paragrafów wlewa odrobiny oleju. Do tego, co człowiekowi według Prawa się należy dodaje trochę serca: uczuć przyjaznych, życzliwości. Jest to przez Boga postawiona nam dolna granica miłowania
Drugą dolną granicę miłowania winien człowiek sam sobie postawić w miłowaniu bliźnich: swoją wolność w układaniu własnego życia tak realizować, aby nie niszczyło, nie ograniczało, czy nie zakłócało wolności innych ludzi. Na straży tego minimum stoi właśnie „tylko” miłość i „aż” miłość.
A maksimum miłości? „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 13) - powiedział Jezus Chrystus. Wielokrotnie jesteśmy świadkami takiej heroicznej miłości. Za Boga i Jego sprawę - w męczeństwie. I to nie tylko w gwałtownym oddaniu życia za wiarę, ale i granicznie trudnym ofiarowaniu swego życia w wierze, dzień po dniu, kropla po kropli. Za życie i wolność drugiego człowieka, jako jego największą wartość - w udzielaniu mu pomocy kosztem własnego życia, czy zdrowia. Za wolność całej społeczności braci - ojczyzny, w jej obronie. To maksimum miłości można też widzieć wtedy, kiedy jeden człowiek poświęca maksimum swej wolności do samorealizacji: wyboru dróg życiowych, wyboru dóbr do-raźnych jemu dostępnych na korzyść wielkiej wolności cudzych wyborów.
Pomiędzy minimum, a maksimum jest przestrzeń doskonalenia się miłości To doskonalenie przebiega między swoistym minimum, między doraźnym życzliwym odniesieniem się do drugiego człowieka, niesienie mu doraźnej pomocy w razie potrzeby, a czymś doskonalszym: tworzeniem wspólnoty osób, komunii osób, rodziny ludzkiej. I kiedy będziemy mówić o miłości do drugiego człowieka ze względu na miłość do Boga, to będziemy szukać tego górnego pułapu: wspólnoty osób, w której jest zawarte ze swej istoty i minimum miłości.
W powszechnym odczuciu miłość i przyjaźń są pojęciami bliźniaczymi. Dostrzega się przyjaźń, jako większą stałość w miłości, głębszą zażyłość w miłości, bardziej rozległe więzy łączące partnerów miłości. Mówi się o przyjaźni jako miłości wyzbytej pierwiastków cielesnych, w przeciwieństwie do miłości małżeńskiej. O przyjaźni żołnierskiej łączącej ludzi przez szczególny trud, znój i krew wspólnie przelaną w obronie ojczyzny czy wielkich ideałów. O przyjaźni, w której podkreśla się dozgonność i niezawodność, w przeciwieństwie do miłości małżeńskiej, która się czasem rozpada. O przyjaźni, która jedna jedyna nie chowa tajemnic przed partnerem. O przyjaźni dopiero rozpoznawanej w biedzie.
Jezus Chrystus mianem przyjaciół swoich określił tych, którzy słuchali Jego nauki i poszli za Nim. Wyznaje ją przy okazji ogłoszenie nowego przykazania: „abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich... Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (J 15, 13-16). Jezus podkreśla tu zasadę swej przyjaźni ofiarowanej nam: zawierzenie tajemnicy wewnętrznego życia z Ojcem, co zostało obrazowo ujęte „oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca”.
Kiedy Łazarz umarł Jezus rzekł do swoich uczniów: „Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę, aby go obudzić” (J 11, 11). I wskrzesza go z martwych. Chce pokazać przyjaźń, która miłowanego ratuje w ostatecznej niedoli. Janowi Apostołowi, którego dopuszcza do przyjacielskiej zażyłości i w czasie Ostatniej wieczerzy „spoczywał na jego piersi” (J 13, 23), w godzinie swej śmierci na krzyżu zawierza życie swej Matki: „Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: ‘Niewiasto, oto syn Twój’. Następnie rzekł do ucznia: ‘Oto Matka twoja’. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie” (J 19, 26-27). Bo w domu przyjaciela można zostawić osieroconą Matkę przez Jedynego Syna.
Nawet zdradzieckiemu Judaszowi, kiedy ten przyszedł ze zgrają uzbrojoną w miecze i kije, aby Go pojmać i rzekł: „Witaj, Rabbi!”, i pocałował Go... rzekł: Przyjacielu...” (Mt 26, 49-50). Czy to nie gest przyjaźni w kierunku „syna zatracenia” (J 17, 12), aby podać mu pomocną dłoń? Nawet kiedy szatan wejdzie w niego? (Łk 22, 3) Nawet dla takiego człowieka, dla którego „byłoby lepiej gdyby się nie narodził?” (Mk 14, 21).
Chrystus w swej motywacji do wytrwałości na modlitwie mówił: „Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam mu co podać” (Łk 11, 5-6). Bo niczego, co jest dobre jak chleb nie odmawia się przyjacielowi. Po uporczywym kołataniu, albo i bez kołatania. Nie tylko przysłowiowe trzy bochenki chleba, ale nawet całe życie!
Mądrość Syracha podpowiada nam: „Wierny przyjaciel potężną obroną, kto go znalazł, skarb znalazł. Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty ani równej wagi za wielką jego wartość. Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia” (Syr 6, 14-16). Jezu, tyś wiernym dla nas przyjacielem. Ale i ostrzega: „Jeżeli chcesz mieć przyjaciela, posiądź go po próbie, i niezbyt szybko mu zaufaj! Bywa bowiem przyjaciel, ale tylko na czas jemu dogodny, nie pozostanie nim w dzień twego ucisku. Bywa przyjaciel, który przechodzi do nieprzyjaźni i wyjawia wasz spór na twoją hańbę. Bywa przyjaciel, ale tylko jako towarzysz stołu, nie wytrwa on w dniu Twego ucisku. W powodzeniu twoim będzie jak [drugi] ty, z domownikami twymi będzie w zażyłości. Jeśli zaś zostaniesz poniżony, stanie przeciw tobie i skryje się przed Twym obliczem (Syr 6, 7-12).
'Bóg stworzył człowieka na swój obraz i ukonstytuował go w swojej przyjaźni. Człowiek, stworzenie duchowe, może przeżywać tę przyjaźń tylko jako dobrowolne [p]oddanie się Bogu. (K 396).
'Przez swoje Objawienie Bóg niewidzialny w nadmiarze swej miłości zwraca się do ludzi jak do przyjaciół i obcuje z nimi, by ich zaprosić do wspólnoty z sobą i przyjąć ich do niej... (K 142).
Pojęcie przyjaźni między Bogiem, a człowiekiem jest stałym elementem chrześcijańskiej wiary i życia z wiary. Będziemy je ciągle dostrzegać jako pojęcie bliźniacze do miłości.
Pozostawiając na boku szczególne więzy międzyludzkie, które ludzie oceniają i nazywają jako przyjaźń, można miłość do innych ludzi – oby do wszystkich ludzi charakteryzować jako przyjazne, w biedzie wypróbowane, niezawodnie życzliwe odniesienie do niego.
Umiłowany uczeń Pana, Jan tak pisał - również do nas: „Najmilsi, miłujmy się wzajemnie, bo miłość jest z Boga... Bóg jest miłością. W tym okazała się miłość Boga dla nas, że Bóg posłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu... jako ofiarę przebłagania za grzechy nasze. Najmilsi, jeżeli Bóg nas tak bardzo umiłował, my winniśmy także miłować się wzajemnie. Jeżeli się wzajemnie miłujemy, Bóg mieszka w nas, a miłość Boga jest w nas doskonała... Myśmy poznali miłość, którą Bóg ma ku nam i uwierzyliśmy w nią” (1 J 4, 7-16).
Św. Jan przedstawia nam najważniejsze motywy naszej wzajemnej miłości, nie wykluczając miłości małżeńskiej i rodzinnej. Są one zakotwiczone w Bogu. Bóg jest miłością, dlatego wszelka miłość od Boga pochodzi, w Bogu ma swe źródło, choćby człowiek nie uświadamiał sobie tej rzeczywistości, albo nie chciał jej uznać. Miłość Boża objawiająca się w tajemnicy Wcielenia Syna Bożego trwa do dziś i na zawsze. „Życie, które mamy dzięki Niemu” trwa w nas, stanowi o wszystkim, co nasze, również o miłości, która jest z Boga. Miłość Boga staje się w nas doskonała.
Ci, którzy prawdziwie się kochają, są odwiecznie przeznaczeni do kochania się, choć wydaje się, że spotkali się przypadkowo. Partner miłości bliźniego, jak i małżeńskiej jest darem Bożym a ta miłość jest naszym powołaniem i przeznaczeniem.
Bóg jest Miłością i uczy nas swojej miłości.
Bóg jest Dawcą miłości, bo jest ona ponadczasowa, a my przemijać musimy; bo jest bezinteresowna, a my do kalkulacji skłonni; bo jest podnoszeniem drugiego człowieka w górę, a my ciążymy ku prozie życia, ku pospolitości. Dlatego Bóg jest Tym, który naszą miłość oczyszcza z ziemskich przypadłości, ograniczoności, małostkowości, kruchości.
Bóg nie tylko jest początkiem miłości do drugich, ale i Tym, który daje lub przyspiesza jej rozwój. Miłość osobowa, która przez całe swoje „ja” wychodzi naprzeciw drugiego, by dawać, nieść ofiarę ze swego życia, potrzebuje atmosfery bezinteresownej miłości. Tylko miłość Boga, która schyla się ku człowiekowi, jest doskonale bezinteresowna. Najpierw Bóg miłuje, a miłując stwarza i czyni godnym miłości. Wyprzedza miłość ludzką, bo kocha wpierw, niż Jego pokochano. Nie ogląda się za ludzką miłością sprawiając, że „słońce wschodzi nad dobrymi i złymi”. Jest ponad czasem, bo miłość Boża trwa na wieki. Nie ma dla miłości Bożej oddalenia, bo w niej jesteśmy, żyjemy i poruszamy się.
Jeśli miłość człowieka do człowieka, również mężczyzny i niewiasty otoczona zostanie atmosferą miłości Bożej, to żyje nią, rozkwita, nabiera nieśmiertelności.
Miłość Boża pomaga miłości ludzkiej i na inny sposób. Miłość wzajemna ludzi, również jako mężczyzny i kobiety zależy od wielości wspólnot. A najważniejszą wspólnotą może być miłość Boga wyrażona we wspólnocie osób przez przeżywanie dziecięctwa Bożego, jakim Bóg nas obdarzył, posłuszeństwa wiary, wspólnej modlitwy przed Bogiem i dialogu z Nim o nas...
Człowiek, który z czcią wyrażającą miłość staje przed Bogiem, swym Stwórcą i Ojcem, z czcią i miłością zwraca się ku wszystkim ludziom i chce im dać siebie dla miłości Boga, wspólnego Ojca. Wszak z nimi idzie ku wspólnej, szczęśliwej z nim wieczności.
Miłość Boga pomaga kochać ludzi trudnych do kochania. Męża, który przez pijaństwo stacza się na peryferie ludzkiego życia, a często ku zwierzęcości i poniżej. Żony, która okazała się prawie zupełnie kimś innym, niż ta którą pokochał pierwszym porywem serca. Sąsiada, dla którego stajemy się bezpłatnymi służącymi tylko. Chorego, który lekkomyślnie marnuje nasz trud opiekuńczy. Biednego, który wygodnie żyje ze swej biedy i naszej miłości miłosiernej. Towarzysza pracy, który naszą życzliwą miłość uczynił podnóżkiem swej kariery zawodowej. Partnera, który ma niesłychanie trudne usposobienie połączone z brakiem chęci lub dobrej woli do pracy nad sobą. W takich sytuacjach niejeden rezygnuje z miłości, jeśli nie może odejść, daje upust łzom cisnącym się do oczu, albo przeklina swój zły los. Szczęśliwy, kto wtedy znajdzie Ukrzyżowanego, którego miłość prowadziła poprzez zdradę ucznia w Ogrójcu, plwanie, policzkowanie, biczowanie, aż do konania na drzewie hańby, na Krzyżu. Nie. Nie przestanie cierpieć. Ale zrozumie tajemnicę trudnej miłości, która jest uczestnictwem w tajemnicy Krzyża Chrystusowego. Pod krzyżem można nauczyć się przebaczać i dawać siebie aż do wyniszczenia.
Czyż Syn Boży nie woła ustami proroka: „O wy wszyscy przechodzący drogą, przypatrzcie się i obaczcie, czy jest boleść, jako boleść moja?”.
Wtedy chrześcijanin miłuje bliźniego dla Boga samego i to Ukrzyżowanego za niego. A odpowiedzialność za osobę brata naszego bliźniego każe nam odczuć jej błędy jako swe własne, i przejęcie ich jako własnych długów do spłacenia, jak Chrystus przejął nasze długi, bo ich kochamy w Bogu.
Jeśli św. Paweł mówi o zbawieniu żony przez męża i męża przez żonę (por. 1 Kor 7, 14), to można - sądzę - krąg wzajemnie zbawiających się poszerzyć na wszystkich miłujących się bliźnich. Zbawienie ich dokonuje się przez nasze cierpienie i nasz trud, przez nasz krzyż. I to dzieje się ze wzajemnością.
Nie będzie to fatalizmem, jeśli chrześcijanin zrozumie, że skoro krzyż nie ominął niewinnego Chrystusa, nie może ominąć życia w miłości z bliźnim-niewygodnym, nawet w miłości małżeńskiej, dalekich od doskonałości. Byle krzyż ten chciał pojąć jako Boże narzędzie wspólnego doskonalenia, jako oczyszczanie miłości z egoizmu i zwracanie jej ku Nieskończonej Miłości Bożej, jako zadośćuczynienie za winy swoje i kochanych osób, jako zbawienie. I w miłości udanej, wielkiej, prawdziwej nie braknie trudności, które ciężką kłodą położą się na drodze życiowej przyjaciół, a cóż dopiero wobec ludzi „przydzielonych nam przez Boga do kochania!” Powrót pod krzyż, do źródła mocy naszej miłości będzie nam ostoją.
Człowiek potrzebuje świadomości Bożego pochodzenia miłości swojej. Na granicy miłości uczuciowej jak i duchowej jest zawsze jakieś świadome lub nieświadome oczekiwanie, naznaczone egoizmem, zwrotem ku sobie, ku własnej przyjemności, czasem rozkoszy, choćby „małego” szczęścia. Przez łaskę zaistnieje w człowieku bezinteresowny „ruch na zewnątrz”. Jest to nieustanne wyrywanie się człowieka ku Bogu, a poprzez Boga ku bliźnim. Jest to stałe uwalnianie człowieka od egoizmu na rzecz altruizmu; od interesowności ku bezinteresowności; od garnięcia ku sobie, do dawania; od chęci panowania nad drugim człowiekiem, ku służeniu. Im więcej człowiek żyje Bogiem, tym większą ma szansę przezwyciężenia egoizmu. A więc w ostatecznym rozrachunku także uratowania miłości, jak też jej doskonalenia.
Św. Piotr Apostoł pisał do swoich wiernych w liście: „Okazujcie jeden drugiemu miłość serdeczną, bo miłość pokrywa wiele grzechów... Świadczcie sobie wzajemnie usługi, stosownie do łaski jaką każdy odebrał; wówczas okaże się, że jesteście dobrymi włodarzami wielorakiej Łaski Bożej” (1 P 4, 8-10), widząc ustawiczną miłość bliźniego, jako przykazanie Boże, domaga się: „Świadczcie sobie wzajemnie usługi, stosownie do łaski jaką każdy odebrał. Łaska może tu oznaczać naturalne dary Boże, jak majątek, którymi wierni winni służyć sobie wzajemnie jako dobrzy ekonomowie, a nie właściciele, bo właścicielem jest Bóg. Ale kontekst wskazuje na szczególne talenty-charyzmaty, które są przejawami łaskawej pomocy Bożej w budowaniu Jego Królestwa. Ukazuje miłość bliźniego jako solidarne dzielenie się darem Bożym, jak chlebem powszednim z każdym bliźnim, który Bóg stawia przed każdym na stole i Bo ten stół obsługuje. A wszystko to może czynić pamiętając na rodowód swojej miłości.
Ludzie miłujący się w małżeństwie odczuwają szczególne zapotrzebowanie na łaskę Boga w swej miłości. Ich nierozerwalna jedność, całkowitość zawierzenia się sobie, w które wchodzą wszystkie elementy osoby - impulsy ciała i instynktu, siła uczuć i przywiązania, dążenie ducha i woli - potrzebuje wielkiej mocy Bożej, by sprostać wielkiemu zadaniu w chwilach i w okolicznościach trudnych. I otrzymują w Przymierzu sakramentalnym, które Bóg z nimi zawiera. I dlatego zawsze mogą i powinni wrócić do korzeni swego pięknego miłowania.
Nawiążmy do myśli, że miłość nigdy nie jest ostatecznie skończona. Jest nieustannie w stadium stawania się. Myślę, że to stawanie się można by określić jako zestrajanie obcych sobie istnień ludzkich. Obcych i różnych. Często nawet o wprost przeciwnych usposobieniach, „zwalczających się”. Ile tam będzie potrzeba samozaparcia, cierpliwości i ustępliwości i wielu, wielu innych cnót. Ile razy może braknąć sił lub ochoty do żmudnej pracy budowania wspólnoty osób w miłości? I wtedy liczyć się będzie wspólna Boża „macierz miłości”.
Bóg z tymi, którzy Go miłują współdziała we wszystkim dla ich dobra (Rz 8, 28), również w budowaniu wspólnot osób w miłości. Daje swą pomoc do podejmowania na co dzień zgodnego, radosnego i twórczego współżycia i współdziałania, sam z nami współżyjąc i współdziałając.
Zacznijmy od takiej cechy naszej miłości do Boga, która doświadczalnie jest stwierdzana w miłości między ludźmi. Św. Jan Apostoł wyraził ją krótko: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (1 J 3, 18). Czyn nie kłamie, nie zwodzi (jakby Boga można było zwodzić!), nie oszukuje... Sam Chrystus na taką miłość czynu od nas liczy. „Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie... Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać... A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał” (J 14, 21-24).
Zauważmy, to miłowanie „czynem i prawdą”, potwierdza się w oczekiwaniu Jezusa na naszą miłość: „Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten mnie miłuje”. To jest miłość czynu, w którym wyraża się nasza miłość. „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę”; to jest miłowanie prawdą. Jest tu najpierw zawierzenie całego życia prawdzie i dobru przekazanych nam przez Chrystusa i wypełnianie Bożych zamysłów wobec nas. Podobnie odczytuje miłość naszą do Chrystusa św. Paweł Apostoł: „Na to wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości... Przeto nie przestajemy się za was modlić i prosić [Boga], abyście doszli do pełnego poznania Jego woli... abyście już postępowali w sposób godny Pana, w pełni się podobając, wydając owoce wszelkich dobrych czynów” (Kol 3, 1.9-10). Autor natchniony wskazuje tu na trzy etapy kształtowania miłości do Boga: poznanie zamysłu Bożego wobec nas; postępowanie według woli i upodobania Boga; przynoszenie owoców rzeczywistych naszego życia w miłości. Podobnie św. Paweł Apostoł widzi proces doskonalenia się miłości do Boga: „Modlę się o to, aby miłość wasza doskonaliła się coraz bardziej i bardziej w głębszym poznaniu i wszelkim wyczuciu dla oceny tego co lepsze, abyście byli czyści i bez zarzutu na dzień Chrystusa, napełnieni plonem sprawiedliwości [nabytym] przez Jezusa Chrystusa ku chwale i czci Ojca” (Flp 1, 9-11). A więc i tu pojawiają się elementy poznania Bożych prawd i wartości, oraz konsekwentne, owocne wypełnianie ich. Miłość okazana Bogu w prawdzie i czynie.
Jakkolwiek może być wiele motywów dla pełnienia przykazań, to pełnienie ich z motywu miłości nosi najwyższy znak jakości. Jest niesporne, hojne, gorliwe, wielkoduszne, twórcze. Przykazania te dla miłującego człowieka nie są przykre, ani zbyt trudne; „nie są ciężkie” (1 J 5, 3), ale „słodkie i lekkie” (Mt 11, 30).
Miłość rodzi troskę i zabiega o to, co nie tylko zawarte jest w przykazaniach, ale co podoba się Bogu. „Proszę was, bracia, - pisze św. Paweł Rzymianom - przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: o jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12, 1-2). Ujawnia wtedy człowiek miłość do Boga większą niż do własnego ciała, a szerzej ujmując większą niż wszystko, co doczesne, cielesne, materialne. „Dlatego - pisze na innym miejscu Apostoł - staramy się Jemu podobać czy to gdy z Nim, czy gdy z daleka od Niego jesteśmy” (2 Kor 5, 9); czyli nie tylko wtedy, gdy jesteśmy przed Jego obliczem, w miłującym Go środowisku, ale i w środowisku obcym Mu, nawet wrogim. „Badajcie, co jest miłe Panu. I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności (Ef 5, 10-11). Tessaloniczam prosi i zaklina: według tego, coście od nas przyjęli w sprawie sposobu postępowania i podobania się Bogu - jak już postępujecie - stawajcie się coraz doskonalszymi... Albowiem wolą Bożą wasze uświęcenie” (1 Tes 4, 1.3).
Ale niech nam będzie i słowem wyznać przypominając słowa Psalmisty: „Miłuję Cię, Panie, Mocy moja, Panie, ostojo moja i twierdzo, mój wybawicielu. Boże mój, skało moja na którą się chronię, tarczo moja, mocy zbawienia mego i moja obrono. Wyprowadzasz mnie na miejsce przestronne; ocalasz, bo mnie miłujesz” (Ps 18, 2-3.20).
To miłowanie Boga czynem, najłatwiej ujawnić poprzez czynienie dobra naszym bliźnim ze względu na miłość do Boga. Kiedy spełniamy nowe przykazanie Jezusa: „abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem, żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłować” (J 13, 34-35). Po tym wszyscy poznają, że Mnie miłujecie, jeśli nie słowem, ale czynem bliźnich miłować będziecie. Bo Chrystus jest obecny w naszych braciach, zwłaszcza bezradnych i bezsilnych, oczekujących na naszą pomoc. Wtedy od czynnej miłości do Chrystusa nie da się „wyłgać" pobożnym westchnieniem nowicjuszki, która bolała nad tym, że nie było jej w Ziemi Świętej, kiedy Chrystus prześladowany, oskarżany, biczowany, cierniem koronowany, ukrzyżowany, złożony do grobu potrzebował jej miłości czynu pomocnego. On w ludziach dalej jest prześladowany, oskarżany, biczowany, cierniem koronowany, ukrzyżowany, złożony do grobu i dalej czeka na nasze świadectwo miłości w czynie, a nie w słowie.
'Miłość jest cnotą teologalną, dzięki której miłujemy Boga nade wszystko dla Niego samego, a naszych bliźnich jak siebie samych ze względu na miłość Boga' (K 1822). Cnota jest trwałą dyspozycją do czynienia dobra. Pozwala ona osobie nie tylko wypełniać dobre czyny, ale także dawać z siebie to, co najlepsze. Osoba cnotliwa wszystkimi swoimi siłami zmysłowymi i duchowymi dąży do dobra oznaczonego przez nazwę cnoty, zabiega o nie i wybiera je w konkretnych działaniach. Kiedy mówimy, że miłość jest i ma być cnotą, oznacza to, że miłość nie jest tylko pojedynczym wyznaniem miłości Bogu i ludziom, nie jest pojedynczym czynem życzliwości i przyjaźni wobec Boga i ludzi, ale stałą dyspozycją duszy, uczuć ludzkich, wszystkiego, co stanowi o ludzkim „ja” do przyjaznego i życzliwego współżycia i współdziałania a Bogiem i z ludźmi; stałą postawą moralną, nawykiem, tak, by można było trwać w miłości wśród zmieniających się warunków i okoliczności życia, wśród przeszkód.
Kiedy mówimy, że miłość jest cnotą teologalną, oznacza to, że uzdolnienie do miłowania Boga i ludzi ze względu na Boga, pochodzi od Boga, ma swe źródło w naszym uczestnictwie w naturze Bożej: „Boska Jego wszechmoc udzieliła nam tego wszystkiego, co się odnosi do życia i pobożności, przez poznanie Tego, który nas powołał swoją chwała i doskonałością. Przez nie zostały nam udzielone drogocenne i największe obietnice, abyście się przez nie stali uczestnikami Boskiej natury, gdy już wyrwaliście się z zepsucia [wywołanego] żądzą na tym świecie” (2 P 1, 3-4). Dzięki uczestnictwu w naturze Bożej jesteśmy uzdolnieni do bliskości, do pełnego życzliwości i przyjaźni współżycia i współdziałania z Bogiem Trójjedynym: Ojcem, Synem i Duchem Świętym.
Kiedy Syn Boży, jako Słowo Boże przyszedł na świat, „wszystkim tym, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi” (J 1, 12) wszczepił im między innymi moc do miłowania Boga i ludzi ze względu na Boga jak przystoi i należy dzieciom Bożym.
Jezus czyni miłość przedmiotem nowego przykazania, od wykonania którego czyni zależnym zbawienie wieczne. „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35). Sam zaś „umiłowawszy swoich na świecie do końca ich umiłował” (J 13, 1). W ten sposób objawia miłość Ojca, którą od Niego otrzymuje. Uczniowie miłując się wzajemnie, naśladują miłość Jezusa, którą także sami otrzymują. Dlatego Jezus mówi: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej!” (J 15, 9). „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej” (J 15, 10). To jest swoistego rodzaju fundament, ale i minimum. Bez tego fundamentu nie można budować wielkiej całości skrywającej się pod słowem miłość. Chrystus na pytanie faryzeusza „wystawiającego Go na próbę: ‘Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?’ odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy” (Mt 22, 35-40). Tak widzi ten fundament natchniony Autor Listu do Rzymian: „Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością. Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo. Albowiem przykazania: nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj i wszystkie inne - streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego” (Rz 13, 8-10). Stąd pełnienie tych dwóch przykazań jest znakiem miłości do Boga i ludzi. Stąd też kształtowanie cnót, stałych postaw i nawyków na tych dwóch przykazaniach jest nabywanie cnoty miłości Boga i ludzi. Z kolei, nie ma doskonalszego stróża tych wszelkich przykazań, jak miłość Boga „całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”.
Cnota miłości jest łaskawym darem Boga przez Jezusa Chrystusa i w Duchu Świętym. Zaczynem, który skryty w naszych trzech miarach mąki ma dać życiodajny chleb życia. Ten zaczyn wymaga naszej współpracy z Dawcą. W każdej chwili Jezus Chrystus może zapytać nas jak Piotra: „Szymonie... czy miłujesz Mnie więcej niżeli ci?” (J 21, 15).
Święty Paweł Apostoł przekazał niezrównany obraz miłości: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13, 4-7).
Jeśli „miłości bym nie miał” - mówi jeszcze Apostoł – „byłbym niczym”. Jeśli „miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał” (1 Kor 13, 2. 3); bez niej nie mają znaczenia przywileje, służba, nawet cnota... Miłość przewyższa wszystkie cnoty; jest pierwszą z cnót teologalnych: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość” (1 Kor 13, 13) (K 1826).
Miłość ożywia i inspiruje praktykowanie wszystkich cnót. Jest ona „więzią doskonałości” (Kol 3, 14); jest formą [zasadą] cnót; wyraża je i porządkuje między sobą; jest źródłem i celem ich chrześcijańskiego praktykowania. Miłość usprawnia i oczyszcza naszą ludzką zdolność miłowania. Podnosi ją do nadprzyrodzonej doskonałości miłości Bożej.
Praktykowanie życia moralnego ożywianego przez miłość daje chrześcijaninowi duchową wolność dzieci Bożych. Nie stoi on już przed Bogiem z lękiem jak niewolnik, ani jak najemnik oczekujący zapłaty, lecz jak syn, który odpowiada na miłość Tego, który „sam pierwszy nas umiłował” (1 J 4, 19) (por. K 1823-1828).
„A jeden z nich [rozmówców Jezusa], uczony w Prawie, zapytał Go, wystawiając Go na próbę: ‘Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?’ On mu odpowiedział: ‘Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy’” (Mt 22, 35-40).
Jezus chciał - w polemice z faryzeuszami wskazać na zasadę swego działania mesjańskiego, na zasadę miłości: do Boga nade wszystko i ponad wszystko, oraz do ludzi ze względu na miłość do Boga. Czas i okoliczności tej wypowiedzi Chrystusa czynią z niej podsumowanie Jego nauczania i działania, oraz testament i program życia pozostawiony dla nas. Miała też przeciwstawić się mnogości nakazów i zakazów Prawa Pierwszego Przymierza jednemu, podstawowemu, które jest fundamentem wszystkich innych przykazań - również objawionych - a jest nim miłość do Boga, a ze względu na Boga, do wszystkich innych ludzi.
„To jest największe i pierwsze przykazanie”, bo odnosi się do istoty Najwyższej i Najdoskonalszej, od której wszystko wzięło swój początek i w której wszystko znajdzie swe spełnienie. Bóg dla człowieka jest największym dobrem, które warto i trzeba koniecznie miłować przez całe życie oddając jej całego siebie. Dobrem najwyższym przede wszystkim dla człowieka, bo tylko on potrafi miłować. Dobrem najwyższym, bo od Niego wyszedł, oraz ku Niemu zmierza, w Nim znajduje cel życia, sens jego.
Przykazanie to nosi bardziej charakter oczekiwania miłującego Ojca wobec swego dziecka, niż Prawodawcy wobec swego podwładnego: „Będziesz...” Może być jak w przypowieści o dwóch synach: „Jeden powiedział: "idę, Panie"! lecz nie poszedł. Drugi: "Nie chcę". Potem jednak opamiętał się i poszedł” (por. Mt 21, 28n). Tu znajdujemy rozwiązanie dylematu: czy miłość można nakazać, skoro nie mamy władzy nad naszymi uczuciami. Tu mamy rozwiązanie drugiego dylematu: czy Bóg nie ogranicza przez to przykazanie ludzkiej wolności. Bóg w oczekiwaniu na wypełnienie przykazania nie ogranicza ludzkiej wolności, wskazuje jedynie pewną drogę i szczęśliwą drogę ku sobie i przez świat.
Przykazanie to wskazuje znaczenie dla człowieka miłości Boga i człowieka: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”. Oczekiwanie przez Boga miłości od ludzi sięga po całego człowieka: po myśl ludzką, uczucia (serce), sumienie (duszę). Oczekuje całkowitego zaangażowania się człowieka w osiągnięcie przez miłość dobra najwyższego. Oczekuje ciągłego doskonalenia tego całym sercem, duszą, umysłem, świadomy że człowiek nigdy nie zna granic moż-liwości serca, duszy, umysłu. Bo miłość Boga, zwłaszcza wielka, jest ludzkim przeznaczeniem, drogą do szczęścia już tu na ziemi w umiłowanym Bogu, a szczególnie „na drugim brzegu”.
Przykazanie to wskazuje, że wybór miłości Boga, jako wartości najwyższej ponad wszelkie inne wartości duchowe i materialne jest zasadniczym wyznacznikiem ludzkiego życia. Jest drogocenną perłą z przypowieści o skarbie i o perle, w której „Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie [dla siebie]. Z radością poszedł, sprzedał, co miał i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy spotkał jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał i kupił ją” (Mt 13, 44-46).
„Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce Twoje” Mt 6, 21). I Bóg nas miłujący i czekający na naszą miłość staje się zasadą naszych wyborów życiowych. Podobnie na drugim miejscu, jak chce drugie przykazanie, ze względu na Boga - miłość do drugiego człowieka. Ten priorytet wyborczy Boga przed wszelkimi innymi dobrami ma trwać całe życie. Może czasem stawać się trudnym dylematem dla człowieka, bo „nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo jednego będzie się trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie Bogu służyć i mamonie” (Mt 6, 24).
Pismo święte, mówiąc o ludzkim obowiązku miłości do Boga, odwołuje się do wiary, że „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8). Do istoty Jego Boskości należy miłość. Poniekąd można powiedzieć: On nie może przestać być miłością. Bóg, jako miłość sama zobowiązuje do wejścia w Niego własną miłością, trwania w Nim, współżycia i współdziałania w miłości.
Pismo święte, mówiąc o ludzkim obowiązku miłości do Boga odwołuje się do szczególnej jakości, boskiej jakości Jego miłości: „Uznaj, że Pan, Bóg Twój, jest Bogiem, Bogiem wiernym, zachowującym przymierze i miłość do tysiącznego pokolenia względem tych, którzy Go miłują i strzegą Jego praw, lecz który odpłaca każdemu z nienawidzących” (Pwt 7, 9-10).
Motywem naszej miłości do Pana jest Jego wspaniałomyślność: zachowuje swą miłość do człowieka od chwili jego stworzenia do tysiącznego pokolenia. To nie jest jednorazowy gest miłości i zatroskania o ukochane osoby, czynienie im dobrze tu i teraz, ale Boży uniwersalizm miłowania w czasie i przestrzeni. O tym obowiązku rewanżu miłości ze względu na Jego miłość powtarza Bóg wielokrotnie, jak w czasie i w przestrzeni objawia się Jego miłość ku nam.
Ale i w sercu ludzkim Bóg zakodował miłość ku sobie. Dlatego Katechizm mówi: 'Pragnienie Boga jest wpisane w serce człowieka, ponieważ został on stworzony przez Boga i dla Boga. Bóg nie przestaje przyciągać człowieka do siebie i tylko w Bogu człowiek znajdzie prawdę i szczęście, których nieustannie szuka: Osobliwą rację godności ludzkiej stanowi powołanie człowieka do uczestniczenia w życiu Boga. Człowiek już od swego początku zapraszany jest do rozmowy z Bogiem: istnieje bowiem tylko dlatego, że Bóg stworzył go z miłości i wciąż z miłości zachowuje, a życie w pełni prawdy, gdy dobrowolnie uznaje ową miłość i powierza się swemu Stwórcy' (K 27).
O tym przyciąganiu ludzi ku sobie przez Boga mówi historia religii od najwcześniej zostawionych śladów w obrazach i symbolach Boga, w słowie o Bogu, w wyrazach poszukiwania Go wokoło siebie, w śladach tęsknoty za Nim, rozmów z Nim. Odnajdywali Boga na różne sposoby i uznawali za Prawdę najcenniejszą i niezawodną, za Dobro godne ze wszechmiar miłowania i Piękno urzekające bez reszty. Coraz doskonalej wyrażali swoje w Nim upodoba-nie, poczucie Jego bliskości, i swojej więzi z Nim. Coraz wyraziściej łączyli poczucie i pragnienie szczęścia swojego z Nim i w Nim. Doświadczając miłości Boga we własnym życiu, ujawniali swoją miłość ku Niemu, wzorując się na doświadczeniach miłości ku ludziom drogich ich sercu.
To przyciąganie ludzi ku sobie przez Boga i odpowiedź miłością człowieka na odnajdywanego Boga stało się przyczyną sprawczą powszechności zjawiska religii w czasie i przestrzeni, w jakich przyszło człowiekowi żyć na ziemi. Ani rozwój gospodarczy, ani rozwój cywilizacji i kultury nie mógł pomniejszyć, czy przemóc Bożego przyciągania, ani zastąpić miłowanego, choć trudnego do miłowania Boga.
Jedynym powodem, dla którego Bóg stworzył świat, jest Jego miłość i dobroć (por. K 293).
'We wszystkich swych dziełach [stworzonych] Bóg pokazuje swoją życzliwość, dobroć, łaskę, miłość' (K 214). Ta Boża życzliwość, dobroć, łaska, i miłość okazuje się zwłaszcza w stworzeniu człowieka: „Stworzył Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył” (Rdz 1, 27). Dlatego człowiek zajmuje wyjątkowe miejsce w stworzeniu i Bóg obdarzył go swoją przyjaźnią. Ze względu na tę przyjaźń Bożą, pragniemy jak On, we wszystkich swych działaniach wobec stworzeń okazywać życzliwość, dobroć, miłość, na ile nas stać, na ile to możliwe.
'Pośród wszystkich stworzeń widzialnych jedynie człowiek jest zdolny do poznania i miłowania swego Stwórcy; jest on jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego. Tylko człowiek jest wezwany do uczestniczenia w życiu Bożym przez poznanie i miłość. Został stworzony w tym celu i to stanowi podstawową rację jego godności'. Dlatego św. Katarzyna ze Sieny pisze: Czemu to, proszę, obdarzyłeś człowieka tak wielką godnością? Niewątpliwie, stało się tak jedynie dla niepojętej miłości, dzięki której dostrzegłeś Twe stworzenie w sobie samym i w nim się rozmiłowałeś... Bo z miłości stworzyłeś go i dałeś mu istnienie, by radował się Twoim najwyższym i wiecznym dobrem.
Człowiek, ponieważ został stworzony na obraz Boży, posiada godność osoby: nie jest tylko czymś, ale kimś. Jest zdolny poznawać siebie, panować nad sobą, w sposób dobrowolny dawać siebie oraz tworzyć wspólnotę z innymi osobami [również wspólnotę miłości]; przez łaskę jest powołany do przymierza ze swoim Stwórcą, do dania Mu odpowiedzi wiary i miłości, jakiej nikt inny nie może za niego dać'
'Bóg wszystko stworzył dla człowieka, ale on został stworzony, aby służyć Bogu i kochać Go oraz by ofiarować Mu całe stworzenie: Stąd św. Jan Chryzostom pisze: Jakaż to istota otoczona tak wielkim poważaniem otrzyma istnienie? Jest nią człowiek, wielka i wspaniała postać żyjąca, cenniejsza w oczach Bożych niż całe stworzenie. Jest nią człowiek; dla niego istnieje niebo i ziemia, morze i całe stworzenie. Do jego zbawienia Bóg przywiązuje taką wagę, że dla niego nie oszczędził nawet swego jedynego Syna. Bóg nie przestał bowiem czynić wszystkiego, by doprowadzić człowieka do siebie i posadzić go po swojej prawicy' (por. K 355-358).
Bóg wszystko stworzył dla człowieka - to przejaw miłości Bożej. Człowiek wszystko świadomie przyjmuje jako dar Boga, aby pokierować nim według zamysłu Jego i Jego woli. Przez tak wyrażoną miłość do Boga człowiek we wszystkich Jego dziełach pokazuje swoją życzliwość, dobroć, miłość. I tak krąg się zamyka: poprzez ludzką życzliwość, dobroć i miłość wobec stworzonego świata, Bóg kontynuuje okazywanie swojej życzliwości, dobroci, łaski, i miłości. W miłości zaś ludzkiej do stworzenia, Bóg odczytuje ludzką miłość ku Niemu.
Człowiek został ukonstytuowany w przyjaźni ze swoim Stwórcą od samego początku. Był przez akt stwórczy Boga przeznaczony do przyjaźni z Nim. Mógł, jeśli tylko chciał być przy Bogu swoim Stworzycielu, współżyć i współdziałać z Nim, wchodzić w zażyłość z Nim. Bóg przewidział stan wzajemnego umiłowania z człowiekiem, jako jemu właściwy, ze względu na obraz i podobieństwo do Niego. Taki był Jego „zamysł życzliwości” (por. Ef 1, 9), który powziął przed stworzeniem świata.
Ale miłość Boga ku nam ujawnia się w Jego dziele Opatrzności. 'Po stworzeniu Bóg nie pozostawia stworzenia samemu sobie. Nie tylko daje mu byt i istnienie, ale w każdej chwili podtrzymuje je w istnieniu, pozwala mu działać i prowadzi je do jego celu. Uznanie tej pełnej zależności od Stwórcy jest źródłem mądrości i wolności, radości i ufności: „Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, byłbyś tego nie uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia!” (Mdr 11, 24-26) (K 301). Miłość Boża posunęła się do tego, że zaprosiła człowieka z jego pracą do uczestnictwa w dziele Opatrzności swojej. Przez wszelką bowiem pracę człowieczą, zwłaszcza twórczą możemy współpracować z Bogiem w podtrzymywaniu świata przy istnieniu, doskonaleniu go aż do zamierzonej przez Boga ostatecznej doskonałości i prowadzeniu do właściwych mu celów. Taki był Boży „zamysł życzliwości” (por. Ef 1, 9), który powziął przed stworzeniem świata. Dlatego człowiek może i powinien wyrażać Bogu swoją miłość przez każdą swoją pracę, nawet niepozorną, przez ludzi niedocenioną, jeśli tylko uzna ją za współpracę z Bogiem.
Pozostaje jeszcze czas na pytanie, jak my możemy okazać Mu wdzięczną miłość? Dziecięce zawierzenie Mu. „Nie troszczmy się zbytnio i nie mówmy, co będziemy jeść? co będziemy pić?... Ojciec nasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujemy. Starajmy się naprzód o Królestwo Boże i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie nam przydane” (por. Mt 6, 31-33).
Nasze wyjściem naprzeciw tak okazanej nam miłości stwórczej Boga będzie wdzięczny zachwyt nad pięknem i doskonałością stworzonego świata i troska o... jego przetrwanie, mimo ludzkiego dzieła zniszczenia. Więcej niż troska; wzięcie odpowiedzialności za przetrwanie. Troska nasza o świat stworzony, podobnie jak troska Opatrzności Bożej winna być konkretna i bezpośrednia, ogarniać każdy przejaw życia, aż do wielkich wydarzeń świata, jak widmo zniszczenia atomowego, czy zagłady ekologicznej. I w tej trosce o świat, odpowiedzialności za przetrwanie świata jest zawarta nie tylko miłość do osoby Boga-Stworzyciela, ale i do osób ludzkich, które w przyszłości będą gospodarzyć na ziemi.
Bóg jest Prawdą i objawił się człowiekowi. Pozwala nam w swej wielkiej miłości ku nam w sposób skończony uczestniczyć w swojej Mądrości, która jest nieskończona i nieomylna. Nie czyni tego z jakiejkolwiek konieczności, potrzeby, czy korzyści, ale z miłości, która chce się dzielić sobą samym, a ponieważ Bóg jest Prawdą i Dobrem dzieli się swoją Prawdą i Dobrem. Jest to Prawda o sobie samym, bo tylko On poznaje siebie w sposób doskonały; świat ludzi, który stworzył i zna ich takimi, jakimi są i jakimi będą, zna czasy i zdarzenia. Jest to Dobro, którym On sam jest, a które człowiek może osiągnąć pełniąc wolę Bożą, czyli działając etycznie
'Przez swoje Objawienie Bóg niewidzialny w nadmiarze swej miłości zwraca się do ludzi jak do przyjaciół i obcuje z nimi, by ich zaprosić do wspólnoty z sobą i przyjąć ich do niej. Adekwatną odpowiedzią na to zaproszenie jest wiara, [nadzieja i miłość] (K 142). Przez wiarę przyjaźnie zawierzamy własne życie Jego Prawdzie i Dobru. Przez nadzieję w Jego obietnicach pokładamy całą ufność. Przez miłość wchodzimy z Nim w swoistą przyjacielską obecność: gdzie Jego Słowo tam i moja otwarta dusza. Przez miłość podejmujemy dialog, w którym nie ma miejsca na tajemnice, a zwierzenie się przyjaciela rodzi poczucie wspólnoty osobowej, zawierzenia sobie, szczególnej więzi, a nawet zażyłości, oddania się sobie. Patrzymy na Boga, na ludzi, na świat niejako oczami Bożego Przyjaciela. Przez Słowo mówione i słuchane oraz w sercu przechowywane żyjemy w jednej prawdzie. Rozumiemy Jego rozumieniem. Oceniamy Jego skalą ocen. Takie przyjacielskie obcowanie międzyludzkie jest nam lepiej znane, i obrazuje nam zwierzanie się Boga w objawieniu.
Na mocy swego całkowicie wolnego postanowienia Bóg objawia się i udziela człowiekowi. Czyni to, objawiając swoją tajemnicę, swój zamysł życzliwości [czyli miłość], który odwiecznie przygotował w Chrystusie dla dobra wszystkich ludzi (K 50). Z kolei to udzielanie się Boga człowiekowi przez objawienie jest przejawem Jego wielkiej życzliwej miłości. Wszystkie przejawy miłości od Boga doznanej i ludzkiej odpowiedzi na miłość Bożą dokonywać się miało poprzez Jego Słowo do nas wypowiadane i przez nas uznane za własne. On na codzień niemal obdzielając nas słowem udziela nam siebie samego jakim jest w swej najgłębszej tajemnicy, w pragnieniach, oczekiwaniach, a to miłość właśnie.
Spodobało się Bogu w swej dobroci i mądrości objawić siebie samego i ujawnić nam tajemnicę woli swojej, dzięki której przez Chrystusa, Słowo Wcielone, ludzie mają dostęp do Ojca w Duchu Świętym i stają się uczestnikami Boskiej natury'. A więc i Boskiej Mądrości, Boskiej Mocy do spełnienia tego wszystkiego, co nam w objawieniu się zaproponuje. Równocześnie nie chce mówić do człowieka „z pierwszego piętra na parter”, jak pan do sługi, ale jak Ojciec do syna, choćby i przybranego, ale umiłowanego. Bóg, który zamieszkuje „światłość niedostępną” (1 Tm 6, 16), pragnie udzielać swojego Boskiego życia ludziom stworzonym w sposób wolny przez Niego, by w swoim Jedynym Synu uczynić ich przybranymi synami (por. Ef 1, 4-5). I oto spełnia się następny warunek prawdziwej miłości: swoista równość partnerów. W ten sposób objawiając siebie samego, Bóg pragnie uzdolnić ludzi do dawania Mu odpowiedzi, do poznawania Go i miłowania ponad to wszystko, do czego byliby zdolni sami z siebie.
Boski zamysł Objawienia spełnia się równocześnie przez wydarzenia i słowa wewnętrznie ze sobą powiązane oraz wyjaśniające się wzajemnie. Plan ten jest związany ze szczególną pedagogią Bożą: która wyklucza stawianie nierealnych wymagań, nacisku, zniewolenia. Bóg stopniowo udziela się człowiekowi, przygotowuje go etapami na przyjęcie nadprzyrodzonego Objawienia, którego przedmiotem jest On sam, a które zmierza do punktu kulminacyjnego w Osobie i posłaniu Słowa Wcielonego, Jezusa Chrystusa.
Święty Ireneusz z Lyonu wielokrotnie mówi o tej pedagogii Bożej, posługując się obrazem wzajemnego przyzwyczajania się do siebie Boga i człowieka: Słowo Boże zamieszkało w człowieku i stało się Synem Człowieczym, by przyzwyczaić człowieka do objęcia Boga, a Boga do zamieszkiwania w człowieku, zgodnie z upodobaniem Ojca (por K 50-53).
„Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” (Hbr 1, 1-2).
Szczególną miłość Boga objawiającego się okazuje w tym, że w całej przestrzeni, w której rozbrzmiewa Boże Słowo do człowieka zostało zapalone Światło Ducha Świętego, który też oświeca nasze umysły, abyśmy „rozumieli Pisma” (Łk 24, 45).
Jeśli chcemy miłością odpowiedzieć na miłość objawiającego się Boga, trzeba Go szukać piszącego do nas listy (Pisma), mówiącego Słowa (Tradycja). Uważnie czytać i słuchać, aby nie podzieliły losu zapisanych stron gazet i potoku słów cieknących ku nam z radia czy telewizji. Szukać Jego zamysłu i woli, a nie własnych interpretacji. Wystrzegać się postawy prokuratora, czy sędziego, które nawet nie kojarzą się z miłością i przyjacielskością, na rzecz ufnej postawy dziecka wobec Ojca, wychowanka wobec Bożego Wychowawcy.
Coraz dojrzalsze poznawanie Objawienie Bożego, to zbliżanie się do miłości Jego. Przyjmowanie go w posłuszeństwie wiary, jest naszą miłosną odpowiedzią zwierzającemu się Bogu. Stąd studiowanie Biblii jest wyrazem naszego miłowania Boga. Modlenie się Biblią jest wyrazem szczególnie miłego Bogu miłowania.
Bóg objawił swą miłość do ludzi wytyczając nieomylną drogę godnego postępowania do siebie przez danie Dziesięciu Przykazań, Dekalogu.
Dekalog streszcza i ogłasza prawo Boże: „Te słowa wyrzekł Pan do waszego zgromadzenia na górze spośród ognia, obłoku i ciemności donośnym głosem, niczego nie dodając. Napisał je na dwu tablicach kamiennych i dał mi je” (Pwt 5, 22). Dlatego te dwie tablice nazywane są 'Świadectwem' (Wj 25, 16). Istotnie, umieszczone są na nich postanowienia Przymierza miłości zawartego między Bogiem a Jego ludem. Te 'tablice Świadectwa' powinny być złożone w „arce” (Wj 25, 16).
Dar przyjaźni określony Dziesięciu Przykazaniami trwa do dnia dzisiejszego. Lud pierwszego Przymierza, z miłości zobowiązał się - podobnie ja my dziś się zobowiązujemy - uczynić wszystko, co Pan powiedział, i „być posłusznym” (Wj 24, 7).
Pierwsze z 'dziesięciu słów' przypomina o uprzedzającej miłości Boga do swego ludu. Przykazania w sensie ścisłym pojawiają się na drugim miejscu; wyrażają one konsekwencje przynależności do Boga, która została ustanowiona przez Przymierze, ale i wzajemności w darzeniu się miłością. Życie moralne jest odpowiedzią na inicjatywę miłości Pana. Jest wyrazem wdzięczności, hołdem składanym Bogu i dziękczynieniem. Jest współdziałaniem z zamysłem [życzliwości], który Bóg przeprowadza w historii (por. K 2058-2062).
Dziesięć przykazań wyraża wymagania miłości Boga i bliźniego. Trzy pierwsze odnoszą się bardziej do miłości Boga, a siedem pozostałych do miłości bliźniego (K 2067). Pouczają nas one zarazem o prawdziwym człowieczeństwie człowieka. Podkreślają główne obowiązki, a więc pośrednio także podstawowe prawa, właściwe naturze osoby ludzkiej. Dekalog stanowi uprzywilejowany wyraz 'prawa naturalnego' (K 2070).
Naród wybrany na mocy Przymierza z Bogiem czcił Dekalog noszony ze sobą w Arce Przymierza, przechowywał je w przepięknie wybudowanej i ozdobionej świątyni, czcił Boga-miłościwego dawcę przykazań, o którym był przekonany, że jest obecny w nich. Na różne sposoby wyrażał miłość do Dawcy, przede wszystkim przez pilne zachowywanie tychże Przykazań.
Jezus przejął dziesięć przykazań, ale w ich literze ukazał moc działającego Ducha Świętego. Głosił „sprawiedliwość... większą niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów” (Mt 5, 20), a także większą niż sprawiedliwość pogan (por. Mt 5, 46-47). Rozwinął wszystkie wymagania przykazań. „Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj!... A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi” (Mt 5, 21-22).
Jezus Chrystus dopełnił miłości Bożej w prowadzeniu nas do siebie drogą Dziesięcioro Przykazań, kiedy wszczepiając nas w swoje życie, śmierć i zmartwychwstanie daje nam uczestnictwo w swojej odkupieńczej mocy, byśmy „przynosili owoc obfity” tychże Przykazań. 'Jezus powiedział: „Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 5). Owocem, o którym mówią te słowa, jest świętość życia ubogaconego dzięki zjednoczeniu z Chrystusem. Gdy wierzymy w Jezusa Chrystusa, mamy udział w Jego życiu i zachowujemy Jego przy-kazania; sam Zbawiciel przychodzi, by miłować w nas swojego Ojca swoich braci, naszego Ojca i naszych braci.
Dopiero w Nowym Przymierzu, w Jezusie Chrystusie, zostanie objawiony ich pełny sens (K 2054-2056).
W rozmowie z młodzieńcem Chrystus wskazuje na doskonalszą drogę dobrego życia: „Odrzekł Mu młodzieniec: ‘Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje?’ Jezus mu odpowiedział: ‘Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!’. Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości” (Mt 19, 20-23).
Dla tych, którzy zawierzyli swe życie Bogu i podjęli naśladownictwo Jezusa Chrystusa i pełnią wolę Ojca niebieskiego stawia Chrystus wyższy pułap niż pełnienie wszystkich przykazań Bożych i nie chcą go w dodatku osiągnąć małym kosztem własnym. Jeśli chcesz być doskonały, to Jezu podwyższa poprzeczkę i rysuje drogę doskonalszego pójścia za Nim i okazania Mu większej miłości: „idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim”. Katechizm uogólnia tę szczegółową wskazówkę i mówi o drodze ośmiu błogosławieństw: Ich ogłoszenie podejmuje obietnice dane narodowi wybranemu od czasów Abrahama. Wypełnia je, wskazując za ich pośrednictwem nie tylko na korzystanie z dóbr ziemskich, ale na obiecane Królestwo niebieskie:
„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich na-leży Królestwo niebieskie.
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy Królestwo niebieskie.
Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie” (Mt 5, 3-12)
'Błogosławieństwa odzwierciedlają oblicze Jezusa Chrystusa i opisują Jego miłość; wyrażają powołanie wiernych włączonych w chwałę Jego Męki i Zmartwychwstania; wyjaśniają charakterystyczne działania i postawy życia chrześcijańskiego; są paradoksalnymi obietnicami, które podtrzymują nadzieję w trudnościach; zapowiadają dobrodziejstwa i nagrodę, które w sposób ukryty są już udzielane uczniom; zostały zapoczątkowane w życiu Najświętszej Maryi Dziewicy i wszystkich świętych' (K 1717).
Nie jest to konieczny warunek pójścia za Chrystusem, dlatego ewangeliczny młodzieniec rezygnuje z drogi wznioślejszej, ale ponad wymiar jego osobowości. Wielu z nas może wybrać podobnie, choć dla innych powodów, niż bogaty młodzieniec. Dla wielu są szansą piękniejszej choć i trudniejszej postaci miłości, a więc i człowieczeństwa, a zwłaszcza synostwa Bożego.
Ideał ośmiu błogosławieństw jest drogą dla tych, którzy Boga już umiłowali i chcą pozytywnie odpowiedzieć na pytanie Chrystusem zwrócone do Piotra: „Czy miłujesz Mnie więcej?
Dla tych,, którzy chcą „miłować więcej” są rady ewangeliczne, które wyrażają doskonałość miłości ku Bogu. Jest to pełne miłości praktykowanie czystości w bezżenności dla Królestwa, ubóstwa i posłuszeństwa. Mogą tworzyć zorganizowane wspólnoty, albo ruchy religijne, albo indywidualnie zachować styl życia całkowicie zorientowanego na miłość Boga i ludzi. Przez życie całkowicie i doskonale poświęcone Bogu i ludziom ze względu na Boga uczestniczą w misji ewangelizacyjnej Kościoła w świecie i jakby od strony świata, gdzie ich obecność jest zaczynem do wzmocnienia i wzrostu Ciała Chrystusa (por. K 929).
Taki był „zamysł życzliwości”, który Bóg powziął przed stworzeniem świata. W Nowym Przymierzu, w osobie Syna Jego Jezusa Chrystusa stał się naszym darem i własnością. Naznacza nas miłością i uczy nas miłości, która - jeśli ma być prawdziwa - zawsze musi prowadzić do dobra.
W ciągu wieków, Izrael, naród wybrany przez Boga wielokrotnie zawierał z Nim Przymierze. Były to układy przyjaźni, w których Bóg „zobowiązywał się”, a nawet poprzysięgał na swoje imię, że będzie się szczególnie troszczył o naród, jako o całość, jak i o każdą osobę indywidualnie. Naród wybrany zobowiązywał się do synowskiego posłuszeństwa wiary, wiernego pójścia za Bogiem, miłowania Go całym sercem i całą duszą.
'W ciągu swej historii Izrael mógł odkryć, że Bóg miał tylko jeden powód, aby mu się objawić i wybrać go spośród wszystkich ludów, by był Jego ludem; tym powodem była Jego darmo dana miłość (K 218). „Pan was umiłował i chce dochować przysięgi danej waszym przodkom. Wyprowadził was mocną ręką i wybawił was z domu niewoli z ręki faraona, króla egipskiego. Uznaj więc, że Pan, Bóg twój, jest Bogiem wiernym, zachowującym przymierze i miłość do tysiącznego pokolenia względem tych, którzy Go miłują i strzegą Jego praw” (Pwt 7, 8-9). Autor Natchniony widzi związek przyczynowy pomiędzy miłością Boga do swego ludu, a jego wybraństwem, dlatego pisze: „Ponieważ umiłował twych przodków, wybrał po nich ich potomstwo i wyprowadził ich z Egiptu sam ogromną swą potęgą” (Pwt 4, 37).
Odwołanie się do przymierza było świadectwem i pobudką szczególnego miłowania Boga. „Mojżesz wstąpił wtedy do Boga, a Pan wołał na niego z góry i powiedział; "Tak powiesz domowi Jakuba i to oznajmisz Izraelitom: Wyście widzieli, co uczyniłem Egiptowi, jak niosłem was na skrzydłach orlich i przywiodłem was do Mnie. Teraz jeśli pilnie słuchać będziecie głosu mego i strzec mojego przymierza, będziecie szczególną moją własnością pośród wszystkich narodów, gdyż do Mnie należy cała ziemia” (Wj 19, 3-5). Przez przymierze Lud stawał się Jego szczególną własnością, co znamionuje miłość. Bóg - myśląc kategoria-mi miłości ludzkiej - wziął odpowiedzialność za swój Lud; za jego istnienie, za tożsamość religijną, a nawet polityczną; za jego bezpieczeństwo moralne, a nawet społeczne; za dojście do swojej ziemi obiecanej. Lud Boży będzie dzięki tej miłości Boga obsypywany przez Niego wszelką łaskawością i otoczony troskliwą, wieloraką opieką, szczególnie w realizacji ideału religijnego człowieka. Stąd porównywanie przez proroków Boga tego przymierza: do odpowiedzialnego pasterza, który troszczy się o stado, jak i poszczególne, zwłaszcza zbłąkane owce; do odpowiedzialnego ogrodnika, który zabiega o owoce swojej winnicy; do oblubieńca, który bierze odpowiedzialność w miłości za całe życie i miłość oblubienicy. Bóg przez przymierze [miłości] „niósł ich na skrzydłach orlich i przywiódł ich do Siebie”. Bo chciał związać ze sobą swój lud w pięknej miłości, „ażeby Go nie opuścili” (Jr 32, 40), zwłaszcza w chwilach najtrudniejszych, gdy trwał nacisk ludów niewiernych Bogu. Choć było to przymierze wieczne, to Bóg z miłości do ludu swego odnawiał go, a przez proroków zapewniał lud Przymierza, że miłość Jego jest wieczysta: „W przystępie gniewu ukryłem przed tobą na krótko swe oblicze, ale z miłości wieczystej nad tobą się ulitowałem” (Iz 54, 8). „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie” (Iz 54, 10). „Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też zachowałem dla ciebie łaskawość” (Jr 31, 3) (por. K 220).
'Dzięki prorokom zrozumiał też Izrael, że Bóg z miłości nie przestał go zbawiać' (K 218) „Ale i teraz mówi Pan: Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś moim! Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z Tobą i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się. Albowiem Ja jestem twój Zbawca. Drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję... Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą. Wszystkich, którzy noszą me imię i których stworzyłem dla mojej chwały, ukształtowałem ich i moim są dziełem” (Iz 43, 1-7). 'Dzięki prorokom zrozumiał też Izrael, że Bóg z miłości nie przestał przebaczać mu jego niewierności i grzechów (por. Oz 2) (K 218).
Taki był „zamysł życzliwości”, który Bóg powziął przed stworzeniem świata. Do dziś stał się naszym udziałem w Nowym Przymierzu we krwi Jezusa Chrystusa Syna Bożego. Również w Nowym Przymierzu zostaliśmy zaproszeni do udziału w miłości Bożej.
Chrystus, tworząc Nowe Przymierze w Ciele wydanym i Krwi przelanej wypełnił proroctwa pierwszego Przymierza, znaku szczególnej, pełnej odpowiedzialności miłości dla wszystkich ludzi i dla każdego człowieka w szczególności. „Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: Oto mój Sługa; którego wybrałem, Umiłowany mój, w którym moje serce ma upodobanie. Położę ducha mojego na Nim, a On zapowie prawo narodom. Nie będzie się spierał ani krzyczał, i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu. Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. W jego imieniu narody nadzieję pokładać będą (Mt 12, 17-21). Teraz wszczepieni w Chrystusa uczestniczymy w Jego Przymierzu Ciała wydanego i Krwi przelanej. Uczestniczymy w miłości Jego, która w ofierze za nas nie zatrzymała się na progu największego cierpienia i poniżenia za nas na krzyżu. Odpowiedzialność Syna Bożego za nas nie dała się wymierzyć srebrem czy złotem, ale Najdroższą Krwią Jego hojnie przelaną.
Oddając miłością za Bożą miłość, ujawniającą się w zawartych przymierzach gromadzimy się pod Chrystusowym Krzyżem. Wielowiekowa tradycja podpowiada nam wiele form wyrażanie miłości ku Ukrzyżowanemu z miłości: noszenia krzyżyka ze sobą, stawiania na honorowym miejscu, całowania go, adorowania, śpiewania pieśni współczucia i solidarności z nim – „gorzkich żali”, rozmyślań nad zbawczą Męką. A nabożeństwo Drogi Krzyżowej?
Ludzie Pierwszego Przymierza ugruntowali swe przeświadczenie, że „Bóg jest miłością” i przedstawiali je w obrazach porównawczych. Pierwszy to obraz Boga, jako ojca, a człowieka jako syna. Ja będę mu Ojcem, a on będzie Mi synem. „Jeśli zawini, będę go karcił rózgą ludzi i ciosami synów ludzkich, lecz nie cofnę od niego mojej życzliwości (2 Sm 7, 13-15). Tu wracamy do naszych myśli o miłości życzliwej. „Pan Bóg wasz, który idzie przed wami... na pustyni niósł cię, jak niesie ojciec swego syna, cała drogę, aż doszliście. Jednak mimo to nie ufaliście Panu, Bogu wasze-mu, idącemu przed wami w drodze, by wam szukać miejsca pod obóz - nocą w ogniu, by wam oświetlać drogę, a za dnia w obłoku” (Pwt 1, 30-33). Na bezdrożach życia idzie przed wędrowcem. We fragmentach drogi szczególnie trudnej niesie wędrowca (w domyśle - przytulonego do siebie) jak ojciec syna. Oświetla drogę. Szuka miejsca na spoczynek. Towarzyszy aż do celu. Jest to miłość troskliwa.
„Czy Efraim nie jest dla Mnie drogim synem lub wybranym dzieckiem?... Nieustannie go wspominam!” (Jr 31, 20). „Przecież Ja uczyłem chodzić Efraima, na swe ramiona ich brałem; a oni nie rozumieli, że troszczyłem się o nich. Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości. Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę - schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go...Jakże cię mogę porzucić Efraimie, i jak opuścić ciebie, Izraelu?... Moje serce się na to wzdryga i rozpala się moje wnętrze” (Oz 11, 3n). Podnosić do swego policzka, całować, to szczególna czułość dla ukochanego. Nakarmienie, to tylko symbol zaspokojenia elementarnych potrzeb bytowych. Rozstanie w tak pojętej miłości staje się niewyobrażalne.
Autorzy biblijni, malując portret Boga, jako Ojca, sięgnęli do znanych sobie postaci ojców ziemskich, którzy „zginają kolana swoje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi” (Ef 3,14). A takich było wielu: pięknych, szlachetnych, mocnych przez wszystkie swe męskie siły zwrócone ku dzieciom.
Stwierdzamy, że przez synowską wiarę tak przeżywamy Jego miłość ku nam: Jesteśmy razem zjednoczeni jak dziecko z Ojcem, czujemy przynależność do Niego, czujemy się bezpieczni w Jego ramionach; pewni w chodzeniu po naszej ziemi - jeśli On nas uczy chodzić; syci, gdy On nas karmi, ważni, gdy On się schyla nad nami i troszczy się o nas. I jesteśmy pewni Jego miłości nawet więcej, niż miłości ojcowskiej i matczynej. Doświadczamy na codzień, jak On bierze za nas i nasz los - odpowiedzialność.
Boża miłość jest mocniejsza niż miłość matki do dzieci. To drugi jej obraz. „Mówi Syjon: ‘Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał! Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniał, Ja nie zapomnę o tobie [mówi Bóg wszechmogący]. Oto wyryłem cię na obu dłoniach’” (Iz 49, 14-16). Tu autor natchniony wypowiada opinie paradoksalne, sprzeczne z obiegowym przekonaniem, niemal nieprawdopodobne o matce, akcent jest położony na miłości Bożej, która jest nieporównanie większa niż...matczyna. Choć matka „mogłaby” zapomnieć o dziecku, Pan nie zapomina, bo Jego pamięć trwa na wieki. Choć matka „mogłaby” opuścić dziecko, to On nie opuści, bo w swym miłowaniu jest niezmienny. Choć matka „mogłaby” zaprzeć się dziecka, to On nie zaprze się go, bo siebie samego musiałby się zaprzeć. Pan będzie z nim od samego początku, jak matka od poczęcia, będzie przypisany niejako przez swą naturę, jak matka do udzielania mu pomocy podstawowej do przeżycia niemowlęctwa: będzie z nim i dla niego w każdej potrzebie, w każdej niedoli, w każdym cierpieniu, bo taki scenariusz powtarza się w miłościach matczynych. Tylko On okazuje nie tylko pamięć o przeszłości, ale przewiduje i szansę na przyszłość. Nie czeka na wdzięczność należną, zawsze gotowy świadczyć dobro, zawsze gotowy służyć - choć Jemu powinni służyć, nie chowa się za urazą ani gniewem, nie boi się widzenia siebie w krzywym zwierciadle naiwności, nie broni się przed 'wykorzystaniem', a nawet je przywołuje. Jak matka i nieporównanie więcej niż matka miłuje Bóg! W tym Jego i miłości Jego wielkość i urzekająca uroda.
W odczytaniu obrazu miłości Boże w miłości ojcowskiej i matczynej pomoże nam uczyniona na początku analiza miłości jako uczucia i jako odniesienia osoby do osoby, co mogło się zdawać zbędne.
Istnieje jeszcze inny obraz miłości Bożej: Oblubieńca i oblubienicy. Boga i Jego Ludu, z którym On zawierał Przymierza, począwszy od Pierwszego, aż do Nowego. Obrazem takiego odniesienia Ludu Bożego do Boga i Boga do Ludu są przepiękne fragmenty Pieśni nad Pieśniami. Również w księgach proroków określa się starania ludu Bożego o doskonałość i świętość jako strojenie się oblubienicy dla swego Oblubieńca-Boga w drogocenne klejnoty. A napominanie Boga, zwrócone do ludu wybranego, jako nawoływanie Oblubieńca swojej oblubienicy. To ujęcie przeszło i do Nowego Przymierza przez usta św. Jana Chrzciciela o Jezusie Chrystusie swoim przyjacielu i tych. którzy od niego odszedłszy, poszli za nim: „Ten, kto ma oblubienicę, jest oblubieńcem; a przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu” (J 3, 29).
Prorok pisze o tym oblubieńczym odniesieniu Boga i ludu: „Poślubię cię sobie [znowu] na wieki. Poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana. W owym dniu - wyrocznia Pana - odpowiem na pragnienia niebios, a one odpowiedzą na pragnienia ziemi” (Oz 2, 21-23).
Idziemy za autorem natchnionym śladami miłości ku Bogu, jako wzajemnych zaślubin: jak kobiety i mężczyzny. Nie tyle i nie tylko wyznań, zapewnień, snucia planów, ile całkowitego zawierzenia sobie; całkowitego daru z siebie; życia sobą i dla siebie; dzielenie się wszystkim; współżycia i współdziałania. Pieśni nad Pieśniami są wielkiej wartości poetyckiej wyrazem natchnionym tak przedstawionej miłości Boga i Jego Ludu. Tak też można i trzeba rozumieć przeżycia mistyczne do Boga, niemal zmysłowo przedstawione przez niektórych autorów, czy autorki.
Jest też i analogia odniesienia Boga do ludu wybranego i nawzajem, do małżeństwa, a miłość Bożą odbudowaną, do przywrócenia zgody małżeńskiej. „Zaiste, jak niewiastę porzuconą i zgnębioną na duchu, wezwał cię Pan. I jakby do porzuconej żony młodości mówi twój Bóg: Na krótką chwilę porzuciłem ciebie, ale z ogromną miłością cię przygarnę. W przystępie gniewu ukryłem przed Tobą na krótko swe oblicze, ale w miłości wieczystej nad tobą się ulitowałem (Iz 54, 6-8). Bo małżonkiem twoim jest Bóg.
Miłość Boża będzie zwyciężać nawet największe niewierności ludu wybranego. „Mój lud jest skłonny odpaść ode Mnie - wzywa imienia Baala, lecz on im nie przyjdzie na pomoc. Jakże cię mogę porzucić Efraimie, i jak opuścić ciebie, Izraelu?... Moje serce na to się wzdryga i rozpalają się moje wnętrzności. Nie chcę, aby wybuchnął płomień mego gniewu i Efraima już więcej nie zniszczę, albowiem Bogiem jestem, nie człowiekiem; pośrodku ciebie jestem Ja - Święty i nie przychodzę, aby zatracać” (Oz 11, 7-9).
Bóg jest wierny w swej miłości do Izraela w dniach próby: 'Po grzechu Izraela, który odwrócił się od Boga, by czcić złotego cielca (por. Wj 32), Bóg wysłuchuje wstawiennictwa Mojżesza i zgadza się iść pośród niewiernego ludu, okazując w ten sposób swoją miłość (K 210). „A Pan rozmawiał z Mojżeszem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem... Mojżesz rzekł do Pana:... powiedziałeś do mnie, ‘znam cię po imieniu i jestem ci łaskawy. Jeśli darzysz mnie życzliwością, daj mi poznać Twoje zamiary, abym poznał, żeś mi łaskawy... Po [tym] poznam ja i lud mój, że darzysz nas łaskawością, że pójdziesz z nami (Wj 33, 11-13.17).
Ludzie Pierwszego Przymierza widzieli swą wzajemną miłość do Boga nie tyle jako ludzki rewanż wobec miłującego Boga, ale partnerstwo w kształtowaniu tejże miłości wśród ludzi. Po ugruntowaniu miłości w nas, oczekuje Bóg od nas apostolstwa miłości: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci nakazuję. Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech one ci będą ozdobą przed oczami. Wypisz je na odrzwiach twego domu” (Pwt 6, 5-9). Tak czynił Syn Boży, Jezus z Nazaretu. Tego spodziewa się po nas, zanurzonych przez chrzest w Jego życiu, śmierci i zmartwychwstaniu: najpierw „będziesz miłował Pana, Boga swe-go, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił”. Następnie będziesz apostołem takiej miłości: „wpoisz ją twoim synom, będziesz o niej mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu”, czyli zawsze i wszędzie.
Jest taki znak miłości Boga ku nam, który odmienił całe nasze życie religijne i moralne: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16). Słowo stało się ciałem, abyśmy poznali wymiar miłości Bożej. Syna swego Jednorodzonego dla nas!
Tu nasze rozważanie musi poprzedzić akt wiary. ‘„Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo” (Ga 4, 4-5). Oto „Ewangelia o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym” (Mk 1, 1): Bóg nawiedził swój lud (por. Łk 1, 68). Wypełnił obietnice dane Abrahamowi i jego potomstwu (por. Łk 1, 55); uczynił więcej, niż można było oczekiwać: zesłał swego „Syna umiłowanego” (Mk 1, 11)'. 'Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazare-tu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem, w czasach króla Heroda Wielkiego i cezara Augusta I, z zawodu cieśla, który umarł ukrzyżowany w Jerozolimie za czasów namiestnika Poncjusza Piłata, w czasie rządów cezara Tyberiusza, jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. Wierzymy, że „od Boga wyszedł” (J 13, 3), „z nieba zstąpił” (J 3, 13; 6, 33), „przyszedł w ciele” ( 1 J 4, 2), ponieważ „Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy... Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce” (J 1, 14. 16) (K 422-423). Pełny sens miłości Boga ku nam poznamy w wierze w Jezusa Chrystusa jako w osobę prawdziwego Jednorodzonego Syna Bożego. W wierze w Jego prawdziwe bóstwo i człowieczeństwo. W wierze w odwieczne współistnienie Jego w Trójcy Świętej.
W tej miłości Ojca dającego nam Syna swego ujawnia się miłość Syna ku nam: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjmując postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 6-8).
Znakiem wielkości Synowskiej miłości do Boga-Ojca i do nas jest „posłuszeństwo Ojcu aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej”. A poprzedziło je świadome i dobrowolne „ogołocenie samego siebie”. Nic, co stanowi o ludzkiej niedoli, ograniczeniu, poniżeniu, cierpieniu i bólu nie zostało Mu oszczędzone. Doświadczył wszystkiego, czego człowiek się lęka: biedy, bezdomności, niezrozumienia, prześladowania, wyśmiania. Doświadczył trwogi przed śmiercią, aż do poczucia całkowitego opuszczenia Go przez Ojca na krzyżu, kiedy z Jego ust wyrywa się skarga: „Boże mój! Boże mój! Czemuś Mnie opuścił?” Wszystko po to, byśmy nie błądzili w drodze do Niego i osiągnęli szczęście wieczne.
Jezus Chrystus przez swą mękę, na krzyżu okazał najwyższe posłuszeństwo swojej synowskiej miłości do Ojca (por. K 539).
Jezus Chrystus ukazuje słowem i czynem bezgraniczne miłosierdzie Ojca wobec grzeszników (por. Łk 15, 11-32) i ogromną „radość z jednego grzesznika, który się nawraca” (Łk 15, 7). Największym dowodem tej miłości będzie ofiara Jego własnego życia „na odpuszczenie grzechów” (Mt 26, 28) (K 545). Pisze o tym dawaniu świadectwa miłości miłosiernej Ojcu przez Syna uczeń i przyjaciel Apostoła: „Gdy ukazała się dobroć i miłość Zbawiciela, naszego Boga, do ludzi, nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie spełnialiśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas przez obmycie odradzające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy usprawiedliwieni Jego łaską stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego” (Tt 3, 4-7).
Ta miłość nie ma nic wspólnego z zasadą: Dajesz, boś obdarowany; czynisz dobro, bo i Tobie uczyniono; ratujesz nas z niedoli, bo i Ciebie ratowaliśmy. Ta miłość jest poza i ponad jakimikolwiek uwarunkowaniami: zasługami, zobowiązaniami, należnościami.
Pięknie o tym pisze Ojciec Święty Jan Paweł II: ‘[Chrystus] właśnie, i On jeden uczynił zadość odwiecznej miłości [Boga], właśnie temu Ojcostwu, które od początku wyraziło się w stworzeniu świata, w obdarowaniu człowieka całym bogactwem tego stworzenia, w uczynieniu go „niewiele mniejszym od istot niebieskich” (Ps 8, 6), bo stworzonym na obraz Boży i Bogu podobnego - a z kolei przecież Ojcostwu i miłości niejako odepchniętej przez człowieka wraz ze złamaniem Pierwszego Przymierza i łamaniem tych dalszych, które Bóg wielokrotnie zawierał z ludźmi. Odkupienie świata - owa wstrząsająca tajemnica miłości, w której niejako na nowo „powtarza się tajemnica stworzenia” - jest w swoim najgłębszym rdzeniu „usprawiedliwieniem” człowieka w jednym ludzkim sercu: Sercu Jednorodzonego Syna, ażeby mogło ono stawać się sprawiedliwością serc tylu ludzi, w tym Przedwiecznym, Jednorodzonym Synu przybranych odwiecznie za synów i wezwanych do miłości. Krzyż na Kalwarii... jest nowym otwarciem odwiecznego Ojcostwa Boga, który w Nim na nowo przybliża się do ludzkości, do każdego człowieka, obdarzając go tym trzykroć Świętym „Duchem Prawdy” (Redemptor Hominis 9).
Do tej miłości odwiecznej Ojca do Syna i Syna do Ojca w Duchu Świętym jesteśmy przeznaczeni. Po to Syn Boży przyszedł na świat i stał się we wszystkim nam podobnym, aby nas swoją miłością do Ojca w Duchu Świętym obdarować. Jest to miłość najgłębiej wnikająca w tajemnicę wewnętrznego życia Bożego, w to, co stanowi Jego sacrum, to, co święte.
Taki był zamysł życzliwości, który Bóg-Ojciec powziął przed stworzeniem świata, którą Syn Boży podjął od wieków i zrealizował w Duchu Świętym w czasie, w naturze ludzkiej, we wszystkim tożsamej z naszą, prócz grzechu.
Wobec swoich ziomków, mieszkańców tego samego Nazaretu, - pisze Ojciec Święty Jan Paweł II w encyklice O Bogu bogatym w miłosierdzie (3) - Chrystus powołuje się na słowa proroka Izajasza: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie, abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana”. Zdania te zapisane u św. Łukasza są pierwszą mesjańską Jego deklaracją, w ślad za którą idą czyny i słowa znane z Ewangelii. Poprzez te czyny i słowa Chrystus uobecnia Ojca wśród ludzi. Znamienne, że tymi ludźmi są nade wszystko ubodzy, nie mający środków do życia, są ludzie, których pozbawiono wolności, są ślepi, którzy nie widzą całego piękna stworzenia, są ci, którzy żyją w ucisku serca lub też doznają społecznej niesprawiedliwości, są wreszcie grzesznicy. Wobec tych nade wszystko ludzi Mesjasz staje się przejrzystym znakiem Boga, który jest miłością, staje się znakiem Ojca. W tym widzialnym znaku ludzie ówcześni - ale także ludzie naszych czasów - mogą "zobaczyć" Ojca.
Rzecz znamienna, że gdy od Jana Chrzciciela przybyli do Chrystusa wysłannicy, aby postawić Mu pytanie: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”, Jezus odpowiedział im, powołując się na to samo świadectwo, od którego zaczął swoje nauczanie w Nazarecie: „Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli; niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię, i zakończył: A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”.
Jezus nade wszystko swoim postępowaniem, całą swoją działalnością objawiał, że w świecie, w którym żyjemy, obecna jest miłość. Jest to miłość czynna, miłość, która zwraca się do człowieka, ogarnia wszystko, co składa się na jego człowieczeństwo. Miłość ta w sposób szczególny daje o sobie znać w zetknięciu z cierpieniem, krzywdą, ubóstwem, w zetknięciu z całą historyczną „ludzką kondycją”, która na różne sposoby ujawnia ograniczoność i słabość człowieka, zarówno fizyczną, jak i moralną. Właśnie ten sposób i zakres pojawiania się miłości nazywa się w języku biblijnym „miłosierdziem” (Jan Paweł II DiM 3).
Na szczególną uwagę zasługuje pragnienie Syna Bożego Jezusa Chrystusa uprzywilejowania adresata Jego przyjścia do ludzi, na mocy posłania przez Ojca i namaszczenia przez Ducha Świętego. Są to ludzie niepozorni, społecznie nie liczący się. biedni, bezdomni, głodni, chorzy, kalecy, cierpiący. Są to ludzie, na których Mu w obdarzaniu miłością szczególnie zależy. Jest to znak charaktery-styczny dla całej Jego działalności publicznej, bo ich stale szukał, znajdywał i darzył szczególną miłością. Jest to też znak rozpoznawczy dla tych, którzy mieli pójść za Nim - tak jak to odczytali Jego najbliżsi przyjaciele, Apostołowie. Jest to znak dla założonego Przezeń Kościoła, w czym winien Go szczególnie naśladować.
Chrystus nie tylko głosił Dobrą Nowinę o Bogu, który jest miłością, stawał się znakiem Ojca miłującego, ale sam to czynił. Własnym postępowaniem uczył nas wrażliwości godność osoby ludzkiej w tych ludziach niepozornych, nieznaczących, uwikłanych w zło i w błąd, biednych, głodnych, wrogich, obcych, prześladujących Go. Postawa Chrystusa wobec nich była pełna życzliwości. Pomniejszał lub usuwał z ich życia to, co nie pozwalało im wzrastać ku pełni człowieczeństwa. Pomnażał wszelkie autentyczne osobowe dobro, które pozwalało ludziom dźwigać się ku dziecięctwu Bożemu, ku pełni Przymierza z Nim, przyjaźni ku Niemu. Nawiązywał do szczytu ich duszy, choć dostrzegał ich dno. Szedł do nich z kroplą miodu na ustach, a nie z baryłką octu. W sporze nie szukał zwycięstwa, ale sedna sprawy. Ukazywał ludziom szerokie horyzonty, ale zwykła łza ludzka nie pozwalała Mu minąć człowieka cierpiącego obojętnie. Szukał zagubionych, aby ich przywrócić Bogu, społeczeństwu i sobie samemu, ale i dzielił radość z gośćmi wesela. Nie przyłączał się do tych, którzy potępiali człowieka, a nie zło przezeń uczynione. Ujawniał nieustanną gotowości do niesienia pomocy, bez względu na osobę. Przebaczył tym, którzy Go do krzyża przybili.
Najbardziej charakterystyczna dla miłości Chrystusowej ku ludziom jest postawa Sługi Jahwe. On przyszedł na świat, aby służyć. Już obraz Obiecanego Mesjasza, Syna Bożego, przedstawiony został w Biblii jako sługi, sługi sprawiedliwego. „Wzgardzony i odepchnięty od ludzi. Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przybity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest zdrowie nasze. Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich. Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich. Po udręce i sądzie został usunięty; a kto się przejmuje Jego losem? Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących; za grzechy mego ludu został zabity...chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy. Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem. Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez Niego” (Iz 53, 3-10).
Prorok, jako komentarz do swej wizji Mesjasza, jako Sługi Jahwe, dodaje: Jeśli On wyda swe życie na ofiarę, to spełni swe posłannictwo. Wydał. Nie tylko oświadczył, że „Syn człowieczy (On) nie przyszedł, aby Mu służono, ale aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20, 28), ale tak całe życie postępował.
'Chrzest Jezusa jest z Jego strony przyjęciem i zapoczątkowaniem Jego posłania Cierpiącego Sługi. Jezus pozwala zaliczyć się do grzeszników (por. Iz 53, 12). Jest już „Barankiem Bożym, który gładzi grzech świata” (J 1, 29)... '(K 536).
Trzeba przeczytać uważnie całą Ewangelię, by dostrzec wymiar Chrystusowej realizacji posługi wobec ludzi, którzy na Jego posługę z ufnością, czasem z odrobiną miłości czekali. Użył niejednokrotnie całej swej mocy nadzwyczajnej, by im pomóc. Niewidomemu z Betsajdy (Mk 8, 22n), niewidomemu od urodzenia (J 9, 1n), niewidomemu i niememu równocześnie (Mt 12, 22n), głuchemu i niememu równocześnie (Mk 7, 31n), trędowatym (Łk 17, 11n), człowiekowi z uschłą ręką (Mt 12, 9n), człowiekowi choremu na opuchlinę (Łk 14, 1n), pochylonej niewieście (Łk 13, 10n), epileptykowi (Mt 17, 14n), głodnym, dla których rozmnożył chleb (Mt 8, 18n) i wielu chorym, których choroby nie potrafimy zidentyfikować, jak w wypadku cierpiącej niewiasty (Mt 9, 22n), lub syna dworzanina (J 4, 46n).
Tę postawę sługi, przejmują od Chrystusa Apostołowie i uznają za własną. Wyraźnie jest to zapisane o Szymonie Piotrze, pierwszym papieżu (2P 1, 1), Pawle (Rz 1, 1), Jakubie (Jk 1, 1), Janie (Ap 1, 1). Postawę sługi przyjmują nie tylko wobec Boga, wobec Syna Bożego, Jezusa Chrystusa, ale i wobec innych ludzi, jak im nakazał Chrystus umywając im nogi przed Ostatnią Wieczerzą: „Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: sługa nie jest większy od swego Pana ani wysłannik od tego, który go posłał. Wiedząc to będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować” (J 13, 12-17).
Jak Chrystus przez swe Wcielenie wziął naturę ludzką z całą jej właściwą potęgą miłowania i wzbogacił ją Bożą mocą miłowania, tak i my, przez wszczepienie w życie, w śmierć odkupieńczą i w zmartwychwstanie uczestniczymy w mocy Jego miłości, oraz w Jego posłannictwie miłości.
Taki był zamysł życzliwości, który Bóg powziął przed stworzeniem świata, a który Syn Boży w osobie Jezusa Chrystusa przyjął i wykonywała jako swoje posłannictwo mesjańskie.
Paweł Apostoł odczytuje wielkość miłości Bożej z wielkości odkupieńczej Ofiary Jezusa Chrystusa: „Miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany. Chrystus bowiem umarł za nas, jako za grzeszników, w oznaczonym czasie, gdyśmy [jeszcze] byli bezsilni. A nawet za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć z największą trudnością. Chociaż może jeszcze za człowieka życzliwego odważyłby się ktoś ponieść śmierć. Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] prze to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami” (Rz 5, 5-8).
Jan Paweł II pisze w encyklice Redemptor Hominis (9): że im bardziej poznajemy tajemnicę Chrystusowego odkupienia, tym lepiej dostrzegamy ogrom miłości Ojca, 'który jest wierny swej miłości do człowieka i do świata, wyrażonej w dniu stworzenia. A miłość Jego nie cofa się przed niczym, czego w Nim samym domaga się sprawiedliwość. I dlatego Synowi swojemu nie przepuścił, ale Go „dla nas grzechem uczynił” (2 Kor 5, 21). Jeśli „grzechem uczynił” absolutnie bezgrzesznego, to dlatego, aby objawić miłość, która zawsze jest większa od całego stworzenia, które jest Nim samym, gdyż „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8). A nade wszystko jest Ona większa od grzechu, od słabości, od „marności stworzenia” (Rz 8, 20), potężniejsza od śmierci - stale gotowa dźwigać, przebaczać, stale gotowa wychodzić na spotkanie marnotrawnego dziecka, stale szukająca „objawienia się synów Bożych” (Rz 8, 19), którzy są wezwani do chwały. To objawienie się miłości... ma w dziejach jedną postać i jedno imię. Nazywa się: Jezus Chrystus (Redemptor Hominis 9).
Jeszcze mocniej tę miłość Jezusa Chrystusa podkreśla dramaturgia Golgoty. Tu chcemy zajrzeć do najpiękniejszych fragmentów odczytań miłości Chrystusowej Jana Pawła II w encyklice O Bogu bogatym w miłosierdzie: 'Wydarzenia wielkopiątkowe, a przedtem już modlitwa w Ogrójcu, w prowadzają zasadniczą zmianę w cały tok objawienia się miłości i miłosierdzia w mesjańskim posłannictwie Chrystusa, że Ten, który „przeszedł dobrze czyniąc i uzdrawiając...” (Dz 10, 38), lecząc „wszystkie choroby i wszystkie słabości”, sam oto daje się najbardziej zasługiwać na miłosierdzie wówczas, gdy jest pojmany, wyszydzony, skazany, ubiczowany, ukoronowany cierniem, gdy zostaje przybity do krzyża i na nim w straszliwych męczarniach oddaje ducha. W szczególny sposób wówczas zasługuje na miłosierdzie - i nie doznaje go od ludzi, którym dobrze czynił, a nawet najbliżsi nie potrafią Go osłonić i wyrwać z rąk prześladowców. Na tym końcowym etapie mesjańskiego posłannictwa spełniają się na Chrystusie słowa proroków, a nade wszystko Izajasza, wypowiedziane o Słudze Jahwe, w którego „ranach jest nasze zdrowie”.
Jak człowiek, który prawdziwie i straszliwie cierpi, Chrystus zwraca się w Ogrójcu i na Kalwarii do Ojca - do tego Ojca, którego miłość głosił ludziom, o którego miłosierdziu świadczył całym swoim postępowaniem. Ale nie zostaje Mu oszczędzone - właśnie Jemu - to straszne cierpienie: „własnego swego Syna Bóg nie oszczędził” ale „dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu” (2 Kor 5, 21), napisze św. Paweł, ujmując w tych kilku słowach głębię tajemnicy krzyża, a zarazem Boski wymiar rzeczywistości odkupienia...
Chrystus cierpiący przemawia w sposób szczególny do człowieka i to nie tylko do ludzi wierzących. Również człowiek niewierzący potrafi w Nim odkryć całą wymowę solidarności z ludzkim losem, a także doskonałą pełnię bezinteresownego poświęcenia dla sprawy człowieka: dla prawdy i miłości. Boski wymiar tajemnicy paschalnej sięga jeszcze głębiej. Krzyż postawiony na Kalwarii, krzyż, na którym Chrystus toczy ostatni swój dialog z Ojcem, wyłania się z głębi tej miłości, jaką człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boga, został obdarzony w odwiecznym Bożym zamierzeniu...
Uwierzyć w Syna ukrzyżowanego, to znaczy „zobaczyć Ojca” (J 14, 9), to znaczy uwierzyć, że w świecie jest obecna miłość i że ta miłość jest potężniejsza od zła jakiegokolwiek, w które uwikłany jest człowiek, ludzkość, świat. Uwierzyć zaś w taką miłość, to znaczy uwierzyć w miłosierdzie. Miłosierdzie jest bowiem nieodzownym wymiarem miłości, jest jakby drugim jej imieniem, a zarazem właściwym sposobem jej objawienia się i realizacji wobec rzeczywistości zła, które jest w świecie, które dotyka i osacza człowieka, które wdziera się również do jego serca i może go „zatracić w piekle” (Mt 10, 28). (Jan Paweł II DiM 7).
Krzyż stanowi najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad człowiekiem, nad tym, co człowiek - zwłaszcza w chwilach trudnych i bolesnych - nazywa swoim losem. Krzyż stanowi jakby dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka...
Taki był zamysł życzliwości, który Bóg-Ojciec powziął przed stworzeniem świata, Syn Boży w Duchu Świętym zrealizował, aby w świecie była obecna miłość potężniejsza od zła jakiegokolwiek, w które uwikłany jest człowiek, ludzkość, świat.
Kiedy św. Jan Apostoł pisał w swej Ewangelii o Wcieleniu Słowa Bożego w osobę Jezusa Chrystusa wskazał na miłość Boga w Jezusie Chrystusie wynoszącą człowieka do godności dzieci Bożych: „Wszystkim tym, którzy przyjęli [Słowo], dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas... Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce” (J 1, 12-16). Ta godność nie należy się naturze ludzkiej, jest darem, którego udziela Jezus Chrystus ze swej pełności synostwa Bożego.
Tę prawdę o synostwie Bożym łączy św. Paweł Apostoł z osobą Ducha św., który prowadzi nas poprzez Syna do Ojca. „Wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są Synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: ‘Abba, Ojcze!’ Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa; skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale (Rz 8, 14-17).
Synostwo to określony rezultat miłości ludzkiej i swoista determinacja geniczna na całe życie; dziedzictwo genetyczne, kulturowe, obyczajowe. Synostwo Boże to też określony rezultat miłości Boga do człowieka i swoista determinacja na całe życie, ziemskie dziedzictwo Boże i współdziedzictwo Chrystusowe. I jedno i drugie dziedzictwo uzdalnia do pewnych poczynań, zachowań, a następnie nadaje mu swoisty charakter, tożsamość, dzięki której jest rozpoznawalne jako nasze, własne. Synostwo jest również prawem do dziedzictwa w innym znaczeniu: prawem do ojcowskiego dorobku życiowego. U ludzi bywa to dobre imię, honor, godność, majątek. U Boga tak pojętym dziedzictwem jest Królestwo niebieskie, „udział w chwale”. Współdziedzictwo Chrystusowe w tym znaczeniu to oprócz „udziału w chwale”, całe doczesne dobro dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa.
Autor przeciwstawia ducha przybrania za dzieci, (w domyśle ducha miłości) duchowi niewoli i bojaźni. Ducha radosnego: „Abba, Ojcze!” duchowi pogrążenia.
Tajemnicę przybrania nas za synów przybliża nam św. Piotr Apostoł: „Boska Jego wszechmoc udzieliła nam tego wszystkiego, co się odnosi do życia i pobożności, przez poznanie Tego, który powołał nas swoją chwałą i doskonałością. Przez nie zostały nam udzielone drogocenne i największe obietnice, abyśmy się przez nie stali uczestnikami Boskiej natury, gdy już wyrwaliśmy się z zepsucia [wywołanego] żądzą na świecie” (2 P 1, 3-4).
Miłość Jezus Chrystusa sprawia, że uczestniczymy w życiu Boga. Wprowadza nas w wewnętrzne życie Trójcy Świętej, po oczyszczeniu z grzechów i przebóstwieniu nas. „Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe. Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa” (2 Kor 5, 17-18). Miłość Jezusa Chrystusa uzdalnia nas do życia z Bogiem w Bogu i dla Boga oraz do działania mocą Jego miłości (por. K 1997).
'Wolna inicjatywa Boga domaga się wolnej odpowiedzi człowieka, gdyż Bóg stworzył człowieka na swój obraz, udzielając mu wraz z wolnością zdolności poznania Go i miłowania. Również i Boże usynowienie musi być w wolności przyjęte. Tym więcej rezultat usynowienia, miłość, czyli rzeczywista więź miłości, zażyłość miłości i współdziałanie z miłości, dokonywać się musi w sposób wolny. Bóg, jak ziemski ojciec całym swoim byciem z synem, działaniem na jego rzecz, 'dotyka bezpośrednio serca człowieka i wprost je porusza' (por. K 2002).
Zanim przez synostwo Boże osiągniemy dziedzictwo Boże wiecznego szczęścia, niejako "po drodze" do niego jest do osiągnięcia dziedzictwo doczesne, świętość, która jest doskonałą miłością. I jakkolwiek szczęście wieczne w niebie jest przedłużeniem świętego życia na ziemi, jako współżycia i współdziałania z Bogiem w miłości, to ma też swoją doczesną wartość, którą poznają wielcy święci naszej wspólnoty religijnej, zwłaszcza kontemplatycy. Droga w synostwie Bożym ku doskonałej miłości ma trzy elementy. Synostwo Boże mocą Synostwa Jezusa Chrystusa przemienia człowieka wewnętrznie, nie naruszając wolności. Pociąga do naśladowania we wszystkich swych poczynaniach Jezusa Chrystusa, w czym mieści się też uczestnictwo w posłannictwie Jego. Uzdalnia usynowionego człowieka do działania według zamysłu Bożego i Jego woli, czyli działania prawego (por. K 1709). Człowiek musi wejść w tę przemianę jak w dobrze przygotowany pojazd, zwolnić hamulce postojowe, a potem wykonać tysiące wyborów kierunków drogi, obserwacji drogi, czynności prowadzenia, nieraz niepozornych, a decydujących o dotarciu do celu, do domu Ojca.
Synostwo Boże nie jest - w ścisłym słowa znaczeniu - przykazaniem, choć jest warunkiem osiągnięcia dziedzictwa Bożego. Świadome i planowane życie w synostwie jest natomiast niepowtarzalną szansą przemiany jakości życia.
Taki był zamysł życzliwości, który powziął Bóg-Ojciec przed stworzeniem świata, a który Syn Boży w Duchu Świętym realizuje poprzez Odkupienie.
Miłość Boża w osobie Jezusa Chrystusa przejawia się też, albo przede wszystkim w tym, że On nie tylko wybrał nas na swoich uczniów, jak kiedyś Apostołów, ale na swoich przyjaciół. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazałem. Już nie nazywam was sługami, bo sługa nie wie, co czyni Pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie” (J 15, 13-16).
Najpierw charakterystyczne jest zaznaczenie przez Jezusa: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was”. Wybór Apostołów na przyjaciół Chrystusa objawił się ich dowartościowaniem. Oznajmił im „wszystko, co usłyszał od Ojca swego”, choć wielu ze słuchających obdarzonych zostało jedną przypowieścią zasłyszaną, jednym cudem potwierdzającym naukę, który zdołali zobaczyć. To dowartościowanie apostołów w Bożą Prawdę i Dobro okazało się wystarczające, aby Mu zawierzyli całe swoje życie i w posłuszeństwie wiary poszli za Nim. To z kolei skutkował całkowitą przemianą ich życia. Przyjaźń ta sprawiła, że porzucili swoją pracę nad jeziorem Galilejskim, swoją ziemię, swoje domy i poszli siać ziarno słowa Bożego otrzymanego od Niego. Przyjaźń ta sprawiła, że nie ulękli się jakiegokolwiek trudu i ciężaru apostolskiego, znoju, prześladowań, więzienia, śmierci nawet. Jako przyjaciele Jezusa, stali się sługami Jego Odkupienia, ze szczególnym znamieniem Jego miłości: służyli, bo kochali, a Paweł pięknie napisze o tym wewnętrznym przynagleniu miłości: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” (1 Kor 9, 16). Chrystus też wyraża pod ich adresem przyjacielskie zaufanie: „aby szli i owoc przynosili, i by owoc ich trwał”. To zaufanie opatruje szczególną, godną tylko przyjaciela obietnicą: „aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie”, w poczuciu pewności, że nie ulegną prywacie. Wreszcie stawia jeden warunek zachowania przyjaźni z nim: Wy „jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazałem”. A więc jakąś szczególną wierność danym im Słowom i Przykazaniom.
Odpowiedzią przyjaźni apostołów, był radykalizm przyjmowania wiary, wyznawania, bronienia jej. Było dążenie do wielorakiej zażyłości, która przyjaźń znamionuje. Było pierwszeństwo tego wszystkiego, co Chrystusowe, nad tym, co postronne, lub ich własne. Niektórych to dziwiło, niektórych gorszyło, że prości rybacy Galilejscy zabierają się za uzdrawianie i ulepszanie świata. Niektórych zdumiewało, że dla przekazu wiary gotowi byli na prześladowanie, więzienie, a nawet śmierć i to z radością przyjęte. Bo takie są prawa przyjaźni, której dostąpili.
I my do takiej przyjaźni na chrzcie i bierzmowaniu zostaliśmy zaproszeni i szczególnie to zaproszenie sobie cenimy i do niego nieustannie się odwołujemy. Ono decyduje o sensie i celu naszego życia. „wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc [Odkupienia] przynosili”. Jest ten wybór Chrystusowy dopuszczeniem nas do twórczego uczestnictwa w Jego Misji Mesjańskiej, którą sprawował w swoim czasie na ziemi palestyńskiej, ale sprawuje ją do dziś we wspólnocie miłującego Go ludu. Ten wybór i przeznaczenie zostały przez Chrystusa ocenione jako szczególne przejawy miłości dojrzałej, jako przyjaźń. Ze swej strony „prawo” do naszej przyjaźni opiera na fakcie wydania swego Ciała na śmierć i Krwi przelanie za nas: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Dodajmy: to Jego „prawo” do czynienia nas swoimi przyjaciółmi dalej trwa, bo On jeszcze do dziś uobecnia wśród nas to wydanie Ciała i Krwi przelanie w Najświętszej Ofierze Mszy św.
Szczególna miłość Chrystusowa, czyli przyjaźń przejawia się najpierw na wprowadzeniu nas w tajemnicę życia i zamysłów Bożych: „oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego”. Po przyjacielsku podzielił się z nami tym wszystkim, co „boskie”. Nie tylko nam to objawia, ale daje wieloraki udział w tym, co Boskie, w „sacrum”. W słowie wszystko, kryje się otwartość na całe bogactwo tego co „święte”.
Ten fragment wyznań Jezusowych naprowadza nas na słowa biblijnego Mędrca: „Wierny przyjaciel potężną obroną, kto go znalazł, skarb znalazł. Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty ani równej wagi za wielką jego wartość. Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia; znajdą go bojący się Pana” (Syr 6, 14-16). Dla nas, współczesnych, ciężko doświadczonych przez anonimowość życia wśród ludzi, dla których jesteśmy jednostką w tłumie, facetem spod okna autobusowego, numerem chorobowym w szpitalu, oglądaczem telewizyjnej nachalnej reklamy, szczególnie cenna jest propozycja Jezusa Chrystusa na przyjaciela. Dla nas, współczesnych, ciężko doświadczonych przez pleniące się okrucieństwo, znieczulicę, lub choćby tylko obojętność, przyjaźń z Chrystusem „jest lekarstwem życia”. „Wierny przyjaciel - Chrystus, staje się „potężną obroną” przed tym wszystkim, co sprzeciwia się miłości: filozofii półprawd, wolności bez ograniczeń, przemocy, egoistycznego użycia.
Radość naszą z powodu przyjaźni z Chrystusem, Synem Bożym mąci myśl, o rzeczywistości życia codziennego, która „skrzeczy”. Również myśl o własnej niedojrzałości do tak wielkiego powołania i przeznaczenia do niej. Znów odwołujemy się do słów Mędrca biblijnego o pseudo-przyjaźni i udanych przyjaciołach: „Bywa bowiem przyjaciel, ale tylko na czas jemu dogodny, nie pozostanie nim w dzień twego ucisku. Bywa przyjaciel, który przechodzi do nieprzyjaźni i wyjawia wasz spór na twoją hańbę. Bywa przyjaciel, ale tylko jako towarzysz stołu, nie wytrwa on w dniu twego ucisku. W powodzeniu twoim będzie jak [drugi] ty, z domownikami twymi będzie w zażyłości. Jeśli zaś zostaniesz poniżony, stanie przeciw tobie i skryje się przed twym obliczem” (Syr 6, 8-12).
Czy my nie jesteśmy dla Chrystusa tylko takimi „przyjaciółmi”? „Tylko na czas nam dogodny, nie pozostaniemy nimi w dzień Jego ucisku? Przechodzimy do nieprzyjaźni i wyjawiamy nasz spór na Jego hańbę? Jeśli zaś [Chrystus] zostanie poniżony, staniemy przeciw Niemu i skryjemy się przed Jego obliczem?
To wielka szansa człowieka - przyjaźń z Bogiem: ale tylko szansa. Do wykorzystania, ale i do zmarnowania.
Taki był zamysł życzliwości, który powziął Bóg przed stworzeniem świata, a w osobie Jednorodzonego Syna swojego Jezusa Chrystusa i w Duchu Świętym realizuje do dziś.
Przeznaczeni do synostwa Bożego zostajemy przez chrzest wszczepieni w życie, w śmierć i w zmartwychwstanie, oraz wniebowstąpienie Pana Jezusa Syna Bożego. Na ile zdołamy skorzystać - mamy udział w Jego życiu ziemskim, jak i niebieskim. Mamy udział w Jego głoszeniu Ewangelii, w Jego odkupieńczej śmierci za wszystkich ludzi, w pewności Zmartwychwstania i w chwale Wniebowstąpienia. Korzystamy poprzez to wszczepienie w Jezusa Chrystusa ze wszystkich błogosławionych owoców Jego mesjańskiej misji. Poprzez to wszczepienie zakorzeniamy się w wierze, nadziei i miłości do osoby Jezusa Chrystusa Syna Bożego, które budzą się ze swoistego uśpienia, kiełkowania, pączkowania. Poprzez umocnienie nasze w Duchu Świętym przez sakrament bierzmowania nasza wiara, nadzieja i miłość dojrzewa do głębokiego współżycia i współdziałania z Chrystusem, Jedynym Zbawicielem świata. Przez pojednanie i pokutę nieustannie oczyszczani jesteśmy przez miłość Bożą większą niż grzech, a którą nazywamy miłosierdziem. Poprzez Eucharystię - Świętą Ucztę żywieni jesteśmy w miłości do Zapraszającego. Przez sakrament chorych utwierdzani jesteśmy w wierze, nadziei i miłości na ostatni odcinek drogi do Ojca na drugi brzeg. Przez sakrament małżeństwa zawiera z nami „małe przymierze miłości” dla tworzenia komunii osób. I tak Chrystus z czułą i troskliwą miłością prowadzi nas do naszej Ziemi Obiecanej. Daje nam udział w owocach swego posłannictwa Mesjańskiego, uczestnictwo w zbawczym swoim Krzyżu. I to jest szczególny znak miłości przyjaznej Syna Bożego Jezusa Chrystusa ku nam. Znak jego miłości hojnej, która dzieli się ze swoimi przyjaciółmi wszystkimi owocami życia, śmierci i zmartwychwstania swojego. Zamysł życzliwości Bożej nie ograniczonej do ludzi współczesnych ziemskiemu życiu Syna Bożego, czasu i miejsca Jego Odkupienia, ale wobec wszystkich ludzi, przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.
Bóg w osobie Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, - w przeogromnej miłości swojej przygotowuje nas do uczestnictwa w Jego posłannictwie Mesjańskim. Jest On Kapłanem, Prorokiem i Królem nowego ludu Bożego, i wezwał nas do uczestniczenia w tych trzech Jego posłannictwach. Równocześnie jest to suwerenny wybór Jezusa Chrystusa, oparty na Jego miłości uprzedzającej. To przeznaczenie nas oznacza obdarowanie potrzebną mocą, aby godnie i owocnie te posłannictwa spełniać. Jest to niejako podstawowe wyposażenie: dalsze, dodatkowe, można będzie u Ojca uprosić.
Wchodząc do Ludu Bożego przez chrzest i wiarę, otrzymujemy uczestnictwo w szczególnym powołaniu tego ludu; w jego powołaniu kapłańskim: 'Chrystus Pan, kapłan wzięty spośród ludzi, nowy lud uczynił królestwem i kapłanami Bogu i Ojcu swemu. Ochrzczeni bowiem poświęceni są przez odrodzenie i namaszczenie Duchem świętym, jako dom duchowy i święte kapłaństwo (K 784). 'Stając się „dziećmi Bożymi” (J 1, 12), synami Bożego przybrania (por. Rz 8, 26), na Jego podobieństwo stajemy się równocześnie wszyscy „królestwem i kapłanami, otrzymujemy królewskie kapłaństwo. „Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła” (1 P 2, 9), W królewskim kapłaństwie uczestniczymy w tym jedynym i nieodwracalnym oddaniu człowieka i świata samemu Ojcu, którego On, przedwieczny Syn, a zarazem prawdziwy Człowiek, raz na zawsze dokonał' (Jan Paweł II RH 20).
Znów zauważmy Boży wymiar tej miłości Syna Boże-go do człowieka: wybór spośród wszystkich; przeznaczenie do tego posłannictwa, w którym zawarte jest przygotowanie do osiągania wyznaczonego celu: „abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła”. Zakłada ta miłość Chrystusa wyniesienie „z ciemności do światła”, a więc i dowartościowanie.
Święty Lud Boży uczestniczy także w funkcji prorockiej Chrystusa. Dokonuje się to przede wszystkim przez nadprzyrodzony zmysł wiary, który jest zmysłem całego Ludu Bożego, świeckich i hierarchii, gdy niezachwianie trwa przy wierze raz podanej świętym, gdy pogłębia jej rozumienie i staje się świadkiem Chrystusa pośród tego świata (K 785). Staliśmy się odpowiedzialni za Bożą prawdę - jak pisze Ojciec św. Jan Paweł II (RH 19). 'Odpowiedzialność za prawdę Bożą oznacza równocześnie jej umiłowanie i dążność do takiego zrozumienia, które nam samym, a także i drugim tę prawdę może przybliżyć w całej jej zbawczej mocy i wspaniałości, w całej głębi i prostocie zarazem. Umiłowanie to i dążność do zrozumienia muszą iść z sobą w parze, jak o tym świadczą dzieje Świętych Kościoła. Najwięcej autentycznego światła rozjaśniającego prawdę Bożą, przybliżającego samą Bożą Rzeczywistość, mieli zawsze ci, którzy do tej prawdy przybliżali się ze czcią i miłością. Była to nade wszystko miłość do Chrystusa, żywego Słowa Bożej Prawdy, była to z kolei miłość do jej ludzkiego wyrazu w Ewangelii, w Tradycji, w Teologii'
Wreszcie Lud Boży uczestniczy w królewskiej funkcji Chrystusa. Chrystus urzeczywistnia swoją królewskość, pociągając do siebie wszystkich ludzi przez swoją Śmierć i Zmartwychwstanie. Chrystus, Król i Pan wszechświata, stał się sługą wszystkich, „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20, 28). Dla chrześcijanina służyć Mu - znaczy panować, szczególnie w ubogich i cierpiących, w których Kościół rozpoznaje obraz swego ubogiego i cierpiącego Założyciela. Lud Boży urzeczywistnia swoją godność królewską, żyjąc zgodnie z tym powołaniem do służby z Chrystusem (K 786). Tu też trzeba widzieć posłannictwo tworzenia nowego ładu społecznego opartego na miłości, a wychodzącego naprzeciw potrzebom naszych czasów.
To zaproszenie do uczestnictwa w mesjańskim posłannictwie Chrystusa jest nie tylko przyjacielskim wyniesieniem człowieka, ale i szansą oddania miłością za miłość. Apostolstwo wynikające z wielkiej miłości do Chrystusa, z czułą miłością będzie przyjęte przez Chrystusa i przez braci.
Podobnie jak o wierze możemy powiedzieć o miłości. Miłość jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią człowieka na inicjatywę Boga, który się objawia. Miłość nie jest jednak aktem wyizolowanym. Nikt nie może miłować sam, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie dał miłości samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia. Miłujący otrzymał miłość od innych, dlatego powinien ją przekazywać innym. Nasza miłość do Jezusa i ludzi skłania nas do mówienia innym o naszej drodze miłości. Każdy miłujący jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu miłujących. Nie mogę miłować, jeśli nie będzie mnie prowadziła miłość innych, a przez moją miłość przyczyniam się do powodzenia miłości innych (por. K 166).
Taki był zamysł życzliwości, który powziął Bóg-Ojciec przed stworzeniem świata, a w Duchu Świętym wypełnia Jezus Chrystus, Jedyny Zbawiciel świata.
Szukamy dalej odpowiedzi na pytanie: w czym przejawia się miłość Boża do ludzi w osobie Syna Bożego Jezusa Chrystusa. Znajdujemy w Ewangelii jedno zdanie - kluczowe dla nas, żyjących blisko dwa tysiące lat po Jego urodzinach i śmierci: „Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z Tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13,1). To samo zapewnienie pojawia się po Jego zmartwychwstaniu w formie obietnicy: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20).
Miłość powstaje i doskonali się w byciu razem. Zanim pojawią się słowa wyznań, przyrzeczeń, zapewnień; zanim będą sobie wzajemnie świadczyć wielorakie dobra, zanim powstaną wielorakie więzi i poczucie bliskości. W rozłące miłujący się żyją w tęsknocie za byciem razem. I często miłość kończy się, kiedy kończy się bycie razem.
Jezus Chrystus do końca nas umiłował, bo i dziś jest z nami: w ludzie Bożym Kościoła, w czytanej Ewangelii, bo gdzie jest obecne Jego słowo, tam jest i Ten, który mówi. Jest obecny we wszystkich sakramentach świętych, poprzez które nas uświęca i doskonali. Jest obecny wśród nas we wszystkich biednych, chorych, uwięzionych, bo powie do nas na sądzie: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Jest z nami na modlitewnych spotkaniach: „Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20). Ale przede wszystkim jest obecnym swoim uwielbionym Ciele i Krwi, kiedy w Najświętszej Ofierze krzyża uobecnia się wśród nas na ołtarzach całego świata, „aż do skończenia świata”. Siebie powierza umiłowanej Oblubienicy - Kościołowi. Siebie daje nam w Uczcie eucharystycznej dla umocnienia miłości, która słabnie w życiu codziennym i uwalnia od nieuporządkowanych przywiązań do stworzeń. To jest fundament na którym On ujawnia swoją miłość ku nam, a nasza miłość może trwać i doskonalić się.
Miłość ujawnia się i realizuje nie tylko w byciu razem, ale i w wielorakim współdziałaniu. Szukając odpowiedzi na pytanie: w czym przejawia się miłość Boga do ludzi w Jego Synu, Jezusie Chrystusie, dochodzimy do krzepiącej nasze serca prawdy, którą podkreśla autor listu do Rzymian: „Wiemy, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. Albowiem tych, których od wieków poznał, tych też przeznaczył na to, by stali się stali na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi. Tych zaś, których przeznaczył, tych też powołał, a których powołał, tych też usprawiedliwił, a których usprawiedliwił - tych też obdarzył chwałą” (Rz 8, 28-30).
Jeśli dobrze odczytujemy określenie świętego Autora: „tych, którzy Boga miłują”, jako tych, którzy wszystko czyni, jako spełnienie zamysłu Bożego wobec niego, to staje się zrozumiałe zapewnienie miłującego Boga, że będzie „współdziałał we wszystkim dla ich dobra”. Jeśli tych, którzy wszystko czynią, jako spełnienie zamysłu Bożego nazwiemy pobożnymi, czyli żyjącymi po Bożemu, to Bóg współdziała ze wszystkim prawdziwie pobożnymi. Miłującym Boga wszystko wychodzi na dobre. Bo Bóg przewidział tę miłość ludzi, przyjął ją, zanim my ujrzeliśmy światło dzienne, i zaopatrzył mocą spełnienia. Bóg przewidział tę miłość ludzką, i dla tych ludzi przygotował swoje synostwo, a z synostwem udział we wszelkich swoich, ojcowskich dobrach. U krańców Bożego przewidzenia, jest wieczna chwała miłujących Go.
Obietnica współdziałania Bożego z miłującymi Go ludźmi odczytać trzeba jako zaproszenie do współpracy z Nim. Wielki Planista świata, Stwórca wszystkiego z niczego, Zatroskany o trwanie i rozwój tego świata i ludzi w nim żyjących, Dawca, obrońca i „miłośnik życia” zaprasza nas do współdziałania z sobą. Najpierw dla naszego dobra, a poprzez nie - dla dobra innych ludzi i świata. I tu znów stwierdzamy głęboką więź między miłością do Boga, a sensem i celem życia ludzkiego, które ta miłość wyznacza.
To współdziałanie Boga miłującego z nami dokonuje się przez łaskę Jego, którą nas obdarza. 'Łaska jest przychylnością, darmową pomocą Boga, byśmy odpowie-dzieli na Jego wezwanie do miłości. Przerasta to zdolności rozumu i siły ludzkiej woli oraz każdego stworzenia. Przez łaskę Chrystus obdarza nas swoim życiem wlanym przez Ducha Świętego do naszej duszy, by ją uleczyć z grzechu i uświęcić. Jest to łaska uświęcająca lub przebóstwiająca, otrzymana na chrzcie. Jest ona w nas źródłem dzieła uświęcenia całego człowieka, a szczególnie naszej miłości do Boga. „Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe. Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa” (2 Kor 5, 17-18). Pozostają one w służbie miłości która buduje Kościół.
Są jeszcze inne łaski, które trwale uzdolniają nas do życia i działania zgodnego z Bożym wezwaniem, oraz doraźne interwencje Boże niosące pomoc w pełnienie woli Jego. Wśród łask szczególnych należy wymienić łaski stanu, które towarzyszą wykonywaniu odpowiedzialnych zadań życia chrześcijańskiego i posług wewnątrz Kościoła (por K 1998-2004).
Taki był Boży zamysł życzliwości, który powziął Pan przed stworzeniem świata, a realizuje Syn w Duchu Świętym aż do skończenia świata.
Choroba jest smutną koniecznością wszelkiego życia, a więc i ludzkiego. Życie jest chorobą ku śmierci. Takie jest prawo zużywania się materii, na której bazuje wszelkie życie, również życie ludzkie. I żywe komórki podlegają prawu pomniejszania swojej sprawności, wygasania, obumierania. Choroba jest tego procesu sygnałem, znakiem, ostrzeżeniem. Choroba nie oszczędza nienarodzonych jeszcze ludzi, nie ma względu na dzieci, nie tworzy przywilejów dla młodych, jest smutną rzeczywistością ludzi dojrzałych i brutalną codziennością ludzi starych.
Takie jest powszechne doświadczenie i przeświadczenie ludzi, że choroba i cierpienie należą do najpoważniejszych problemów, poddających próbie życie ludzkie. Człowiek doświadcza w chorobie swojej niemocy, ograniczeń i skończoności. Każda choroba może łączyć się z przewidywaniem śmierci. Każde cierpienie czyni życie mniej sprawnym, mniej szczęśliwym.
Choroba i cierpienie może prowadzić – w rzeczywistości prawie zawsze prowadzi - do niepokoju, do zamknięcia się w sobie, czasem nawet do rozpaczy i buntu przeciw Bogu; przeciw ludziom, którzy są bezradni czy bezsilni albo obojętni wobec chorego i cierpiącego człowieka; przeciw sobie samemu..
Choroba, jako zwiastun i ostrzeżenie przed ostateczną zagładą życia - śmiercią, budzi lęk i trwogę, a więc jest szczególnym cierpieniem. W ślad za chorobą postępuje zwykle ból fizyczny, który też jest cierpieniem, choć nie ma ścisłych wzajemnych uwarunkowań. Cierpienie może łączyć się z lękiem przed kalectwem czy śmiercią. Pamięć podpowiada budzące grozę zdarzenia chorobowe innych ludzi. Łączy się z zauważalnym poczuciem słabnięcia całego organizmu człowieka. Choroba zazwyczaj czyni chorego bardziej samotnym. Choroba łączy się z poczuciem odarcia z wielu dóbr dostępnych przeciętnemu, zdrowemu człowiekowi. Choroba łączy się zwykle z chwilowym, ale bolesnym poczuciem własnej zbędności. Choroba łączy się z koniecznością unikania czegoś, co było dla niego dostępne. Choroba łączy się ze zwiększonym poczuciem zależności od własnej słabości, od innych ludzi. Choroba to czekanie na kogoś, na coś (w przychodniach, w laboratoriach, w szpitalach).
Choroba bliźniego jest wyzwaniem dla naszej miłości. Nie możemy nie chcemy nawet pomyśleć o pozostawaniu sam na sam z chorobą. Człowiek szuka i chce znaleźć przy sobie Boga bogatego w miłosierdzie i miłującego człowieka. Od Boga i miłujących ludzi oczekuje poprawy zdrowia, wyzdrowienia z choroby, bądź pocieszenia w cierpieniach.
Ludzie cierpią z powodu braków podstawowych dóbr dla zaspokojenia podstawowych potrzeb (głodu, napoju, zimna). Czasem czują się bezradni i bezsilni. A zawsze czują się zagrożeni.
Ludzie cierpią, kiedy przygniata ich zbytni, nie do udźwignięcia ciężar obowiązku, pracy, zadań, poleceń, oczekiwań ukochanych ludzi, albo którym tylko z wielkim trudem zdołają sprostać. Cierpią, bo bez własnej winy nie realizują swoich pragnień, planów, celów, powołań, które są lub mogłyby się stać elementami ich życiowego spełnienia i szczęścia. Cierpią z powodu nieprzystosowania się do rzeczywistości w jakiej przyszło im żyć, stąd z trudem osiągają w tym środowisku zadowolenie z całego życia ziemskiego, czyli szczęście, a na szukanie nowego środowiska ich nie stać duchowo, bądź materialnie. Cierpią niektórzy ludzie zmęczeni, znużeni, zniechęceni szarością egzystencji w swojej przestrzeni życiowej, bo cóż to za szczęście? Cierpią ludzie z powodu doznanej niesprawiedliwości, zwłaszcza bezczelnej i bezkarnej, która jak cierń tkwiący w duszy nieustannie ich uwiera: czy z tym cierniem można być szczęśliwym? Cierpią z powodu wielorakiego braku szacunku dla siebie: poniżenia, nie docenienia, pomijania, spychania na margines życia; czy można być szczęśliwym, jako obywatel drugiej czy piątej kategorii?
Ludzie cierpią z powodu konfliktów międzyludzkich, których nie sposób uniknąć; czy można żyć szczęśliwie - w ogóle żyć - wśród zwad, walk pełnych nienawiści, wyniszczania się wzajemnego?
Pozostają jeszcze cierpieniu, które mają swe źródło w nas samych. Czasem wraca z pamięcią o popełnionych błędach życiowych, których nie da się już naprawić; o złu popełnionym, a niemożliwym do wyrównania dobrem. Wraca ze wspomnieniem o bólu ludziom zadanym i łzach wywołanych; o krzywdzie wyrządzonej, o zdradzie. Jeśli pamięć o złu dokonanym utrwali się, rodzi poczucie zmarnowanego życia.
Wszędzie tam gdzie pojawia się cierpienie, potrzebna jest człowiekowi ponad wszystko nadzieja! Najpierw nadzieja pokładana w Bogu, który nigdy nikogo nie chce, niemal „nie może” opuszczać człowieka w niedoli. W Bożej Opatrzności, w miłosierdziu Boga, który wybawia złamanych na duchu (Ps 34,19). Wtedy... mogą szukać „swojego Boga i znajdują Go, jeśli będą do Niego dążyli z całego serca i z całej duszy. W swym utrapieniu... nawrócą się do swego Boga i Pana (Pwt 4, 39-4O). W ślad za cierpieniem, podobnie jak za chorobą zjawia się tęsknota za ludzką miłością. I Boża i ludzka miłość wobec człowieka chorego, bądź cierpiącego może torować drogę do większej dojrzałości w tych trudnych chwilach, może pomóc lepiej rozeznać w swoim życiu to, co nieistotne, aby zwrócić się ku temu, co istotne.
Człowiek Starego Testamentu przeżywał chorobę w obliczu Boga. Wobec Boga wypowiadał on swoją skargę na chorobę i błagał Pana życia i śmierci o uzdrowienie. Choroba stawała się często drogą nawrócenia, a Boże przebaczenie zapoczątkowywało powrót do zdrowia. Izajasz zapowiada, że nadejdzie dla Syjonu czas, gdy Bóg przebaczy mu wszelki grzech i uleczy wszelką choroby (por K 1500-2).
Chrystusa miłował chorych, cierpiących czy niepełnosprawnych dla których szczególnie czuł się posłany przez Ojca. Chrystus uzdrawia chorych z różnego rodzaju chorób, cierpień kalectwa, a są one wymownym znakiem, że „Bóg łaskawie nawiedził lud swój” (Łk 7,16) i że Królestwo Boże jest bliskie. Jezus ma nie tylko moc uzdrawiania, lecz także moc przebaczania grzechów – jako największej choroby duszy ludzkiej, cierpienia duchowego i kalectwa życiowego. Przyszedł, by uleczyć całego człowieka, duszę i ciało; jest lekarzem, którego potrzebują chorzy. Jego współczucie dla wszystkich cierpiących posuwa się tak daleko, że Jezus utożsamia się z nimi: „Byłem chory, a odwiedziliście Mnie” (Mt 25, 36). Jego szczególna miłość do ludzi dotkniętych słabością nie przestaje w ciągu wieków pobudzać chrześcijan do specjalnej troski o tych, którzy cierpią na ciele i duszy. Znajduje się ona u podstaw podejmowania niestrudzonych wysiłków, by ulżyć im w cierpieniu (por. K 1503).
Wzruszony tylu cierpieniami, Chrystus bierze na siebie ich nędzę: „On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby” (Mt 8, 17). Nie uleczył wszystkich chorych. Jego uzdrowienia były znakami przyjścia Królestwa Bożego, zapowiadały uzdrowienie bardziej radykalne: zwycięstwo nad grzechem i śmiercią przez Jego Paschę. Na krzyżu Chrystus wziął na siebie cały ciężar zła – jak pisał o tym Prorok Izajasz: „On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przybity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest zdrowie nasze” (Iż 53, 4-5). I On zgładził „grzech świata” (J 1, 29), którego skutkiem jest bardzo często choroba.
Przez swoją mękę i śmierć na krzyżu Chrystus nadał cierpieniu nowe znaczenie; teraz może ono upodabniać nas do Niego i jednoczyć nas z Jego zbawczą męką.
Apostoł Paweł w liście do Koryntian, pisze: zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu; żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy; znosimy prześladowania, lecz nie czujemy się osamotnieni; obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy. Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele. Ciągle bowiem jesteśmy wydawani na śmierć z powodu Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym śmiertelnym ciele… przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam (2 Kor 4, 8-1). Ta zasadnicza prawda staje się dla Apostoła i dla nas motywem do mężnego znoszenia wielorakich cierpień, których tylko mała cząstka związana jest z chorobami. Nie poddajemy się zwątpieniu, że jest ono związane z miłością Jezusa, a nie z karaniem za grzechy, nawet sprawiedliwym. Jeśli Ty Boże godzisz się doświadczyć nas cierpieniem, to po to - aby przede wszystkim wykazać Twoją miłość. Nie rozpaczamy, bo cierpienie nie jest drogą do nikąd, ale do Ciebie, Jezu; jakby drogą trudniejszą, ale na skróty. Nie czujemy się osamotnieni, bo objawia się w nas życie Twoje, teraz z cierpieniem zwieńczone konaniem; kiedyś – u Ojca – w chwale. Nie giniemy, bo objawia się w nas Twoje życie – Zmartwychwstałego.
Paweł Apostoł pisze: „Jak bowiem obfitują w nas cierpienia Chrystusa, tak też wielkiej doznajemy przez Chrystusa pociechy” (2 Kor. 1, 5). Z uczestnictwa w cierpieniach Twoich, Chryste, Apostoł wnioskuje dziwną zależność: Im więcej obfitują w nas Twoje cierpienia, tym też większej doznajemy od Ciebie pociechy. W domyśle odwołuje się do sprawiedliwości Twojej: im więcej przykrości płynącej z udziału w Twoim cierpieniu, tym więcej należy się rekompensaty w postaci pocieszenia. Jeśli Ty Boże godzisz się doświadczyć nas cierpieniem, to - aby wykazać Twoją sprawiedliwość. (por. Jan Paweł II SD 11). Ale jest i inna optyka, wynikająca z faktu, że przez swoje cierpienia stajemy się uczestnikami cierpień Chrystusa Wynika ona ze związków cierpienia z miłością. Jeśli Ty Boże godzisz się doświadczyć nas cierpieniem, to - aby przede wszystkim wykazać Twoją miłość. A miłość nie tylko niesie ze sobą pocieszenie, ale cała jest wielkim pocieszeniem. Nawet wtedy, kiedy cierpienie nosi podobieństwo zewnętrzne do kary za grzechy.
Kiedy przez swe cierpienia człowiek staje się uczestnikiem Twoich cierpień Chryste to zostaje powołany do złożenia szczególnej ofiary. Pisze o niej Autor Listu do Rzymian: „A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej” (Rz 12, 1).
Nie tylko przez swe cierpienia człowiek staje się uczestnikiem Twoich cierpień Chryste ale i Ty otworzyłeś swe cierpienia dla człowieka. Pisze o tym Apostoł Paweł w Liście do Galatów: Razem z Chrystusem jestem przybity do krzyża. Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego (por. Jan Paweł II SD 20).
Jezu! Uczestnicy Twoich cierpień są poprzez własne swoje cierpienia wezwani również do uczestnictwa w chwale. Na różnych miejscach Paweł daje temu wyraz. Pisze do Rzymian: skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by też wspólnie z Nim mieć udział w chwale. Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić (Rz 8, 17-18). W drugim zaś Liście do Koryntian czytamy: niewielkie bowiem utrapienia nasze obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne (2 Kor. 4, 17-18) Apostoł Piotr wypowie tę prawdę w następujących słowach swego listu: cieszcie się, im bardziej jesteście uczestnikami cierpień Chrystusowych, abyście się cieszyli i radowali przy objawieniu się Jego chwały (1 P. 4, 15) (Jan Paweł II SD 22).
‘Św. Paweł pisze: Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół.(Kol 1, 24) Tak napisał Paweł apostoł, który w innym liście zapytuje swych adresatów: Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa? (1 Kor 6, 15)
W tym ewangelicznym obrazie uwydatnia się w sposób szczególny prawda o twórczym charakterze cierpienia. Cierpienie Chrystusa stworzyło dobro Odkupienia świata. To dobro samo w sobie jest niewyczerpalne i nieskończone. Żaden człowiek niczego nie może dodać do dobra Odkupienia. Równocześnie jednak, w tajemnicy Kościoła jako swojego Ciała, Chrystus niejako otworzył własne odkupieńcze cierpienie na każde cierpienie człowieka. O ile człowiek staje się uczestnikiem cierpień Chrystusa — w jakimkolwiek miejscu świata i czasie historii - na swój sposób dopełnia to cierpienie, przez które Chrystus dokonał Odkupienia świata.
To znaczy że Odkupienie, dokonane mocą zadośćczyniącej miłości, jest stale otwarte na każdą miłość, która wyraża się w ludzkim cierpieniu, odkupieńcze cierpienie Chrystusa stale może być dopełniane cierpieniem człowieka’ (Jan Paweł II SD 24).
‘O radości w cierpieniach pisze Apostoł w Liście do Kolosan: raduję się w cierpieniach za was (Kol 1, 24) Źródłem radości staje się przezwyciężenie poczucia nieużyteczności cierpienia - poczucia, które bardzo mocno bywa zakorzenione w ludzkim cierpieniu. Cierpienie nie tylko wyniszcza człowieka w nim samym, ale zdaje się czynić go ciężarem dla drugich. Człowiek czuje się skazany na ich pomoc i opiekę, a równocześnie sam zdaje się sobie niepożytecznym. Odkrycie zbawczego sensu cierpienia w zjednoczeniu z Chrystusem przeobraża to przygnębiające poczucie. Wiara w uczestnictwo w cierpieniach Chrystusa niesie w sobie tę wewnętrzną pewność, że człowiek cierpiący „dopełnia braki udręk Chrystusa”, że w duchowym wymiarze dzieła Odkupienia służy, podobnie jak Chrystus, zbawieniu swoich braci i sióstr. Nie tylko więc jest pożyteczny dla drugich, ale, co więcej - spełnia służbę niczym niezastąpioną. (Jan Paweł II SD 27).
Jest jeszcze jeden przejaw miłości Chrystusowej ku cierpiącym: chorym, ubogim, uwięzionym. On jest z nimi w sposób szczególny obecny, solidaryzuje się z nimi w ich cierpieniu („cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych Mnieście uczynili”) i sam bezpośrednio, lub poprzez swoich ludzkich przyjaciół pomaga im. Tak bowiem trzeba odczytać scenę Sądu Ostatecznego (Mt 25, 31-46).
Kościół zna jeszcze jeden dowód wielkiej miłości Boga do człowieka chorego: zna specjalny obrzęd przeznaczony dla chorych. Mówi o tym św. Jakub: „Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk 5, 14-15). Tradycja uznała w tym obrzędzie jeden z siedmiu sakramentów Kościoła. Znakiem tej miłości Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym ujawnionym w sakramencie namaszczenia chorych jest dar umocnienia, pokoju i odwagi, by przezwyciężyć trudności związane ze stanem ciężkiej choroby lub niedołęstwem starości. Ta łaska jest darem Ducha Świętego, który odnawia ufność i wiarę w Boga oraz umacnia przeciw pokusom złego ducha, przeciw pokusie zniechęcenia i trwogi przed śmiercią. Wsparcie Pana przez moc Jego Ducha ma prowadzić chorego do uzdrowienia duszy, a także do uzdrowienia ciała, jeśli taka jest wola Boża, ponadto, „jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk 5,15), chory otrzymuje siłę i dar głębszego zjednoczenia z męką Chrystusa. Jest on w pewien sposób konsekrowany, by przynosić owoc przez upodobnienie do odkupieńczej śmierci Zbawiciela. Cierpienie – otrzymuje nowe znaczenie: staje się uczestnictwem w zbawczym dziele Jezusa (por. K 1510,20-21).
Taki był Boży zamysł życzliwości, który powziął Pan przed stworzeniem świata, a który realizuje Syn Boży w Duchu Świętym: ukazać w miłości Bożej i ludzkiej sens i cel cierpienia. Nawet w chorobie i cierpieniu największa jest miłość.
Kiedy już rozważamy hojność miłości Chrystusowej dla nas w naszych cierpieniach i chorobach, trzeba uczynić jeszcze jeden krok ku śmierci. Jest ona powszechnie dostrzegana jako okrutne, absurdalne, prawie zawsze przedwcześnie przychodzące zło. Już ludzie Pierwszego Przymierza dostrzegali w śmierci nie zły los, ale przejaw miłości Bożej. „Ponieważ spodobał się Bogu znalazł Jego miłość i żyjąc wśród grzeszników, został przeniesiony. Zabrany został, by złość nie odmieniła jego myśli, albo ułuda nie uwiodła Jego duszy” (Mdr 4, 10-11). Tak rozumiana śmierć młodego człowieka jest wyborem przez miłującego Boga najlepszego momentu jego przeniesienia do lepszego życia. Ta śmierć, na którą „ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność” (Mdr 4, 15) ukazuje się jako dar, a nie kara; dobro, a nie zło.
Każde cierpienie jest prowokacją dla życia z wiary, z ufną nadzieją położoną w Bogu oraz w wielkiej miłości ku Bogu i wystawieniem na próbę człowieka, który poszedł za Jezusem, Synem Bożym naśladując Go. Tym bardziej takim wystawieniem na próbę jest śmierć, koniec życia nawet przepełnionego największymi cierpieniami, jest prowokacją dla wiary, nadziei a przede wszystkim miłości wobec Boga, który jest Bogiem żyjących. Jako taką prowokację dla bogobojnego człowieka odczytać trzeba wzruszający fragment wyznania Hioba: „Hiob przemówił w następujące słowa: ‘Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty. Zyskałem miesiąc męczarni, przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: Kiedyż zaświta, i wstanę?’ Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku. Czas leci jak tkackie czułenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew” (Hi 7,1-4).
To głęboko poruszający fragment Pisma Świętego! Każe nam zatrzymać się w rozmyślaniu nad tym jedynie ważnym i nie do wyminięcia problemie - naszą śmiercią, cudzą śmiercią, w konfrontacji z miłością Bożą.
Dla niektórych, którym wraz ze śmiercią zamyka się horyzont wszelkiego życia, a nie otwiera się perspektywa życia wiecznego, śmierć oznacza nie tyle prowokację dla miłości, ale jej kres, koniec, śmierć. W kręgu życia mieściły się wszelkie dobra pożądane, które można było przypisać dobroci miłującego Boga, a życie, które zostaje zredukowane do piachu, do prochu, zamyka wszelkie oczekiwanie i wyrywanie się wzwyż, w dal ku większemu szczęściu. Dla najszczęśliwszego doczesnego życia nie ma jakiegokolwiek przedłużenia poza historią, która działa selektywnie i poza pamięcią ludzką, która jest krótka, nawet nie jednopokoleniowa. Śmierć dla nich nie może być przejawem miłości, ale szczytem okrucieństwa losu i ludzkiego bezsensu, absurdu. Wielu z nich przeżywa śmierć, jako największy swój dramat. Jeśli ich los nie jest dla nich łaskawy i nie daje nagłej i niespodziewanej śmierci, przeżywają ją długo i bardzo boleśnie. Dla nich człowiek wiary w szczęśliwe życie wieczne, jest oczekiwanym Godotem, który przyjeżdża ostatnim pociągiem.
Ale i dla ludzi, którzy całe swoje życie zawierzyli Bogu na wieczność śmierć jest prowokacją dla ich wiary i nadziei, a przede wszystkim ich miłości wobec Boga. Śmierć zawsze zdaje się być dla nich i bywa czymś okrutnym: bo całe nasze „ja” nastawione jest na trwanie. Całe ludzkie „ja” ogarnia lęk i trwoga przed śmiercią. Ten lęk i trwoga nie obce są żołnierzowi, nie obce mędrcowi. Cała ludzka natura broni się przed śmiercią: rozumnie, a nawet nierozumnie, mądrością i magią, walką i ucieczką, niczego nie szczędzi, niczego nie zaniedba. Całe „ja” bierze czasem udział w jakiejś grze ze śmiercią: udaje, że jej nie ma, niby wierzy, że jest, ale dla innych, a nie dla niego, uwielbia ją i przyzywa, bądź pogardza nią, szachruje i oszukuje w tej grze, co znalazło swój wyraz w dramacie i filmie. Ostatecznie śmierć i tak pokazuje szyderczo wykrzywioną zwycięską twarz. Śmierć dla każdego zdaje się być absurdem, niedorzecznością, bezsensem. Śmierć w mniemaniu ogromnej większości ludzi przychodzi zawsze za wczas, albo nie w porę: przerywa niedokończoną pracę, zostawia plany jeszcze nie spełnione, marzenia, które na zawsze pozostaną marzeniami. Dlatego Hiob jest dumny: „Zyskałem miesiąc [choć] męczarni”. Jeszcze małą szansę spełnienia swych ludzkich nadziei otrzymał. Jeszcze jedno dobro uczyni. Jeszcze jedną prawdę zawłaszczy. Granica jego czasu została przesunięta. Ma świadomość, że w ostatecznej perspektywie to nie jest jeszcze najlepszy dla jego odejścia czas, dany mu przez Boga. Choć na wysoki procent, pożyczono mu dni. I oni potrzebują człowieka nadziei koło siebie, czasem nawet na niego czekają, jak na sprzymierzeńca w obronie przed śmiercią, a zwłaszcza przed jej okrucieństwem.
Nas tu śmierć interesuje w momencie, gdy dopada świadomości człowieka; i obarcza go cierpieniem, wobec którego człowiek czuje się bezradny i bezsilny, kiedy spodziewa się, oczekuje, ma nadzieję na pomoc ludzką i Boską osłaniającą go w ostatecznej niedoli, a nawet czasem o nią prosi, woła. Nawet ludzie wierzący w Boga, wierzący w życie wieczne, mogą być uczuleni na trud, znój i ból przejścia z tymczasowości do wieczności, z kruchości do doskonałości w Bogu, oraz z „padołu łez” do szczęścia niewyobrażalnego. I nigdy Bóg, Miłośnik życia, jako jej cel, jak i człowiek ujawniający miłosierdzie wobec umierających nie stają się dobrami tak pożądanymi, jak wtedy.
Chrześcijański sens śmierci ukazuje się w świetle życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Dla Chrześcijanina śmierć jest uczestnictwem w ostatnich chwilach Chrystusa na krzyżu i w Jego zmartwychwstaniu. To nie jest odebranie mu życia, ale danie życia wiecznego, niepojęcie szczęśliwszego, mającego swe źródło w krzyżu Jezusowym i Jego zwycięstwie nad śmiercią w zmartwychwstaniu. Nie jest unicestwieniem, ale nowym stworzeniem: „nowego nieba i nowej ziemi” (Ap 21, 1). Po ziemi wygnania - dom Ojca, w którym mieszkań wiele” (por. J 14, 2); po pielgrzymce na obczyźnie - osiąganie Ojczyzny (por. Hbr 11, 14). Wiemy, że kiedy zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie. Tak przeto teraz wzdychamy, pragnąc przyodziać się w nasz niebieski przybytek” (2 Kor 5, 1n). Dlatego możemy z Pawłem Apostołem zapytać: „gdzież jest, o śmierci, twój oścień?” (1 Kor 15, 55). Może powtarzać słowa prefacji żałobnej: „choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie”. I wtedy potrzeba człowiekowi, jak drogowskazu ku wieczności prawdy sformułowanej w Biblii: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeśli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana,; jeśli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14, 7-8). To jest dowód, że nawet w chwili śmierci Bóg kocha człowieka umierającego. Bo „przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno” (Rz 6, 6). W tej prawdzie odnajdujemy cały, najgłębszy sens śmierci ludzkiej, jej godność, jej wartość dla poszczególnej osoby, jak i całej społeczności ludzkiej. Ta zbliżająca się śmierć do człowieka, która może być i jest udziałem w śmierci Zbawiciela i Odkupiciela, traci pozory okrucieństwa, pozory absurdu. I jak na owoce życia i śmierci Zbawiciela czekały całe pokolenia ludzi, tak teraz na owoce życia i śmierci tego człowieka jakoś oczekują współcześni, bo jest zanurzeniem w śmierci odkupieńczej Jezusa Chrystusa. Jak życie i śmierć Chrystusa stały się dla pokoleń przedmiotem czci, dziękczynienia, tak i ludzkie zanurzenie się - kiedyś w życiu, dziś w śmierci Chrystusa - przez ulatujące życie i zbliżającą się śmierć, stanie się przedmiotem czci, dziękczynienia. Dlatego śmierć nie jest nieodwracalnym zakończeniem, ale jakimś początkiem. Nie jest zamknięciem bilansu, ale jego społecznym otwarciem. Nie jest obumarciem, ale zasiewem pod nowe żniwo. Nie jest wejściem w mrok, ale wejściem w światło społecznego oczekiwania. To nie utrata wszystkiego, ale odnalezienie społecznego wymiaru wszystkiego, co czyniliśmy. To nie redukcja do gleby, ale awans na szafarza zapracowanych dóbr, sublimacja. To nie zatrzymanie w biegu życiowym, ale zmiana orientacji i przyspieszenie. To nie powód do pogrążenia ostatnich dni w rozpaczy, ale to szansa najpełniejszego przeżycia nadziei.
Św. Paweł Apostoł ożywia naszą nadzieję na godzinę śmierci: „Jeśli przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie. Jeżeli umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy” (Rz 6, 5. 8-9). Sam Chrystus zapewnił nas o tym: „To jest bowiem wolą Ojca mego.., aby każdy, kto spogląda na Syna i wierzy weń, miał żywot wieczny, a Ja go wskrzeszę w dzień ostateczny” (J 6, 40). Uczestnictwo w zmartwychwstaniu Chrystusa, to uczestnictwo w Jego życiu uwielbionym, w Jego zwycięstwie nad światem ciemności i głupstwa, w Jego zwycięstwie nad złem i grzechem, nad kruchością doczesnej egzystencji, przemijalnością i ograniczonością. „Gdzież jest - o śmierci - oścień twój?” (1 Kor 15, 55) - zapytujemy znów w świetle tej prawdy. Dlatego w śmierci nie gaśnie szczęście, którego człowiek przez całe życie - trochę po próżnicy - szukał, ale w pełni się realizuje. Nieśmiertelność, za którą biegł jak za zjawą senną, staje się rzeczywistością. Ale wielu ludziom trzeba tę piękną prawdę przypomnieć. Wtedy apostoł Jezusa Chrystusa staje się apostołem dobrej śmierci. Do miłości ojcowskiej Boga do umierającego dodaje swoją miłość do umierającego brata, pięknie realizując przykazanie miłości.
Są już koło niektórych z tych umierających piękni ludzie którzy im do końca z wielkim poświęceniem służą: są przy nich, prowadzą kojący dialog, łagodzą ból i cierpienie, podnoszą na duchu, a przede wszystkim pomagają im w godnym umieraniu. Tu rozwija się ruch „Hospiciów”, domów godnego umierania, domów skutecznego współczucia. Smutek dzielony we dwoje jest połową smutku, nadzieja przeżywana we dwoje jest podwójną nadzieją. Tam pomaga się ludziom „skazanym na śmierć” przezwyciężyć samotność, poczucie opuszczenie oraz nękające ich bóle przez bycie z nimi, dialog, i udzielanie paliatywnej pomocy. Tam pomaga się im pogodzić z własną śmiercią i uporządkować sprawy ostatnie przed odejściem.
Są wreszcie ludzie, którzy muszą czekać na śmierć w „przechowalniach”, w szpitalach, domach nieuleczalnie chorych. Do ich trwogi z powodu poczucie nieuchronności rychłej śmierci, i lęków przed jutrzejszą nocą, dołącza się strach przed uciążliwością dalszego, bezsensownego leczenia, czy operacji, czy naświetlań, zażywań chemikalii. Tam (często?) odarci z zewnętrznych oznak godności ludzkiej, jak złamane drzewo, jak postrzelony zwierz, umierają. Wiedzą, że są skazani na śmierć, tylko nie jest oznaczony dzień wykonania wyroku. Wtedy bywa, że zostaje powtórnie skazany - na śmierć w opuszczeniu i zapomnieniu. Jakże potrzebny im jest apostoł godnego umierania!
Przy łóżku umierającego człowieka zawsze spotkamy się osobiście z Jezusem Chrystusem i Jego Matką Maryją! Więcej! „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 34-40), powie nie tylko kiedyś, ale i dziś Chrystus.
Taki był Boży zamysł życzliwości, który powziął Pan przed stworzeniem świata, a który realizuje Syn Boży w Duchu Świętym: ukazać w miłości Bożej i ludzkiej sens i cel umierania. Nawet w śmierci najgłębiej dramatycznej największa jest miłość.
Jakkolwiek miłości nie uzależniamy od tego, czy przynosi szczęście, bo to byłoby wyrachowanie, a nie miłość, to miłość prawdziwa łączy się ze szczęściem w nierozerwalny duet. Nie mogło być inaczej i z miłością Boga ku nam. Jezus Chrystus, Syn Boży mówi również o tym szczęśliwym spełnieniu miłości wzajemnej z człowiekiem, zwłaszcza w jej eschatologicznym wymiarze.
„Głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata (...) lecz tajemnicę mądrości Bożej (...) jak zostało napisane, to, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2, 6-9).
To już jest eschatologiczny wymiar miłości Boga z ludźmi i ludzi z Bogiem: wieczne, niezmącone, niepojęte szczęście w domu Ojca niebieskiego. To nie wieczna zapłata, bo miłość jest nie do kupienia, ani zapłacenia. To jest wzajemność. Cała wielkość wzajemności i cała głębia. Żyją na zawsze z Chrystusem. Żyją w miłości i przyjaźni, którą zawiązali już tu na ziemi. Już ich nic i nikt nie może oddzielić, jak zdarzenia i ludzie oddzielają zakochanych i przyjaciół na ziemi. Nic i nikt nie może ich poróżnić. Również upływający nieubłaganie czas, odmierzający na ziemi trwanie miłości i przyjaźni, ani oddalająca przestrzeń, która wystudza miłość i gasi przyjaźń.
Ci, którzy umierają w przyjaźni z Bogiem, są na zawsze podobni do Boga. „Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni... Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty” (1 J 3, 2-3). Staniemy się do Niego podobni w poznaniu, dla którego nie będzie już granic nie do przekroczenia, nawet Boga poznawać będziemy „takim, jakim jest” (1 J 3, 2), „twarzą w twarz” (1 Kor 13, 12). Wtedy też pojmiemy istotę miłości Bożej i wielkość naszego udziału w niej. Staniemy się do Niego podobni w działaniu, które będzie wielką, radosną współpracą z Bogiem wszechmogącym. To, co było na ziemi tylko zaczątkiem, staje się pełnią. To co na ziemi było skończone, staje się nieskończone. To, co na ziemi było niedoskonałe ze swej istoty, staje się doskonałe w Panu.
„Obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi”. Rozważanie o wielkości miłości Bożej każe nam się spodziewać że będzie to jeszcze więcej, niż przeżywane na ziemi dziecięctwo -synostwo Boże.
Niebo, to doskonałe życie w miłości z Trójcą Świętą, to niepowtarzalna komunia życia i miłości z Nią, z Dziewicą Maryją, z aniołami i wszystkimi świętymi. Jest ono najpierw celem ostatecznym człowieka, i zawiera się w nim spełnienie najgłębszych jego dążeń, i jest stanem najwyższego i ostatecznego szczęścia.
'Tajemnica szczęśliwej komunii z Bogiem i tymi wszystkimi, którzy są w Chrystusie, przekracza wszelkie możliwości naszego zrozumienia i wyobrażenia. Pismo święte mówi o niej w obrazach. „I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Ap 21, 4). „Wy jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swego światła” (1 P 2, 9).
Niebo jest życiem ponad marzeniami. Szczęście w niebie przekracza zrozumienie i siły człowieka. Wypływa ono z darmo danego daru Bożego. Nam nic się nie należy, a tylko odwieczna miłość Boża ujawnia swoją hojność, a miłość Syna Bożego ofiaruje nam pełne posiadanie owoców Jego odkupienia.
Wieczne szczęście, które jest wynikiem miłości Chrystusowej ku nam osiągamy dzięki zasłudze. 'Zasługa człowieka u Boga w życiu chrześcijańskim wynika z tego, że Bóg w sposób dobrowolny postanowił włączyć człowieka w dzieło swojej łaski. Ojcowskie działanie Boga jest pierwsze dzięki Jego poruszeniu; wolne działanie człowieka jest wtórne jako jego współpraca, tak że zasługi dobrych uczynków powinny być przypisane najpierw łasce Bożej, a dopiero potem wiernemu. Zasługa człowieka powraca zatem do Boga, odkąd jego dobre uczynki mają swoje źródło w Chrystusie z natchnień i pomocy Ducha Świętego. Jest to prawo łaski, absolutne prawo miłości, które czyni nas współdziedzicami Chrystusa i godnymi otrzymania obiecanego dziedzictwa życia wiecznego. Miłość Chrystusa jest w nas źródłem wszystkich naszych zasług przed Bogiem (por. K 2008-2010).
Podobnie jak o wierze możemy powiedzieć o miłości, która prowadzi do szczęścia. Miłość jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią człowieka na inicjatywę Boga, który się objawia, jako dający szczęście. Miłość nie jest jednak aktem wyizolowanym. Nikt nie może miłować sam i sam się uszczęśliwiać, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie dał miłości przynoszącej szczęście samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia. Miłujący otrzymał miłość od innych, dlatego powinien ją przekazywać innym. Nasza miłość do Jezusa i ludzi skłania nas do mówienia innym o naszej drodze miłości do wiecznego niepojętego szczęścia. Każdy miłujący jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu miłujących i dających szczęście. Nie mogę miłować szczęśliwie, jeśli nie będzie mnie prowadziła miłość innych, a przez moją miłość przyczyniam się do powodzenia miłości innych do szczęścia (por. K 166).
Taki był Boży zamysł życzliwości, który powziął Pan przed stworzeniem świata, a który realizuje Syn Boży w Duchu Świętym.
W każdym czasie i w każdym narodzie miły jest Bogu, ktokolwiek Go miłuje i postępuje według Jego zamysłu i woli; podobało się jednak Bogu uświęcać i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkiej wzajemnej między nimi więzi, lecz uczynić z nich lud, który by Go poznawał w prawdzie miłował Go i współpracował z Nim zbożnie służąc Jego dziełu. Przeto wybrał sobie Bóg na lud naród Izraelski, z którym zawarł przymierze i który stopniowo pouczał... Wszystko to jednak wydarzyło się jako przygotowanie i jako typ owego przymierza nowego i doskonałego, które miało być zawarte w Chrystusie... Chrystus ustanowił to Nowe Przymierze, to znaczy Nowy Testament, w swojej krwi, powołując spośród Żydów i pogan lud, który nie wedle ciała, lecz dzięki Duchowi zróść się miało w jedno.
„I Chrystus umiłował Kościół = jak pisze Apostoł porównując Jego miłość do miłości oblubieńczej - i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić oczyściwszy wodą, któremu towarzyszyło słowo - aby osobiście stawić przed sobą Kościół chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5, 25-27).
Jezus Chrystus po swej odkupieńczej śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu pozostał wśród nas przez wiarę w Jego Ewangelię, przez nadzieję w Nim zakotwiczoną, a przede wszystkim przez miłość ku Niemu, która była odblaskiem tej miłości, jaką On nas od samego początku darzył. Wiara ta, doskonalona przez ewangelizację wielu pokoleń przodków, nadzieja gruntowana na wspólnej modlitwie po kościołach, w domach oraz miłość dawały chrześcijanom poczucie wspólnoty, bliskości, zażyłości z Bogiem w Chrystusie, jako przedmiotem wiary, nadziei i miłości.
Wspólnota ta była widziana i rozumiana jako owczarnią, której jedyną bramą jest Chrystus (por. J 10, 1-10); trzodą, której sam Bóg zapowiedział, że będzie jej pasterzem (por. Iz 40, 11), a której owce chociaż rządzone przez pasterzy - ludzi, są jednak nieustannie prowadzone i karmione przez samego Chrystusa, Dobrego Pasterza i Księcia pasterzy (por J 10, 11), który oddał swoje życie za owce (por. J 1
Wspólnota ta była widziana i rozumiana jako pole uprawne lub rolą Bożą (1 Kor 3, 9); na której rośnie stare drzewo oliwne, którego świętym korzeniem byli patriarchowie niż świadomie tworzoną wspólnotą osób. Rola ta jest uprawiana przez niebieskiego Rolnika jako winnica wybrana (por. Mt 21, 33-43). (K 755).
Wspólnota ta była widziana i rozumiana jako Boża budowla (1 Kor 3, 9), w której Pan stał się kamieniem węgielnym (por. Mt 21, 42), na którym Apostołowie i ich zastępcy budowali Kościół (por. 1 Kor 3, 11); Ta budowla coraz bardziej staje się domem Boga i naszym, w którym mieszkamy jako rodzina Boża; staje się przybytkiem Boga z nami, z ludźmi (Ap 21, 3).
Kościół - Lud Boży zdecydowanie odróżnia się od innych ugrupowań religijnych, etnicznych, politycznych czy kulturowych w historii. Jest on Ludem Bożym: Bóg nie jest własnością żadnego narodu i nie może być zawłaszczony. To On z wielkiej miłości swojej nabył dla siebie lud tych, którzy kiedyś nie byli ludem: „wybrane plemię, królewskie kapłaństwo, naród święty (1 P 2, 9). On jest pierwszym i ostatnim.
Członkiem tego Ludu staje się człowiek nie przez narodzenie fizyczne, ale przez „narodzenie z wysoka, z wody i z Ducha” (J 3, 3-5), to znaczy przez wiarę w Chrystusa i chrzest i przez miłość do Chrystusa. Bóg nie jest nam nic winien, ale każdemu, który z Niego narodził chce okazać miłość, chce nieść wszelką pomoc i wziąć odpowiedzialność za jego zbawienie. Udziałem tego Ludu jest godność i wolność synów Bożych, w których sercach Duch Święty mieszka jak w świątyni i rozpala ogień miłości. Zwierzchnikiem (Głową) tego Ludu jest Jezus Chrystus (namaszczony przez Ducha św.).
Konstytucja, którą rządzi się wspólnota Ludu Bożego jako swoim naczelnym prawem jest nowe przykazanie miłości, tak jak umiłował nas sam Chrystus (por. J 13, 34).
„Jest posłany, aby być solą ziemi i światłem świata” (por. Mt 5, 13-16). Jego celem jest Królestwo Boże, zapoczątkowane na ziemi przez samego Boga, mające rozszerzać się coraz dalej, aż na końcu wieków dopełnione zostanie również przez Boga.
Chrystus przez miłość do Kościoła ujmowany jest obrazowo jako Oblubieniec miłujący swoją Oblubienicę. Przez to określenie wyrażane odniesienie osobowe w tej miłości. Miłość ta realizuje zamysł Boży: „Wszystko.... zjednoczyć w Chrystusie” (Ef 1, 10). Chodzi najpierw o komunia ludzi z Bogiem w Kościele przez miłość, która „nigdy nie ustaje”, w której Oblubienica odpowiada darem miłości na dar Oblubieńca”.
Wierzący, którzy odpowiadają na Słowo Boże i stają się członkami Ciała Chrystusa, zostają ściśle zjednoczeni z Chrystusem: „W Ciele tym – stwierdza Sobór Watykański II - życie Chrystusowe rozlewa się na wierzących, którzy przez sakramenty jednoczą się w sposób tajemny i rzeczywisty z umęczonym i uwielbionym Chrystusem”. Jest to szczególnie prawdziwe w odniesieniu do chrztu, przez który jednoczymy się ze Śmiercią i Zmartwychwstaniem Chrystusa, oraz do Eucharystii, przez którą „uczestnicząc w sposób rzeczywisty w Ciele Pańskim, wznosimy się do wspólnoty z Nim i nawzajem ze sobą” (K 790).
Jedność ciała, jakim jest Kościół, nie eliminuje różnorodności członków. „W budowaniu Ciała Chrystusa stwierdza Sobór Watykański II - bierze udział różnorodność członków i funkcji. Jeden jest Duch, który na pożytek Kościoła rozdziela różne swoje dary na miarę swych bogactw i potrzeb posługiwania”. Jedność Ciała Mistycznego rodzi i pobudza wśród wiernych miłość: „Stąd, jeśli jeden członek cierpi, wespół z nim cierpią wszystkie członki; a jeśli jeden członek czci doznaje, wszystkie członki wespół z nim się radują”. Jedność Ciała Mistycznego przezwycięża w końcu wszystkie podziały: „Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 27-28) (791).
Duch Święty jest „Zasadą wszystkich żywotnych i rzeczywiście zbawczych działań w poszczególnych częściach Ciała”. Na różne sposoby buduje On, całe Ciało w miłości: przez słowo Boże, które jest „władne zbudować” (Dz 20, 32); przez chrzest, przez który formuje Ciało Chrystusa; przez sakramenty, które dają wzrost i uzdrowienie członkom Chrystusa; przez „łaskę daną Apostołom, która zajmuje pierwsze miejsce wśród Jego darów”; przez cnoty, które pozwalają działać zgodnie z dobrem, a wreszcie przez wiele łask nadzwyczajnych (nazywanych „charyzmatami”), przez które czyni wiernych „zdatnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą pożyteczną rozbudowę Kościoła” (K 798).
Tej miłości trudno człowiekowi doświadczyć. Z godnego zachowania się, pełnego miłości wielu członków Kościoła, wnioskujemy o miłości Twórcy tego Organizmu. A często tak bywa, że mówiąc miłości Boga – tak, ciśnie nam się na usta nie - dla Kościoła. Bo wielu nie dostrzegając wielkiego dobra w Kościele, nie mogą dostrzec miłości w obdarzeniu nim przez Syna Bożego.
Taki był zamysł życzliwości, który Bóg-Ojciec powziął przed stworzeniem świata. Z miłości przeznaczył nas dla siebie, jako swój Lud, którego głową uczynił Syna swego Jednorodzonego, a nas wszystkich członkami Jego Ciała, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym (Ef 1, 4-6).
Miłość Boża, którą otrzymaliśmy i przeżywamy pomaga głębiej poznać Boga. Poznać przez miłość. „Miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje nie zna Boga, Bóg jest miłością” (1 J 4, 7-8). Następnie Św. Jan Apostoł dopełnia swe rozważanie: „Kto trwa w miłości, trwa w Bogu , a Bóg trwa w nim” (1 J 4,16). Stąd troska i życzenie wobec chrześcijan w Koryncie i w Laodycei, „aby ich serca doznały pokrzepienia, aby zostali w miłości pouczeni, ku [osiągnięciu] całego bogactwa pełni zrozumienia, ku głębszemu poznaniu tajemnicy Boga - [to jest] Chrystusa. W Nim wszystkie skarby mądrości i wiedzy są ukryte” (Kol 2, 2-3). W liście do Efezjan przybliża nam rozumienie głębszego poznania tajemnicy Boga, kiedy pisze o swej modlitwie za nich: „[Proszę w nich], aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. [Niech da] wam światłe oczy serca tak, byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących - na podstawie działania Jego potęgi i siły” (Ef 1, 17-19). W historii da się zauważyć świętych wielkiej miłości ku Bogu, którzy w sposób szczególny zasmakowali głębszego poznania Boga przez miłość, swoistego zwierzenia się Boga człowiekowi.
Bóg w darze miłości, lub razem z nim daje nam pomoc w wierze. Miłość ożywia wiarę. Św. Paweł wyznaje swym przyjaciołom w Efezie że modli się za nich: „Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach, abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani wraz ze wszystkim świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą” (Ef 3, 17-19).
Miłość jeszcze inaczej pomaga wierze; kiedy ta szuka uzasadnienia rozumowego. A każdy inaczej pojmuje to uzasadnienie rozumowe. inną ma strukturę "własną" dochodzenia do prawdy i dobra. Dopiero miłość, a nawet zaczątek miłości do Boga - z miłością dzielącego się swoją Mądrością i Dobrem - broni go przed własnymi i cudzymi złudzeniami zmysłów, broni przed zauroczeniem cudzym kłamstwem, czy samozakłamaniem, pozwala przezwyciężyć własny czy cudzy przesąd, uprzedzenie.
Bóg w darze miłości, lub razem z nim daje nam pomoc w nadziei. A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 5). Niezwodność nadziei, ugruntowana w miłości Bożej, nie tylko odnosi się do jej wymiaru eschatologicznego, wiecznego szczęścia, które będzie wieczystą miłością i przyjaźnią z Bogiem i z ludźmi w Bogu, ale i do jej doczesnych realizacji, do szczęścia ziemskiego - zadatku szczęścia wiecznego. W swoim liście Jan Apostoł ukazuje nam, jak miłość Boża doskonali naszą nadzieję szczęścia wiecznego: „Przez to miłość osiąga kres doskonałości, że mamy pełną ufność na dzień sądu, ponieważ tak, jak On jest [w niebie], i my jesteśmy na tym świecie. W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka nie wydoskonali się w miłości” (1 J 4, 17-18). Miłość oczyszcza nasze oczekiwanie szczęścia wiecznego z niewolniczej bojaźni, z irracjonalnych lęków, łagodzi strach przed karą, rodzi spokój oczekiwania, daje radość pewności spełnienia.
Jeszcze inną pomoc daje miłość do Boga naszej nadziei, a mianowicie broni nas przed swoistą alienacją, wyobcowaniem z ziemi na rzecz wieczności, ku której ostatecznie zwraca nas nadzieja. To nie dopiero w wieczności przeżywać będziemy uszczęśliwiającą miłość, ale już niejako w drodze, kiedy poprzez przyjazne współżycie i współpracę z Bogiem, tu i teraz przeżywamy „małe szczęście”.
Bóg w darze miłości, lub razem z nim pomnaża w nas wrażliwość moralną. Delikatność sumienia. Wszak Bóg, który nas miłuje jest gospodarzem naszego sumienia. On jest miarą jego prawości. Stąd modlitwa św. Pawła za Filipian: „Modlę się o to, by miłość wasza doskonaliła się coraz bardziej i bardziej w głębszym poznaniu i wszelkim wyczuciu dla oceny tego, co lepsze, abyście byli czyści i bez zarzutu na dzień Chrystusa, napełnieni plonem sprawiedliwości, [nabytym] przez Chrystusa ku chwale i czci Boga” (Flp 1, 9-11). Im większe będą nasze postępy w doskonaleniu miłości, tym większe będzie wyczucie dla oceny tego, co lepsze.
Bóg w darze miłości, lub razem z nim pomnaża w nas gorliwość religijną. „Miłość Chrystusa przynagla nas” (2 Kor 5, 14)... pisze św. Paweł, a w kontekście pisze o stawaniu się nowym stworzeniem, posłudze jednania międzyludzkie-go. Tu możemy dopisać wiele, albo i wszystkie czyny dobroci, a przede wszystkim gorliwość o chwałę Bożą. Wszak do Chrystusa odniesiono proroctwo mesjańskie: „Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie” (J 2, 17), gdy powodowany miłością do Ojca oczyszczał świątynię z przekupniów.
Bóg w darze miłości, lub razem z nim pomnaża w nas zdolność do składania z siebie ofiary, i to nie tylko dla Niego, ale ze względu na Niego - dla bliźnich. „Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala. On to zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż, nie bacząc na [jego] hańbę” (Hbr 12, 2). Obdarzając nas swoją miłością może oczekiwać od nas, że będziemy czynić dobrze „niczego się za to nie spodziewając” (Łk 6, 35). Bezinteresownie, bo „miłość... nie szuka swego, nawet poklasku” (1 Kor, 13, 5). Paweł Apostoł oskarżając o spory i pozywanie się do sądu wiernych w Koryncie zapytuje ich w imię miłości Bożej: „Czemuż nie znosicie raczej niesprawiedliwości? Czemuż nie ponosicie raczej szkody” (1 Kor 6, 7)? Sam Jezus Chrystus w swej hojności, ale i w radykalizmie miłości mówił: „Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi!” (Mt 6, 39).
Bóg w darze miłości, lub razem z nim pomnaża w nas wielkoduszność. Więź miłości i przyjaźni z Chrystusem, i to Ukrzyżowanym, daje nam moc do dorastania ku wielkoduszności. W imię tej więzi sam Chrystus w wyrazistej metaforze domaga się: „Jeśli twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie... Jeśli twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie” (Mt 5, 29-30). W imię tej więzi miłości Chrystus mówił uczniom: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien” (Mt 19, 38). W imię tej więzi miłości św. Paweł prosi Kolosan: „Zadajcie śmierć temu, co jest przyziemne w [waszych] członkach: rozpuście, nieczystości, lubieżności, złej żądzy i chciwości, bo ona jest bałwochwalstwem” (Kol 3, 5), [czyli jest przeciwieństwem miłości Boga].
W poszukiwaniu twórczego przeobrażania życia przez miłość do Chrystusa odwoływaliśmy się do listów św. Pawła Apostoła. W nich też jest ukazana sylwetka samego Autora przeobrażonego przez miłość do Chrystusa. „Ja dla Prawa umarłem przez Prawo, aby żyć dla Boga; razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. Teraz zaś, już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2, 19-20). Ten sam list kończy słowami: „Co do mnie, nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata” (Ga 6, 14). Kiedy zagrażało mu więzienie powiedział wobec użalających się nad nim braci: „Ja gotów jestem nie tylko na więzienie, ale i na śmierć w Jerozolimie dla imienia Pana Jezusa” (Dz 21, 13).
Taki był Boży zamysł życzliwości, który powziął przed stworzeniem świata. Z miłości obdarzył nas niewidzialnymi a błogosławionymi owocami swej miłości przez Jezusa Chrystusa według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym (Ef 1, 4-6).
Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję. Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech one ci będą ozdobą przed oczami. Wypisz je na odrzwiach twego domu” (Pwt 6, 5-9).
Taki też program życia podjęliśmy od momentu zanurzenia w życiu, w śmierci i w zmartwychwstaniu Chrystusa przez chrzest. Czy dziś „już”, lub „jeszcze” miłujemy Go z całego serca? Z całej duszy? Ze wszystkich sił? Do kresu „serca”? Do pełni „duszy”? Do wyczerpania „sił”? Taki jest też cel życiowy mamy do osiągnięcia na dzień ostatni. Nie z myślą o nagrodzie. Nie z bojaźni przed karą. Nie tyle ze względu na przykazanie, ale z miłości, której całym naszym sercem pragniemy, oczekujemy, usiłujemy zyskać i zachować oraz doskonalić.
Tu znów wraca pytanie Chrystusowe zwrócone do Piotra Apostoła: „Czy miłujesz Mnie więcej..”. W ogóle coraz więcej. A następnie „więcej niż ci...” co są wokoło ciebie w świecie?
Tej miłości winniśmy się uczyć od Boga, od Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, oraz Ducha Świętego. Pisze o tym pięknie św. Paweł Apostoł do przyjaciół w Efezie: „Zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi, aby według bogactwa swej chwały sprawił w nas przez Ducha swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka. Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach; abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście napełnieni zostali całą Pełnią Bożą” (Ef 3, 14-19).
Jezus w czasie swego ziemskiego życia, swojej
agonii i swojej męki poznał i umiłował nas wszystkich i każdego z osobna oraz
wydał się za każdego z nas. To oznacza miłość jego symbolizowaną przez Serce
Jego. Nasze czytanie mówi o zamieszkaniu tak miłującego Jezusa w naszych
sercach. Stąd wynika, jako istotny warunek posiadania miłości, trwania w niej i
doskonalenie jej życie według Serca Bożego. Jak On nas poznał i umiłował, tak i
my musimy Go poznać, by umiłować. Poznać Jego Boży „wymiar”: „Szerokość,
Długość, Wysokość i Głębokość” na własną miarę i możliwości, by „pokochać całym
sercem”. I znów miłość Boża ujawnia swą serdeczność, bo przygotowuje serce
ludzkie do takiej miłości. Daje światłe „oczy”.
Treść Prawa wypisuje w naszych sercach (wg Rz 2, 15). Oczyszcza serca nasze
przez wiarę i ku wierze (wg Dz 15, 9). Czyni je pokornymi wobec prawdy i dobra
na wzór swego serca (wg Mt 11, 29). Czyni nasze serca prawymi (wg Hbr 10, 12).
Czyni nas w prostocie serca posłusznymi prawdzie i dobru (wg Ef 6, 5). Uczy brać
do serca i pytać (wg Łk 1, 66). Rozważać - jak Maryja - Jego Słowa w sercu swoim
(wg Łk 2, 19). Pomaga wierzyć z całego serca (wg Dz 8, 37). Sprawia, że serce
nam pała - jak uczniom Jego w drodze do Emaus - gdy mówił do nich (wg Łk 24,
32). Rozszerza serca nasze (wg 2 Kor 6, 11), czyli cały świat uczuć naszych.
Powściąga serca (wg Jk 1, 26), od uczuć dalekich od Boga. Umacnia serca nasze
(wg Jk 5, 8). Uświęca serca nasze (wg Jk 4, 8). Skierowuje nasze serca ku
miłości Bożej (wg 2 Tes 3, 5). Rozlewa miłość Boga w sercach naszych (wg Rz 5,
5). Pokrzepia nasze serca (wg Kol 2, 2). Czyni je czystymi (wg Flm 0, 20).
Wreszcie, wszczepia w nasze serca troskę o bliźnich (wg 2 Kor 8, 16). Dlatego
kult Najświętszego Serca Pana Jezusa jest tak droga naszym sercom. 'Oto dzisiaj
każdy z nas oddaje się dobrowolnie Najświętszemu Sercu Twemu, aby jeszcze
bardziej zjednoczyć się z Tobą. Pociągnij nas wszystkich do świętego Serca
Twego'.
Podobnie jak o wierze możemy powiedzieć o sercu miłującym. Miłość jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią serca człowieka na inicjatywę Boga, który się objawia. Miłość nie jest jednak aktem wyizolowanym. Nikt nie może mieć miłującego serca sam, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie daje miłującego serca samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia. Miłujący otrzymał miłujące serce od Boga, od innych, dlatego powinien go przekazywać Bogu, innym. Nasza miłość do Jezusa i ludzi skłania nas do mówienia innym o naszym miłującym sercu Boga i innych. Każdy miłujące serce jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu serc miłujących. Nie mogę miłować, jeśli nie będzie mnie prowadziło miłujące serce innych, a przez moje serce przyczyniam się do kształtowania serc innych (por. K 166).
Taki był Boży zamysł życzliwości, który powziął przed stworzeniem świata. Z miłości przeznaczył nas dla siebie, jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym (Ef 1, 4-6).
„Bóg jest miłością” (1 J 4, 8) i miłość jest pierwszym darem, zawierającym wszystkie inne. Ta miłość „rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 5) (K 733).
Już Paweł Apostoł doświadczając grzesznych waśni wśród braci w Koryncie wskazywał na Ducha Świętego, który przywraca w społeczności wierzących jedność, przywracając utracone przez grzech podobieństwo Boże. „Bracia, dążcie do doskonałości, pokrzepiajcie się na duchu, jedno myślcie, pokój zachowujcie, a Bóg miłości i pokoju niech będzie z wami... Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi” (2 Kor 13, 11-13)
Duch Święty udziela zadatku, czyli pierwocin naszego dziedzictwa. Pisze o tym Paweł Apostoł: „My sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha cała istotą swoją wzdychamy oczekując [przybrania za synów] - odkupienia naszego ciała” (Rz 8, 23); „Tym, który umacnia nas wespół z wami w Chrystusie... jest Bóg. On też wycisnął na nas pieczęć i zostawił zadatek Ducha w sercach naszych” (2 Kor 1, 21-22); Tym zadatkiem i pierwocinami jest samo życie Trójcy Świętej, zdolność miłowania, jak „On nas umiłował” (por. 1 J 4, 11-12). Ta miłość (opisana w 1 Kor 13) jest zasadą nowego życia w Chrystusie, które stało się możliwe, ponieważ otrzymaliśmy „Jego moc” (Dz 1, 8), moc Ducha Świętego. Dzięki tej mocy Ducha dzieci Boże mogą przynosić owoc. Ten, który zaszczepił nas na prawdziwym Krzewie winnym, sprawi, że będziemy przynosić owoc Ducha, którym jest: „miłość, wesele, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wspaniałomyślność, łaskawość, wierność, skromność, wstrzemięźliwość, czystość” (Ga 5, 22-23). „Duch jest naszym życiem”, gdy pozwala iść za Chrystusem i „zaprze samego siebie, weźmie krzyż swój i naśladuje Go” (por. Mt 16, 24) tym bardziej „stosujemy się do Ducha” (Ga 5, 25). Św. Bazyli Wielki pisał: Jeśli jesteśmy w komunii z Duchem Świętym, to On daje nam powrót do raju, otwiera nam bramy nieba i czyni nas przybranymi dziećmi Bożymi. Dzięki Niemu możemy z ufnością nazywać Boga naszym Ojcem. On daje nam uczestnictwo w łasce Chrystusa i sprawia, że stajemy się synami światłości. On również jest zadatkiem przyszłej chwały (por. K 735-736).
Dla uważnego czytelnika Pisma św. Duch Święty towarzyszy i wspomaga człowieka we wielu poczynaniach, które prowadzą do miłości Boga, albo tejże miłości bronią. Zachęca lub wzbrania głoszenia Ewangelii; wysyła i uczy, „co mają powiedzieć w tej właśnie godzinie” i sam w nich mówi. Jest Pocieszycielem. Strzeże prawego sumienia. Bogaci w nadzieję. Wspomaga w służbie Bogu, w przyjmowaniu Słowa Bożego z radością, w strzeżeniu depozytu wiary, w odnawianiu życia duchowego, w modlitwie, w słabości, w przystępie do Ojca, we wzmocnieniu sił, w całym dziele uświęcenia człowieka, którego jest głównym Autorem.
,W życiu chrześcijańskim sam Duch Święty wypełnia swoje dzieło, pobudzając całość bytu człowieka, wraz z jego cierpieniami, obawami, smutkami, jak to jawi się w agonii i męce Pana. W Chrystusie uczucia ludzkie mogą otrzymać swoje spełnienie w miłości i Boskim szczęściu' (K 1769).
Cnoty wiary, nadziei i miłości, są wszczepione przez Boga w dusze wiernych, by uzdolnić ich do działania jako dzieci Boże i do zasługiwania na życie wieczne. Stanowią one rękojmię obecności i działania Ducha Świętego we władzach człowieka.
Miłość - owoc Ducha i pełnia Prawa - strzeże przykazań Boga i Chrystusa: „Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej” (J 15, 9-10) (K 1824).
Życie moralne chrześcijan jest podtrzymywane przez dary Ducha Świętego. Są one trwałymi dyspozycjami, które czynią człowieka uległym, by iść za poruszeniami Ducha Świętego.
Siedmioma darami Ducha Świętego są: mądrość, rozum, rada, męstwo, umiejętność, pobożność i bojaźń Boża. Chrystus, Syn Dawida, posiada je w całej pełni (por. Iz 11, 1-2). Dopełniają one i udoskonalają cnoty tych, którzy je otrzymują. Czynią wiernych uległymi do ochotnego posłuszeństwa wobec natchnień Bożych. „Wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi... dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa” (Rz 8, 14. 17). (K 1830-1831).
Niektóre dary Ducha Świętego nazywane są również charyzmatami, zgodnie z greckim pojęciem użytym przez św. Pawła, które oznacza przychylność, darmowy dar, dobrodziejstwo. Niezależnie od ich charakteru, niekiedy nadzwyczajnego, jak dar czynienia cudów czy dar języków, charyzmaty są ukierunkowane na łaskę uświęcającą i mają na celu dobro wspólne Kościoła. Pozostają one w służbie miłości która buduje Kościół. „Nie chciałbym, bracia, byście nie wiedzieli o darach duchowych... Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich. Jednemu dany jest przez Ducha dar mądrości słowa, drugiemu umiejętności poznawania według tego samego Ducha, innemu jeszcze dar wiary w tymże Duchu, innemu łaska uzdrawiania w jednym Duchu, innemu dar czynienia cudów, innemu proroctwo, innemu rozpoznawanie duchów, innemu dar języków i wreszcie innemu dar tłumaczenia języków. Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch, udzielając każdemu tak, jak chce” (1 Kor 12, 1.4-11).
Poznałem współczesnych charyzmatyków miłości do Boga, a ze względu na Boga do innych ludzi, zwłaszcza bezradnych i bezsilnych. Jak oni odczytywali i realizowali fragmentu listu Świętego Pawła Apostoła? Najczęściej sami dotknięci cierpieniem, kalectwem, biedą, faktyczną bezdomnością, chcieli i umieli przestąpić bariery własnego ograniczenia, aby innym dziwnie skutecznie pomagać. Natrafiałem na ślady dziwnej mądrości w rozpoznawaniu istoty biedy, cierpienia, okaleczenia osoby i dobieraniu właściwych środków podnoszących, leczących, zapobiegających tym ich biedom oraz przywracania ich społeczeństwu. Natrafiałem na ślady zaskakującej umiejętności poznawania właściwego klucza do wnętrza drugiego, potrzebującego człowieka, aby on sam, niejako od środka rozpoczął rehabilitację. Powrót do normalności, odnalezienie chęci do życia, pracy, doskonalenia się. Natrafiałem na tak wielki dar wiary, nie tylko w Boga, ale i w człowieka, który wielokrotnie charyzmatyka zawodził, o którym całe otoczenie mówiło, że jest ostatecznie przegranym, bo spadał bez dna, jak pisał Poeta Tadeusz Różewicz w Spadaniu, a jednak nie poniechał ich, nie utracił wiary także w nich, że mogą wrócić na prawe ścieżki życia, że odzyskać mogą pełną godność ludzką, że mogą znaleźć zgodę z sobą samym, ze społeczeństwem, czasem również z Bogiem. Czasem ocierałem się o dar czynienia cudów, jak to miało miejsce z charyzmatykami jadącymi do krwawiącej wojną i okrucieństwem Bośni i Hercegowiny w dawnej Jugosławii. Nic sami nie mieli, prócz charyzmy, a prowadzili całe kolumny samochodów z żywnością, lekarstwami, odzieżą do tych opuszczonych przez polityków całego świata ludzi. Spotkałem też charyzmatyków z darem uzdrawiania chorych, którym brakło zasadniczego leku, ludzkiego serca na dłoni, ludzkiego pochylenia się nad nimi, aby chcieli i wrócili do zdrowia. A jeśli nie było już dla nich powrotu do zdrowia, aby z godnością i pogodą ducha szli na drugi brzeg. Sam wielekroć szukałem charyzmatyków z darem języków, to znaczy znajdywania przekonujących argumentów i motywów dla ludzkiej przemiany, odnowy, podniesienia się. Tak można by odnajdywać jeszcze inne charyzmaty, nadawać im inne imiona, których nie ma w kontekście posługi drugiemu człowiekowi w Piśmie, ale codzień zapisuje je życie chrześcijańskie. Jedno jest im wspólne: Swoją posługę dla ludzi czynią w sposób twórczy, bo wobec człowieka, zwłaszcza nieszczęśliwego, wszelkie szablony zawodzą, wszelkie stereotypy zachowań bywają odrzucane. Ta miłość charyzmatyczna „nigdy nie ustaje. Wszystko przetrzyma. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję” (1 Kor 13,7-8).
Miłować kogoś, to żyć dla osoby umiłowanej. Takie jest powszechne rozumienie i odczuwanie tej głębokiej więzi międzyludzkiej. Tak też rozumie i odczuwa naszą miłość do Boga w Jego Synu Jezusie Chrystusie św. Paweł Apostoł: „Miłość Chrystusa przynagla nas, pomnych na to, że... Jeden umarł za wszystkich. A właśnie za wszystkich umarł [Chrystus] po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który dla nich umarł i zmartwychwstał... Jeśli więc pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To co dawne, minęło, a oto [wszystko] stało się nowe” (2 Kor 5, 14-17). Słowa: „Miłość Chrystusa” mogą oznaczać zarówno miłość, którą Chrystus nam okazuje w śmierci podjętej za nas, jak i to, co my sami przeżywamy, jako miłość do Niego. Ta miłość przynagla nas do życia dla Chrystusa i dla tego Jego celu, dla którego On oddał życie i zmartwychwstał. Autor mówiąc w tym kontekście, że „to co dawne, minęło, a oto [wszystko] stało się nowe” - życie dla Chrystusa - trzeba najpierw rozumieć jako nieustanne ponawianie odwracania się od zła, od grzechu, jako od sprzeniewierzenia się Bogu, zdrady miłości Jego, a nawracanie się ku nowemu życiu w Chrystusie, ku nowym narodzinom, ku przyoblekaniu się w Chrystusa. Jak Chrystus oddał dla uwolnienia nas od grzechów wszystko, aż do oddania życia w śmierci na krzyżu, tak i my żyjąc dla Niego, winniśmy oddać wszystko w trudzie pokonania grzechu, który niszczy naszą miłość ku Niemu. Jak On nie zatrzymał się na progu największego poświęcenia i ofiary, tak my żyjąc dla Niego nie możemy stawiać takich progów przed zachowaniem miłości ku Niemu. To jest warunek wstępny życia dla Chrystusa, ale i znak miłości ku Niemu.
Kiedy Chrystus w czasie posiłku u jednego z faryzeuszów odpuścił grzechy kobiecie, która prowadziła w mieście życie grzeszna, tłumaczył: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała” (Łk 7, 47). Kobieta, której „odpuszczone zostały jej liczne grzechy” okazała miłość swą wobec Mistrza łzami oblała Jego stopy i swymi włosami je otarła; nie przestała całować nóg Jego (Łk 7, 44-46). My, którym „odpuszczone są liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowaliśmy” okażemy naszą miłość, gdy uczynimy wszystko, albo prawie wszystko, aby nie żyć dla grzechu, ale dla Boga.
Przezwyciężanie grzeszności ludzkiej, która jest zasadniczą zawadą i sprzeciwem miłości Boga jest trudem i znojem ofiarowanym Umiłowanemu. Pisał pięknie o tym przezwyciężaniu św. Paweł Apostoł: „Każdy, który staje do zapasów, wszystkiego sobie odmawia; oni, aby zdobyć przemijającą nagrodę, my zaś nieprzemijającą.. poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę” (1 Kor 9, 25.27). Wszystko po to, aby żyjąc dla Boga, osiągnąć pełnię życia z Bogiem i w Bogu. „Przez wiele ucisków trzeba nam wejść do Królestwa Bożego” (Dz 14, 22), do Królestwa miłości i pokoju.
„[Chrystus] umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Jezusie Chrystusie” (Rz 6 10-11). Co znaczy żyć dla Boga? Małą wskazówką dla nas będzie uwaga św. Pawła udzielona Koryntianom: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31). Do Boga intencjonalnie zwracajcie, jako właściwego adresata. Jemu ofiarujcie, jako ofiarę duchową. Jego uczcijcie w każdym swoim czynie, jako stworzeni na Jego obraz i podobieństwo.
Drugą wskazówkę, jak miłować Boga w osobie Jezusa Chrystusa i żyć dla Niego znajdujemy w tym samym liście Pawła: „Pełnijcie służbę Panu”! (Rz 12, 11). Bo i On przyszedł z miłości do nas, aby służyć. Służmy Panu myślą, słowem, czynem. Apostolstwem i pracą. Nauką i wiarą. Przede wszystkim tym, kim jesteśmy, niż tym co posiadamy.
Trzecią wskazówką, jak miłować Boga w osobie Syna Bożego jest fakt, że ochrzczony „nie należy już do samego siebie” (1 Kor 6, 19), ale do Tego, który „za nas umarł i zmartwychwstał’. Należeć do Chrystusa i żyć dla Chrystusa oznacza również należeć do Jego Ciała, i żyć dla Jego Ciała, którym jest Kościół. I tu otwiera się szeroka brama dla wielorakiego okazywania miłości do Tego, który jest Głową tego Ciała-Kościoła. A ten Kościół widzimy tuż tuż, dotykamy go niemal na codzień, jesteśmy w nim, a nie obok niego, jesteśmy z nim „po imieniu”, po ludzku i po sąsiedzku zżyci. Jak Chrystus, który jest tym Kościołem nie zatrzymał się na progu największego poświęcenia i ofiary dla nas, jako całej wspólnoty wierzących-Kościoła tak i my żyjąc dla tejże wspólnoty, ze względu na Tego, który jest jej Głową, też takich granic stanowić nie możemy.
Wreszcie pewna niespodzianka: „nie należymy już do samych siebie” (1 Kor 6, 19), ale do Tego, który „za nas umarł i zmartwychwstał”, trzeba brać całościowo - z duszą i ciałem. Przeto i żyć dla Chrystusa można nie tylko duszą, ale i ciałem. Bo i dusza i ciało są tworem miłości Bożej i przez miłość Bożą zmierzają do wiecznej chwały w niebie i wiecznego szczęścia.
Myśl o należeniu do Boga i życiu dla niego ujął najbardziej zasadniczo, egzystencjalnie autor Listu do Rzymian: „Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie; jeśli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14, 7-8). Ale też taki był zamysł życzliwości Bożej od samego początku. Takie też były tęsknoty ludzkie i aspiracje.
Przejawem nasze miłości ku Bogu w osobie Jezusa Chrystusa, jest podjęcie na serio i dołożenie wszelkich starań, aby uzyskać świętość i doskonałość życia. „W Nim bowiem wybrał nas [Bóg] przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym” (Ef 4, 4-6). Taki był zamysł Boga Ojca i takie Jego przeznaczenie: „abyśmy byli święci i nieskalani... przez Jezusa Chrystusa”. Tu nikt nie może się przyznać do miłości Chrystusa, dopóki świętości i moralnej nieskalaności życia nie uzna za własne powołanie, przeznaczenie i zadanie życiowe.
W poszukiwaniu znamion prawdziwej miłości do Chrystusa sięgamy po fragmenty zapisu św. Pawła Apostoła: „Miłość niech będzie bez obłudy! Miejcie wtręt do złego, podążajcie za dobrem... Nie opuszczajcie się w gorliwości! Bądźcie płomiennego ducha! Pełnijcie służbę Panu! Weselcie się nadzieją. W ucisku bądźcie cierpliwi, w modlitwie – wytrwali” (Rz 12, 9-13). Jako obłudę określa się nieszczerość w postępowaniu, dwulicowość, udawanie. Obłudną miłość określa się jako „palenie Panu Bogu świeczki, a diabłu – ogarka”. Jako „modlenie się pod figurą, a posiadanie diabła za skórą”. To takie oblicze duchowe: „ni marksista, ni katolik, za to cały alkoholik”. To człowiek z maską katolika na twarzy. To taki człowiek-kameleon, który zmienia barwę skóry, by się przystosować do otoczenia. Ale jest to określenie kontrastowe, z które wyłania się zasadniczy kontur miłości.
Umiłowani okazują sobie miłości przez wzajemne upodobnienie. Naśladowaniu z miłości osoby Jezusa Chrystusa, Syna Bożego w Jego ziemskim życiu i Boskich postawach św. Paweł nadał piękną nazwę-imię: przyoblekania się w Chrystusa.
„Wszyscy dzięki wierze jesteście synami Bożymi - w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa” (Ga 3, 26-27).
Przyobleczenie się w Chrystusa, o którym mówi Paweł Apostoł to nie tylko wcielanie w życie Jego cech ziemskiego charakteru - choć i to zajmuje ważne miejsce - ale podejmowanie, kontynuowanie tego wszystkiego co było istotne w misji zbawczej osoby Jezusa Chrystusa, dla czego On stał się człowiekiem i podjął misję odkupieńczą wszystkich ludzi. 'Wszystko, co Chrystus przeżył, czynił po to, abyśmy mogli przeżywać to w Nim i aby On przeżywał to w nas. 'Przez wcielenie swoje Syn Boży zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem'. Jesteśmy powołani do tego, by stawać się coraz bardziej jedno z Nim. Jako członkom swego Ciała daje On nam udział w tym, co przeżył w ludzkim ciele dla nas i jako wzór: Powinniśmy przedłużać i dopełniać w sobie zbawcze dzieło Chrystusa (K 321).
Ale jest i drugie znaczenie przyobleczenia się w Chrystusa - naśladowanie Go w swoim postępowaniu. To coś więcej, niż życie według Jego wskazań; to patrzenie na Jego życie jako wzór naszego życia, aby twórczo Go naśladować.
'Chrystus w całym swoim życiu ukazuje się jako nasz wzór: jest człowiekiem doskonałym, który zaprasza nas, abyśmy się stali Jego uczniami i szli za Nim. Przez swoje uniżenie dał nam wzór do naśladowania, przez swoją modlitwę pociąga do modlitwy, przez swoje ubóstwo wzywa do dobrowolnego przyjęcia ogołocenia i prześladowań' (K 320).
Szczególnie 'Jezus powołuje swoich uczniów do „wzięcia swojego krzyża i naśladowania Go” (wg Mt 16, 24), ponieważ cierpiał za wszystkich i zostawił nam wzór, „abyśmy szli jego śladami” (1 P 2, 21). Chce On włączyć do swojej ofiary odkupieńczej tych, którzy pierwsi z niej skorzystają” (K 618).
Św. Paweł Apostoł daje obszerny obraz obleczenia się w Chrystusa: „Jako więc wybrańcy Boży ‑ święci i umiłowani ‑ obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni! Słowo Chrystusa niech w was przebywa z [całym swym] bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach. I wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko [czyńcie] w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego” (Kol 3, 12-17). Oto i program naszego przyoblekania się w Chrystusa z miłości ku Niemu!
Szukając odpowiedzi, jak ma być nasza miłość do Boga w osobie Jezusa Chrystusa, wracamy do hymnu o miłości: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy (1 Kor 13, 4-8).
Ten hymn o miłości doskonale rozumiemy w odniesieniu do miłości międzyludzkiej. Ale w odniesieniu do osoby Syna Bożego Jezusa Chrystusa? Do Boga samego?
Przeanalizujmy te ogólne określenia miłości prawdziwej w odniesieniu do miłości Chrystusa: „Miłość cierpliwa jest” - gdy nie możemy zrozumieć Jego prawdy, lub nakazu moralnego. „Miłość łaskawa jest”, czyli wspaniałomyślna i wielkoduszna w posłuszeństwie wiary i wypełnianiu woli Jego. „Miłość nie zazdrości”, wszak jako dziecko Boże we wszystkim, co Boże, uczestniczy, również w Jego chwale. „Miłość nie szuka poklasku”, nie zawłaszcza go, ale odnosi do Umiłowanego. „Miłość nie unosi się pychą” prokuratora czy sędziego wobec Umiłowanego Mistrza, ale zajmuje postawę ucznia. „Miłość nie szuka swego” - ale tego, na co oczekuje Umiłowany. „Miłość nie unosi się gniewem” - choćby wolność nasza boleśnie zderzała się z wolą Umiłowane-go. „Miłość nie pamięta złego” - bo to tylko w naszych oczach uchodzi za zło, co Bóg w nieskończonej dobroci chciał dla nas. „Miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą” - bo wszystkie ścieżki prawdy i sprawiedliwości prowadzą do Umiłowanego Boga. „Miłość wszystko znosi”, bo i Umiłowany zniósł wszystko, co Ojciec Mu przeznaczył dla naszego odkupienia. „Miłość wszystkiemu wierzy” - choćby nam się zdawało absurdem. „Miłość we wszystkim pokłada nadzieję”, bo wierny jest Pan swoim obietnicom i nie zawodzi się ten, który całą nadzieję w Nim pokłada. „Miłość wszystko przetrzyma” - nawet prześladowania ze strony innych ludzi, ze względu na Niego. „Miłość nigdy nie ustaje” - jeśli sam człowiek bardzo chce i tę miłość Boga prosi.
Tak bywa w spotkaniach miłujących się osób ludzkich: Tęsknota za ukochaną osobą ponagla do szukania dobrego miejsca, najlepszego czasu, ciszy, aby być ze sobą sam na sam, w poczucia, że są dla siebie i tylko dla siebie. Mogą tak trwać razem, twarzą w twarz, nawet bez słów, długie chwile, które zawsze są za krótkie, w pokoju i radości płynącej z poczucia bliskości i szczególnego bezpieczeństwa, a przede wszystkim z wzajemnego zauroczenia sobą, wzajemnego upodobania w sobie.
Tak może być miedzy kochającym człowiekiem a kochanym Bogiem. Nie tylko człowiek tęskni, szuka, jest obecny, trwa twarzą w twarz z Ukochanym i ma w swoim Bogu upodobanie, ale również i Bóg. Bo taki jest zamysł życzliwości Bożej. Tradycja nazwała te chwile modlitewnych spotkań adoracjami.
'W pierwszej wspólnocie jerozolimskiej wierzący „trwali w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach” (Dz 2, 42). Kolejność jest typowa dla modlitwy Kościoła: oparta na wierze apostolskiej i potwierdzona przez miłość, karmi się ona Eucharystią' (K 2624).
Adoracja jest zasadniczą postawą człowieka, który uznaje się za stworzenie przed swoim Stwórcą. Wysławia wielkość Pana, który nas stworzył, oraz wszechmoc Zbawiciela, który wyzwala nas od zła. Jest uniżeniem się ducha przed „Królem chwały” (Ps 24, 9-10) i pełnym czci milczeniem przed Bogiem, który jest 'zawsze większy'. Adoracja trzykroć świętego i miłowanego ponad wszystko Boga napełnia nas pokorą oraz nadaje pewność naszym błaganiom' (K 2628). Psalmista wzywał Lud Pierwszego Przymierza do tak pojętej adoracji: „Przyjdźcie, radośnie śpiewajmy Panu, wznośmy okrzyki na cześć Skały naszego zbawienia; przy-stąpmy z dziękczynieniem przed Jego oblicze, radośnie śpiewajmy Mu cześć. Albowiem Pan jest wielkim Bogiem i wielkim Królem nad wszystkimi bogami; głębiny ziemi są w Jego ręku i szczyty gór należą do Niego. Morze jest Jego własnością; bo On sam je uczynił i stały ląd ukształtowały Jego ręce. Wejdźcie, uwielbiajmy, padnijmy na twarze i zegnijmy przed Panem, który nas Stworzył” (Ps 95, 1-6). A my zaproszeni jesteśmy do „wznoszenia "okrzyków" na cześć „Skały naszego zbawienia”, Jezusa Chrystusa Jedynego Zbawiciela świata, wczoraj, dziś i na wieli.
'Miłość skłania nas do sprawiedliwego oddawania Bogu tego, do czego jesteśmy zobowiązani jako stworzenia. Cnota religijności uzdalnia nas do takiej postawy. Adoracja jest pierwszym aktem cnoty religijności.
Adorować Boga oznacza uznać Go za Boga, za Stwórcę i Zbawiciela, za Pana i Mistrza wszystkiego, co istnieje, za nieskończoną i miłosierną Miłość. „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz” (Łk 4, 8) - mówi Jezus, powołując się na Księgę Powtórzonego Prawa (Pwt 6, 13).
Adorowanie Boga oznacza ponowne zawierzenie siebie Bogu, Jego Mądrości Dobru, w posłuszeństwie wiary, a nie światowym mądrościom; ponowne ufne pokładanie w Nim i w tym co święte nadziei, zamiast w dobrach doczesnych; oraz wyzwala człowieka z zamknięcia się w sobie, z niewoli grzechu i zauroczenia światem zamiast Bogiem.
Kiedy prosisz nas o przygotowanie Ci Paschy, prosisz o przygotowanie najlepszego miejsca, czasu na takie adoracyjne spotkanie. Prosisz o przygotowanie siebie samych do uczestnictwa nie tylko w spotkaniu z Tobą, ale i uczestnictwa w Twoich największych tajemnicach życia i posłannictwa, do współżycia z Tobą. Ono dokonuje się w wieloraki sposób: ale zważywszy na to, kim Ty jesteś i kim my jesteśmy, jest wyrażaniem naszego upodobania i czci dla Ciebie, adoracji. W Eucharystii jesteś nam najbliższy i najbardziej przystępny, niemal dotykalny, dlatego czcimy Cię, adorujemy w Najświętszym Sakramencie. Jezu, chcemy Ci zawierzać wszystkie nasze przeżycia, związane z bycia przy Tobie w kornej adoracji. Wszak Ty jesteś ich twórcą i sprawcą owocności. Ty jesteś źródłem ich mocy przeobrażającej nas i doskonalącej. Ty zostawiasz w naszych duszach niezatarty ślad wspólnie spędzonych chwil.
Przywołujemy na pamięć wiele pięknych chwil razem przeżytych podczas Mszy Świętych, Komunii Świętych, osobistych adoracji. Niech będą przyzwaniem do jeszcze piękniejszych, jeszcze bardziej osobistych przeżyć z Tobą.
Chcemy być przed tronem Boga i w Jego świątyni cześć Mu oddawać we dnie i w nocy. A [Ty] zasiadający na tronie rozciągniesz namiot nad nami (wg Ap 7, 15). Za tym fragmentem z księgi Apokalipsy, zawierzamy Ci dziś tych wszystkich, którzy podczas Mszy św. „opłukali swe szaty w Krwi Baranka je wybielili”, a teraz, jakby na przedłużeniu uczestnictwa w Najświętszej Ofierze, „są przed tronem Boga i w Jego świątyni cześć Mu oddają we dnie i w nocy. To długie czuwania „dniem i nocą”, czasem aż czterdziestu godzin, jest długą tradycją chrześcijaństwa. Najpierw wiązały się te czuwania dniem i nocą z dniami Twojej męki i śmierci, Jezu, oraz zmartwychwstaniem. Do dziś czynione są całonocne czuwanie i całodzienna adoracje przed ukazanymi świętymi postaciami Chleba w noc Wielkiego Czwartku, dzień Wielkiego Piątku, oraz noc i dzień Wielkiej Soboty u grobu Twojego, aż do obrzędu Zmartwychwstania. Podobnie w noc kończącą stary rok, czy czterdzieści godzin przed rozpoczęciem wielkiego postu. Wynagrodzić Ci chcemy zniewagi, jakich kiedyś, w życiu doczesnym doznałeś od prześladowców i do dziś doznajesz. Nie chcemy zostawiać Ciebie w samotności, kiedy świat bawi się. Takie czuwanie wynagradzające bywa też częścią naszych ćwiczeń rekolekcyjnych czy misyjnych. Zawierzamy Ci też dziś grupy wiernych, którzy podejmują nieustanną adorację i czuwanie eucharystyczne. Dla nich każda okazja liturgiczna, religijna jest okazją do adoracji Ciebie w Najświętszym Sakramencie. Wreszcie, zawierzamy Ci wiele kościołów, lub kaplice, gdzie jest nieustanne okazywanie Świętych Postaci dla stałej adoracji. I nigdy czcicieli nie brak!
Taki był zamysł życzliwości Boga, który w Duchu Świętym zrealizował Jezus Chrystus Syn Boży, kiedy obiecywał, że będzie z nami „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20).
Uwielbienie pojawia się w miłości międzyosobowej zazwyczaj na początku, po zauroczeniu się postacią partnera. Jest to forma wartościującego uznania dla umiłowanej osoby za to wszystko, kim lub czym jest, co i jak robi, jak żyje, a nawet jak wygląda. To uznanie wyrażone słownie jest swoistym wychwalanie, wysławianiem osoby, bądź poszczególnej jej cechy (mądrości, kultury, urody), bądź poszczególnego jej czynu, bądź motywów dla których ona tak, a nie inaczej postępuje. Sprawia radość, zadowolenie i szczęście partnerom miłowania i pomnaża samą miłość. Motywem ich uwielbienia nie jest jakiekolwiek pragnienie korzyści, które można by osiągnąć, ale wspaniałość prawdy o Bogu, i wspaniałość Dobra i Piękna z Nim związanego. Uwielbienie człowieka wobec Boga jest wywyższeniem Go dla Niego samego: Wiedz, kto mnie powołał do bytu; kto się o mnie troszczy; kto mnie miłuje tak, że większej miłości nad nią nie ma, aby życie dać za umiłowanego; kto mnie uważa za przybranego syna...
Ewangeliści, - szczególnie św. Łukasz - często wspominają o uwielbieniu wobec osoby Jezusa Chrystusa; dla Jego zaskakującej nauki, cudów, postaw życiowych. To olśnienie i uwielbienie zaowocowało uwierzeniem Mu, zaufaniem Mu, pokochaniem Go nie tylko na dobry, ale i zły los; na radość i na łzy; na sukcesy i porażki. Sami z kolei są świadkami, że ich słuchaczy „olśnił blask Ewangelii chwały Chrystusa, który jest obrazem Boga... Albowiem Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem, zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa” (2 Kor 4, 4-6)
Olśnił ich blask Ewangelii. Olśniła ich postać Jezusa Chrystusa. Zostali zaskoczeni wielkością Chrystusowej postaci, która dawała im do myślenia, sprawiała wielkie wrażenie, ogarniała ich myśli, wzbudzała podziw, poruszała czułe struny ich dusz, zniewalała ich uczucia, pociągała ich - porywała - do działania. Wśród mnogości wiedzy o życiu i działaniu Jezusa Chrystusa zostali zaskoczeni niezwykłością osobowości Mistrza z Nazaretu. Zostali oczarowani nie tylko całością osoby Jego, ale i poszczególnymi jej fragmentami. Zostali Nim i tym co mówił i co czynił ogarnięci, owładnięci tak, iż nie było w nich miejsca na obojętność wobec Niego, na odmowę pójścia za Nim. Jezus Chrystus i Jego Dobra nowina poruszyła i przepełniła ich tak że musieli się nią zająć; rozsadzała ich od środka, rozogniła.
Dzieje ludzkich nawróceń, odnawiania utraconej wiary, nadziei i miłości do Boga potwierdza nam, że ich utrata wynikła z utraty olśnienia Bogiem i Jego rzeczywistością, a odzyskanie łączyło się zazwyczaj z zafascynowaniem się wielkością, dobrocią, miłosierdziem, czy wielkodusznością Boga. Również dzieje przejścia ludzi od bierności w wierze do apostolstwa łączy się z olśnieniem jakąś propozycją Bożą, którą odczytują jako „nie do odrzucenia”. Od tego olśnienia Bogiem zależy też radość i szczęście płynące z wiary, nadziei i miłości. Błogosławione olśnienie! Jeśli to tylko łaska - prosimy o nią! Jeśli to również owoc pracy i znoju - zobowiązujemy się!
Apostołowie zachęcają: „Przemawiajcie do siebie wzajemnie w psalmach i hymnach i pieśniach pełnych ducha, śpiewając i wysławiając Pana w waszych sercach” (Ef 5, 19). „Słowo Chrystusa niech w was przebywa z [całym swym] bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach” (Kol 3, 16). I my dziś, jak pierwsze wspólnoty chrześcijańskie odczytujemy na nowo Księgę Psalmów, wyśpiewując w nich misterium Chrystusa. Układamy również nowe hymny i pieśni opiewające wspaniałość wydarzeń, jakie Bóg przed wiekami wypełnił w swoim Synu: Jego Wcielenie, Jego Śmierć zwyciężającą śmierć, Jego Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie na prawicę Ojca, jak i do dziś wypełnia poprzez Jezusowy Kościół. Tylko szkoda, że uroda poetycka i teologiczna tych hymnów i pieśni uwielbienia dla Pana jest niewielka. Zamówienie społeczne ciągle nie zostało cofnięte. Duch Święty ze swym natchnieniem ciągle czeka.
'Eucharystia zawiera i wyraża wszystkie formy modlitwy; jest 'czystą ofiarą' całego Ciała Chrystusa „na chwałę Jego imienia” (por. Ml 1, 11); jest - zgodnie z tradycjami Wschodu i Zachodu - świętą ofiarą uwielbienia' (K 2643). Tylko my zajęci żebraniną modlitewną mało zwracamy uwagi na jej charakter wielbiący.
Miłość ośmiela człowieka do modlitwy proszalnej. Już samo zawierzenie się Bożej Mądrości i Dobru na całe życie i ufne pokładanie w Nim nadziei, że Bóg spełni dane ludziom obietnice, czynią taką modlitwę skuteczną. Ale człowiek przez grzech może się odwrócić od Boga, zbuntować się przeciw Niemu, znieważyć Go, obrazić Go, zbeszczeszcić Jego nieskończony majestat. Wtedy potrzebna jest miłość mocniejsza niż grzech, zwana miłosierdziem, mocniejsza niż ludzka obraza, bunt, zbezczeszczenie majestatu Jego. I o taką miłość trzeba prosić
'Nowotestamentowe słownictwo wyrażające błaganie jest bogate w odcienie znaczeniowe i oznacza: prosić, żalić się, wołać natarczywie, wzywać, podnosić głos, krzyczeć, a nawet „walczyć na modlitwie” (por. Rz 15, 30). Najbardziej jednak zwyczajną formą błagania, ponieważ najbardziej spontaniczną, jest prośba. Przez modlitwę prośby wyrażamy świadomość naszego związku z Bogiem: jako stworzenia nie decydujemy o naszym początku, nie jesteśmy panami naszego losu; nie stanowimy sami dla siebie celu; ponadto jako chrześcijanie wiemy, że - będąc ludźmi grzesznymi - odwracamy się od naszego Ojca. Prośba jest już powrotem do Niego (K 2629).
Prośba o przebaczenie jest pierwszym dążeniem modlitwy prośby (słowa celnika: „Miej litość dla mnie, grzesznika” (Łk 18, 13). Poprzedza ona właściwą, czystą modlitwę. Ufna pokora stawia nas w świetle komunii z Ojcem i Jego Synem Jezusem Chrystusem oraz w komunii z innymi (Jeżeli chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, wtedy mamy jedni z drugimi współuczestnictwo, a krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu. Jeżeli mówimy, że nie mamy grzechu, to sami siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści z wszelkiej nieprawości. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki. Dzieci moje, piszę wam to dlatego, żebyście nie grzeszyli. Jeśliby nawet kto zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca - Jezusa Chrystusa sprawiedliwego. On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko za nasze, lecz za grzechy całego świata” (1 J 1, 7-2, 2). A zatem „o co prosić będziemy, otrzymamy od Niego” (J 3, 22). Prośba o przebaczenie poprzedza liturgię eucharystyczną, jak również modlitwę osobistą' (K 2631). Dlatego, jeśli spotkasz się z ukochanym Chrystusem na jakiejkolwiek modlitwie to proszę, tak bardzo proszę, nie zapomnijmy przekazać sercem naszego: przepraszam, żałuję, przykro mi z Twego powodu, gorzko mi z powodu mej kruchości moralnej i religijnej, wstydzę się mojego odniesienia do innych ludzi, brzydzę się własną nijakością, odżegnuję się od mojej obojętności wobec zła w świecie. To też będzie przyjęte jako wyznanie miłości, która nie znosi rozłąki.
Miłość do Boga i do ludzi ze względu na Boga przejawia się w modlitwie prośby przede wszystkim wtedy kiedy dotyczy tego, na czym Bogu i tym ludziom przez nas kochanym najbardziej zależy ze względu na Boga: pragnienie i poszukiwanie Królestwa, które przychodzi, zgodnie z nauczaniem Jezusa: „Niech przyjdzie królestwo Twoje; niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i w niebie” (Mt 6, 10. 33); „Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo” (Łk 11, 2. 13).
Istnieje hierarchia próśb: najpierw Królestwo, następnie to, co jest konieczne, by je przyjąć i współdziałać w jego przyjściu. To współdziałanie z posłaniem Chrystusa i Ducha Świętego, które jest teraz posłaniem Kościoła, było przedmiotem modlitwy wspólnoty apostolskiej. Takie prośby zanosił do Boga Autor Listu do Rzymian: „Bracia, z całego serca pragnę ich zbawienia i modlę się za nimi do Boga” (Rz 10, 1). W modlitwie św. Pawła Apostoła za wierzących Efezjan „[Prosi w nich], aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. [Niech da] wam światłe oczy serca taj, byście wiedzieli czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących - na podstawie działania Jego potęgi i siły. Wykazał On je gdy wskrzesił Go z martwych” (Ef 1, 16-20). A Filipian zapewnia: „Modlę się o to, aby miłość wasza doskonaliła się coraz bardziej i bardziej w głębszym poznaniu i wszelkim wyczuciu dla oceny tego, co lepsze, abyście byli czyści i bez zarzutu na dzień Chrystusa, napełnieni plonem sprawiedliwości, [nabytym] przez Jezusa Chrystusa ku chwale i czci Boga” (Flp 1, 9-11). „Modlimy się za was - odkąd usłyszeliśmy o waszej wierze w Chrystusie Jezusie i o waszej miłości, jaką żywicie dla wszystkich świętych - z powodu nadziei [nagrody] odłożonej dla was w niebie. O niej to już wcześniej usłyszeliście dzięki głoszeniu prawdy - Ewangelii, która do was dotarła. Podobnie jak jest na całym świecie, tak również i u was, owocuje ona i rośnie...” (Kol 1, 3-6). „Módlcie się i za nas, aby Bóg otworzył nam podwoje [dla] słowa, dla wypowiedzenia tajemnicy - Chrystusa... abym ją obwieścił tak, jak winienem ją wypowiedzieć” (Kol 4, 3-4). W zakończeniu dodaje: „Zawsze walczę za was w modlitwach” (Kol, 4, 12).
Uczestnicząc w zbawczej miłości Boga, rozumiemy, że każda potrzeba może stać się przedmiotem prośby, gdyż jej spełnienie przymnaża miłości do Boga. Chrystusa, który przyjął na siebie wszystko, ażeby wszystko odkupić, jest uwielbiany przez prośby, jakie zanosimy do Ojca w Jego Imię. „A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu (J 14, 13). Na tej podstawie Apostołowie zachęcają nas do modlitwy w każdej sytuacji: „O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem. A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie” (Flp 4, 6-7). Św. Jakub Apostoł doradza: „Jeśli zaś komuś brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma. Niech zaś prosi z wiarą, a nie wątpi o niczym” (Jk 1, 5-6).
Chcemy Cię - Umiłowany - o wszystko z godnością prosić: nie żebrać. O to, co przewyższa nasze możliwości, o zaradzenie naszej bezsilności, o wyjście z sytuacji trudniej lub prawie beznadziejnej, o wiarę - bo nękana jej wątpliwościami, o nadzieję - bo nas zawodzi, o miłość nieprzeciętną, o piękny kształt życia... Ale cóż znaczyć mogą czyjekolwiek podpowiedzi, jak tylko własnego serca? A to serce - niespokojne dopóki nie spocznie w Tobie szuka Cię i woła do Ciebie szczególnie w chwilach trudnych decyzji, załamań własnego "ja", wielkich zadań.
Równocześnie tylko miłość sprawia, że te prośby zanoszone do Boga, - do Jego Ukrzyżowanego za nas Syna - nie czynią nas żebrakami, nie uwłaczają nam, nie stają się naszym upokorzeniem, dyshonorem.
Wstawiennictwo jest modlitwą prośby szczególnego rodzaju, która bardzo przybliża nas do modlitwy Jezusa. To On jest jedynym wstawiającym się u Ojca za wszystkich ludzi, a w szczególności za grzeszników. Tak widział wstawienniczą rolę Chrystusa Św. Paweł Apostoł: „Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł [za nas] śmierć, co więcej - zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami?” (Rz 8, 34). W Liście do ucznia i przyjaciela dopisuje uzasadnienie: „Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek Chrystus Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich, jako świadectwo we właściwym czasie. Ze względu na nie, ja zostałem ustano-wiony głosicielem i apostołem - mówię prawdę, nie kłamię - nauczycielem pogan w wierze i prawdzie. Chcę więc, by mężczyźni modlili się na każdym miejscu, podnosząc ręce czyste, bez gniewu i sporu” (1 Tm 2, 5-8). Z kontekstu widać, że chodzi tu o modlitwę wstawienniczą wiernych, którzy uczestniczą w funkcji pośredniczącej Jezusa Chrystusa. Do roli Rzecznika u Ojca odwołuje się św. Jan Apostoł: „Dzieci moje, piszę wam dlatego, żebyście nie grzeszyli. Jeśliby nawet kto zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca - Jezusa Chrystusa sprawiedliwego. On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko za nasze, lecz również za grzechy całego świata” (1 J 2, 1-2). On jest Tym, który zbawiać na wieki może całkowicie tych, którzy przez Niego zbliżają się do Boga, bo zawsze żyje, aby się wstawiać za nimi” (Hbr 7, 25). Aby dopełnić myśli teologicznej o pośrednictwie Jezusa Chrystusa, autor Listu do Rzymian podkreśla: „Sam Duch Święty przyczynia się za nami w błaganiach... przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą” (Rz 8, 26-27) (por. K 2634).
Gdy nadeszła Jego Godzina, Jezus modli się do Ojca modlitwą wstawienniczą. Tradycja chrześcijańska słusznie nazywa ją modlitwą arcykapłańską Jezusa, bo za tych, za których się modlił On ofiarował swoje życie.
„Jezus podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: ‘Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie tą chwałą, którą miałem u Ciebie pierwej, zanim świat powstał.
Objawiłem imię Twoje ludziom, których mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje. Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek mi dałeś pochodzi od Ciebie. Słowo bowiem, które Mi powierzyłeś, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których mi dałeś, ponieważ są Twoimi. Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest Moje, i w nich zostałem otoczony chwałą. Już nie jestem na świecie, ale oni są jeszcze na świecie, a Ja idę do Ciebie. Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo. Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem z tego świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie.
Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Aby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty mnie posłał i żeś Ty ich umiłował, tak jak i Mnie umiłowałeś. Ojcze, chcę, aby także ci, których mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli [uczestniczyli w] chwałę, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę im objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś w nich była i Ja w nich’” (J 17, 2-26).
To modlitewne pożegnanie Jezusa z uczniami przed wieczerzą Paschalną, męką i śmiercią zawiera nie tylko prośby Jego wstawiennicze do Ojca o powodzenie w nas wiary, nadziei i miłości, ale akcentuje to, na co On chce nam zwrócić uwagę w drodze do Ojca.
Całe posłannictwo Chrystusa jest ukierunkowane na „danie życia wiecznego wszystkim tym, których Mu dałeś”. Całe więc nasze pójście za Nim ma być ukierunkowane na ten ostateczny cel.
Drugi fragment zawiera modlitewną troskę o to, co „Objawił ludziom, których mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje”. Jest to troska nie tylko o zachowanie słowa, ale i konsekwentnego życia według niego.
W trzecim fragmencie modlitwy prosi Ojca o uświęcenie tych, którzy uwierzyli Chrystusowi i poszli w Jego ślady; „byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata”. To przeciwstawienie się światu jest zasadniczym motywem Chrystusowej modlitwy.
W czwartym fragmencie Chrystus „Nie tylko za nimi prosi, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a ja w Tobie”. Inaczej mówiąc: prosi za tymi, którzy będą widocznymi rezultatami naszego świadectwa wiary i uczestnictwa w Chrystusowym posłannictwie arcykapłańskim, prorockim i królewskim.
W ostatnim fragmencie Chrystus prosi „aby świat uwierzył poprzez miłość: aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś w nich była i Ja w nich”.
'Wstawianie się za innymi, prośba o coś dla innych, jest - od czasu Abrahama - czymś właściwym dla serca pozostającego w harmonii z miłosierdziem Bożym. W czasie Kościoła wstawiennictwo chrześcijańskie uczestniczy we wstawiennictwie Chrystusa: jest wyrazem komunii świętych w miłości Chrystusowej. We wstawiennictwie ten, kto się modli, „niech ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich” (Flp 2, 4), nawet do tego stopnia, aby modlił się za tych, którzy wyrządzają mu zło (por. Szczepan modlący się za swych oprawców, jak Jezus: Dz 7, 60; Łk 23, 28. 34)' (K 2635).
Składanie przez Jezusa Chrystusa Najświętszej Ofiary na krzyżu jest Jego największym dziełem wstawienniczym, zaś uobecnianie go wśród nas tu i teraz na wieki we Mszy św. jest doskonałą modlitwą wstawienniczą za wszystkich ludzi. Nasze uczestnictwo w Jego dziele i modlitwie wstawienniczej jest mocą naszego wstawiennictwa u Boga.
Takie jest prawo miłości osoby do osoby: przez miłość poznajemy wielkość i wielorakość dóbr, które dzięki miłości i w miłości stały się nam dostępne, możemy w nich uczestniczyć, czynić je bogactwem własnego życia, przez nie uszczęśliwiać się. Dlatego zwyczajnym wyrazem miłości jest wdzięczność. Jest to najpierw wewnętrzne nastawienie człowieka, które może się ujawnić w spojrzeniu, w słowie, w czynie, który może być odczytany jako rewanż za dobro w miłości doznane. Wdzięczność jest jedną z radości, jaką sprawia miłość. Wdzięczność ubogaca miłość. Prawie każda obecność z osobą, współżycie i współdziałanie, wydarzenie razem przeżyte, - właśnie dzięki prawdziwej miłości - może być i bywa przedmiotem wdzięczności.
'Podobnie jak w modlitwie prośby, każde wydarzenie, każda potrzeba może stać się przedmiotem dziękczynienia. Listy św. Pawła często zaczynają się i kończą dziękczynieniem i zawsze jest w nich obecny Jezus Chrystus. W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was” (1 Tes 5, 18) „Trwajcie gorliwie na modlitwie, czuwając na niej wśród dziękczynienia” (Kol 4, 2)' (K 2638).
Przez wiarę człowiek poznaje, że źródłem Prawdy, Dobra i Piękna dla niego jest Bóg. On stworzył człowieka i świat dla niego; On się dla człowieka objawił i pozostał z nim; On go od zła odkupił; On go zbawia, czyli uszczęśliwia. Przez nadzieję człowiek, który od Boga wyszedł, spodziewa się, że do Boga wróci, jak do domu rodzinnego, do swego dziedzictwa. Przez miłość człowiek wyraża wdzięczność Bogu, która jest swoistym rewanżem za ogrom Prawdy, Dobra i Piękna, które stały się jego udziałem. Dlatego wdzięczność należała zawsze do istoty religii. Przejawiała się przede wszystkim w wielości i wielorakości ofiar. Człowiek oddawał w nich Bogu to, co zyskał jako własną zdobycz, czy owoc pracy rąk ludzkich, aby okazać Mu, że nie ma już ludzkiego „ja” i Bożego „Ty”, ale jedno „My” przy ołtarzu ofiarnym. Nie ma już „moje”, „Twoje”, ale „nasze” na ołtarzu ofiarnym. Później te przejawy wdzięczności zaczął człowiek wyrażać słowem mówionym i pisanym, śpiewanym, tańcem, malowaniem, rodząc najpiękniejsze owoce kultury religijnej.
'Dziękczynienie jest cechą charakterystyczną modlitwy Kościoła, który celebrując Eucharystię, ukazuje się i staje bardziej tym, czym jest. Istotnie, w dziele zbawienia Chrystus wyzwala stworzenie od grzechu i od śmierci, by je na nowo poświęcić i zwrócić Ojcu na Jego chwałę. Dziękczynienie członków Ciała uczestniczy w dziękczynieniu ich Głowy’ (K 2637).
'Eucharystia, sakrament naszego zbawienia dokonanego przez Chrystusa na krzyżu, jest ofiarą uwielbienia i dziękczynienia za dzieło stworzenia. W Ofierze eucharystycznej całe stworzenie umiłowane przez Boga zostaje przedstawione Ojcu przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Kościół może przez Chrystusa składać ofiarę uwielbienia i dziękczynienia za wszystko, co Bóg uczynił, a co jest dobre, piękne i sprawiedliwe w stworzeniu w ludzkości.
'Eucharystia jest ofiarą dziękczynienia składaną Ojcu, uwielbieniem, przez które Kościół wyraża Bogu swoją wdzięczność za wszystkie Jego dobrodziejstwa, za wszystko, czego On dokonał przez stworzenie, odkupienie i uświęcenie. Dlatego Eucharystia oznacza przede wszystkim 'dziękczynienie'.
'Eucharystia jest także ofiarą uwielbienia, przez którą Kościół głosi chwałę Boga w imieniu całego stworzenia. Ofiara uwielbienia jest możliwa jedynie przez Chrystusa, który jednoczy wiernych ze swą osobą oraz ze swoim uwielbieniem i wstawiennictwem. W ten sposób ofiara uwielbienia jest składana Ojcu przez Chrystusa i z Chrystusem, by mogła być w Nim przyjęta' (K 1359- 1361).
Ale i za Eucharystię, jako świętą obecność wyrażamy Tobie, Jezu Chryste wdzięczność, Więźniu miłości. Ty użyczasz nam w swym domu gościny, o każdej porze dnia i nocy, abyśmy byli w Twoje obecności, przeżywali ją, sycili się nią. Jak w Betlejem, w Nazaret, w Jerozolimie, jak w synagodze, w domu chorych, w domu faryzeusza-grzesznika; jak wśród pól ziemi świętej, nad morzem Galilejskim, nad rzeką Jordan, na górze Tabor, na zapylonych drogach Twej ojczyzny. Chcemy dziękować Ci za wszystko, co dla nas uczyniłeś i codzień - jak najlepszy Przyjaciel - czynisz.
Miłość do Boga wyrażona w uwielbieniu dla Niego i dziękczynieniu może i powinna mieć indywidualny, poufny, nawet do pewnego stopnia intymny wyraz, kiedy odwołuje się indywidualnych, poufnych, intymnych przejawów dobroci Bożej, wypływającej z miłości Jego. Widziałem takie zbiory dziękczynień nietypowych, niepowtarzalnych, jak np. nie tylko za wysłuchane modlitwy, ale i za nie wysłuchane, bo tak paradoksalnie układa się mozaika losu ludzkiego.
Miłość, która nie trwa w dziękczynieniu - więdnie i usycha.
Takie jest powszechne przekonanie chrześcijan: Modlitwa jest życiem nowego serca, które Bóg w miłości ku nam stwarza w nas. Modlitwa ze swej istoty jest wyznaniem wiary, nadziei i miłości, bo jest pamięcią o Nim, jest zwrotem serca ku Niemu, jest zawierzeniem Mu najważniejszych spraw życia własnego i swoich najbliższych. W modlitwie człowiek wyłącza się z rozgwaru świata, a Bóg staje się umiłowanym partnerem jego przyjaznego dialogu; Bogu oddajemy na ten czas siebie - przynajmniej na te kilka chwil; z Bogiem obcujemy jak z przyjacielem. Nawet własną klęczącą postawą akcentujemy naszą postawę czci, przywiązania i przynależności do Niego. Liczy się, - jak i między ludźmi - owa codzienność, nawet ta sama pora; są to znaki, że to jest Twój czas, Umiłowany! Nasz czas! Wszystko inne staje się nieważne, dalekie, obce; a tylko On jedynie Ważny, Bliski, Wybrany, Oczekiwany.
Nawet najprostsza modlitwa ustna jest wyznaniem wiary, nadziei i miłości, bo powtarza słowa, których Bóg go nauczył jak ojciec uczy dziecko, bądź słowa, o których istnieje powszechne przekonanie, że są miłe Bogu. Uświadomienie sobie tej rzeczywistości dobrze znanych formuł modlitewnych, oraz włączenie w nie własnych uczuć sprawia, że jest to nasze osobiste wyznanie. Szczególne znaczenie w naszym pacierzu ma modlitwa 'Ojcze nasz', której nas nauczył sam Jezus Chrystus. Dziś z coraz większa gorącością serca szukamy modlitw natchnionych przez Ducha św. w postaci psalmów, w których w sposób niesłychanie bogaty obcować możemy z Bogiem miłości miłosiernej.
„Nie wyczerpała się litość Pana, miłość nie zgasła. Odnawia się ona co rano: ogromna Twa wierność. ‘Działem mym jest Pan’ - mówi moja dusza, dlatego czekam na Niego” (Lm 3, 22-24). Codzień! Codzień przeżywać możemy szczególną więzi, bliskość z umiłowanym Bogiem, i tworzyć więzy zażyłości z Niewypowiedzianym? Składać najbardziej intymnych wyznania? Wyjawiać sekrety duszy? Składać obietnice? Ponawiać postanowieni?
O tym, że prosta modlitwa 'Ojcze nasz', 'Zdrowaś Maryja' jest wyrazem miłości serdecznej przekonywałem się wielokrotnie patrząc lub uczestnicząc w niekończących się modlitwach moich rodziców, bądź ludzi przygniecionych starością, bądź ludzi przypisanych wózkom inwalidzkim, bądź ludzi przebywających w szpitalach... Ileż tam było prawdziwej, ufnej miłości, zmieszanych ze łzami czułości, z przedziwną żarliwością wypowiadanych od dzieciństwa znanych formułek.
Modlitwa chrześcijańska jest współpracą z Bożą Opatrznością, z Jego zamysłem miłości do ludzi, w którym na pierwszym miejscu jest nasze wieczne zbawienie. U św. Pawła miłość ta jest śmiała, bo „jeden jest Pan wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają” (Rz 10, 12-13). Miłość ta jest śmiała bo oparta jest na modlitwie Ducha w nas i na wiernej miłości Ojca, który dał Syna jedynego „Wiemy, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. Albowiem tych, których od wieków poznał, tych też przeznaczył na to, by się stali na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi. Tych zaś, których przeznaczył, tych też powołał, a których powołał - tych też usprawiedliwił, a których usprawiedliwił - tych też obdarzył chwałą... Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować?” (Rz 8, 26-32). Siłę tych modlitw nie stanowi ilość, nie jakość naszych słów modlitewnych, które skłaniają Boga do wysłuchania nas, nawet nie rodzaj motywacji naszych odniesień do Boga, ale Męka i Zmartwychwstanie Pana naszego Jezusa Chrystusa jest jej mocą.
Modlitwa Jezusa czyni naszą modlitwę skuteczną. On nie tylko jest jej wzorem, ale On modli się w nas i z nami. Skoro serce Syna szuka tylko tego, co podoba się Ojcu, to czy serca przybranych dzieci mogłyby bardziej przywiązywać się do darów niż do Dawcy? Dlatego nasza modlitwa miłości szuka najpierw Syna Bożego, by się z Nim zjednoczyć, przywrzeć do Niego całym swym jestestwem, a skutki tej jedności w miłości pojawią się same jako wielkie dobro z Nim związane: już tu na ziemi, w "małym szczęściu" i w wieczności, w szczęściu niepojętym.
Modlitwa nasza uczestniczy w mocy modlitwy Chrystusowej. Wszystkie nasze modlitwy zostały raz na zawsze włączone w Jego wołanie na krzyżu i wysłuchane przez Ojca w Jego Zmartwychwstaniu. Dlatego więc nie przestaje On wstawiać się za nami u Ojca. Bo „z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci i został wysłuchany dzięki swej uległości” (Hbr 5, 7); Jeśli nasza modlitwa jest zdecydowanie zjednoczona z modlitwą Jezusa, w zaufaniu i synowskiej śmiałości, otrzymujemy wszystko, o co prosimy w Jego imię, a nawet o wiele więcej niż to: otrzymujemy samego Ducha Świętego, który posiada wszystkie dary (por. K 2740-2741). Dlatego tak lubimy w czasie modlitwy wpatrywać się w Ukrzyżowanego, dotykać Jego poranionej twarzy, całego ciała, przebitych rąk, nóg, boku, bo one odnawiają i pobudzają naszą miłość ku Niemu. Dlatego kochamy figurki Jezusa Frasobliwego i przy nich zanosimy nasze modlitwy do Boga, zwłaszcza w chwilach dla nas marnych.
Modlitwa przez którą chcemy powiedzieć Bogu o swej miłości ku Niemu jest zawsze możliwa i prawie zawsze potrzebna. Zawsze możliwa, bo nasz czas jest w ręku Boga i jak Św. Jan Chryzostom pisze: Można modlić się często i gorąco. Nawet na targu czy w czasie samotnej przechadzki, siedząc w swoim sklepiku czy też kupując lub sprzedając, a nawet przy gotowaniu. Dlatego ludzie, którzy rzeczywiście Boga miłują, okazują to w modlitwie nieustannej: w drodze samolotem, pociągiem, samochodem; w chwilach wytchnienia w domu, na ławce parkowej; w niektórych rodzajach pracy. Czują potrzebę pamięci na obecność przyjaciela, porozumiewania się z Nim, pytania o radę, pytania o ocenę własnego postępowania. Takie też jest prawo miłości międzyludzkiej, że szuka rozmowy i porozumienie a miłość sprawia, że są zawsze możliwe i pożądane.
Modlitwa nieustanna jest życiową koniecznością dla tych, którzy Boga miłują. Wobec wielu spraw i sytuacji między człowiekiem a Bogiem człowiek czuje się bezradny i bezsilny. Miłość do Boga przynagla go, aby pytał Boga o radę i prosił Boga o siłę i moc przezwyciężenia trudności zda się niepokonalnych. Doświadczenie zmiennego losu ludzkiego przypomina o Bogu, który wszystkich miłuje nawet tym, którzy o Bogu na codzień nie pamiętają. Wierzą w modlitwę nawet ci, którzy już w nic wierzą. Bo wtedy – jak pisze św. Jan Chryzostom: modlitwa sprawia, że to co niemożliwe, staje się możliwe, to, co trudne, staje się łatwe.
Modlitwa nieustanna jest konieczna w miłości ludzi trudnych do miłowania, nawet ze względu na naszą miłość do Boga. Niektórzy pogubili się w drodze do Ojca niebieskiego, inni popadli w jakieś zniewolenie, przestali sobą władać, stają się ludźmi przegranymi i oni czekają a my uciekamy się do modlitwy, bo Chrystus nas i ich zapewnił: „Wszystko da wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali” (J 15, 16-17) (por. K 2743-2745).
Są takie chwile naszej dzisiejszej miłości do Chrystusa Syna Bożego w których przypominamy sobie ogród Oliwny, w którym Chrystus przebywał tuż przed męką i śmiercią krzyżową na modlitwie ze swoimi uczniami, gdy znalazł ich śpiących, mówił do Piotra: „Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch w prawdzie ochoczy, ale ciało słabe” (Mt 26, 40-41). Bo miłość do Boga przegrywać się zdaje z cielesnym przywiązaniem do dóbr doczesnych, do użycia zmysłowego, do życia beztroskiego i nieodpowiedzialnego. Wtedy nasza miłość budzi się ze snu, by czuwać na modlitwie.
Są takie chwile, że rozlega się w naszej duszy wezwanie Pawła Apostoła do czuwania na modlitwie, gdy upominał Koryntian: „Czuwajcie, trwajcie mocno w wierze, bądźcie mężni i umacniajcie się!” (1 Kor 16, 13), dostrzegając dramatyczny zakręt, bądź zaporę w drodze do posłuszeństwa wiary, mężnego - mimo przeszkód - realizowania zamysłu Bożego w najtrudniejszym fragmentach życia i umacniania się w dobru dla życia sensownego i celowego, a ostatecznie szczęśliwego w wieczności. O takim czuwaniu na modlitwie pisał św. Paweł do Efezjan: „Weźcie hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże - wśród wszelkiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych” (Ef 6, 17-18), kiedy trudności w wierze dostrzeżemy u osób danych nam do miłowania. W modlitewnym czuwaniu dostrzegł św. Paweł apostolstwo miłości na wzór Jezusa Chrystusa, moc przyspieszającą dojrzewanie naszych braci do zjednoczenia się z Bogiem już tu na ziemi, a ostatecznej konsekwencji w niebie. Podobnie o takim czuwaniu na modlitwie pisał św. Paweł do Kolosan: „Trwajcie gorliwie na modlitwie, czuwając na niej wśród dziękczynienia. Módlcie się jednocześnie i za nas, aby Bóg otworzył nam podwoje...” (Kol 4, 2-3). Bo taki jest sens, cel, potrzeba spotkania miłujących się osób, choćby jedna z nich była Bogiem. Czuwać przy sobie! Być ze sobą dla wspólnego dobra: Boga, naszego, braci.
Dla trwanie w miłości do Boga, zwłaszcza dla doskonalenia tejże miłości potrzebna jest doskonalsza modlitwa, niż prostych paciorków, w której wyznajemy: Boże, miłuję Cię całym sercem, całą duszą. Również wobec wielu nowych trudności życia zgodnego z miłością do Boga - a ze względu na Boga - do ludzi potrzebna jest modlitwa doskonalsza od modlitwy słów. Potrzebna jest modlitwa myślna.
Modlitwa myślna jest czymś więcej niż słowny kształt i utrwalone formuły naszej rozmowy z Bogiem: uwielbienia Go, prośby, dziękczynienia, i przepraszania Go. To szukanie i odnajdywanie, oraz przeżywanie całej rzeczywistości, jaką Bóg chciał nam objawić. Stąd zasadniczą pomocą modlitewną będzie Pismo św. i Tradycja Ojców Kościoła, teksty liturgiczne z dnia i danego okresu liturgicznego, pisma mistrzów duchowych z których skrzętnie słuchać będziemy co Bóg tu i teraz mówi do nas o swojej miłości do nas i miłości tych, którzy Go pięknie miłują. 'Rozmyślanie nad tym, co się czyta, prowadzi do przyswojenia sobie treści przez odniesienie jej do siebie samego. Tu otwiera się inna księga: księga życia. Przechodzi się od myślenia do rzeczywistości. W zależności od stopnia pokory i wiary odkrywamy dążenia, które działają w sercu, i możemy je rozeznawać. Chodzi o czynienie prawdy, by dojść do Światła: „Panie, co chcesz, abym czynił?”' (K 2706). W modlitwie myślnej całe nasze "ja": myśl, wyobraźnia, uczucie, pragnienia „dotykają” rzeczywistości Bożej, opisanej w objawieniu Bożym, aby ją uczynić swoją i według niej kształtować swoje życie. W modlitwie myślnej obejmujemy zwłaszcza tajemnicę życia i działania Jezusowego, aby głębiej i szerzej w nich uczestniczyć. Przede wszystkim w modlitwie myślnej zanurzamy się w objawionej miłości Boga w Trójcy Jedynego, aby odczuć szczęście zjednoczenia z Nim, bo w niebie w przeogromnej miłości zjednoczymy się z Nim we współżyciu i współdziałaniu; z Takim, jakim jest od wieków i na zawsze. Pożądanym rezultatem modlitwy myślnej jest radosne i uszczęśliwiające przylgnięcie do tego, co Boże. Naśladowanie Boga, zwłaszcza w Jego Synu Jezusie Chrystusie jak gdyby krok po kroku w naszym życiu, które upływa od kroku do kroku ku wieczności. Sprawdzanie nieustanne postępu w tym naśladowaniu Go. Nanoszenie poprawek po dostrzeżeniu błędnego rozumienia zamysłu Bożego, czy naszego posłuszeństwa wiary, nadziei i w szczególny sposób - miłości. Pytanie Boga o Jego zamysł wobec nas i słuchanie tego, co Bóg do nas mówi. Serdeczny „wadzenie się z Bogiem” w sprawach trudnych, dla człowieka wątpliwych.
Doświadczenie bardzo wielu osób, które na serio dążyły, bądź dążą do świętości, czyli doskonałej miłości do Boga, a ze względu na Boga - do wszystkich ludzi - śladami Jezusa Chrystusa w naszych czasach; czy to w zakonach, czy w świecie, uznaje rozmyślanie za czynnik niezbędny swego postępu na drodze oddania się Bogu, współżycia z Nim i współpracy. Więcej można powiedzieć: kto choć trochę zasmakował w rozmyślaniu, już nie wyobraża sobie swej przyjaźni z Bogiem bez rozmyślania, jak swego biologicznego życia bez pokarmu, napoju, czy powietrza do oddychania.
Modlitwa myślna to prawdziwy dialog przyjaźni, który prowadzi do bliskości, czy wręcz zażyłości. Bierze nim udział wyobraźnia przedstawiająca różne sceny z życia i działania Jezusa na ziemi palestyńskiej; pamięć na już doznane przeżycia modlitewnych spotkań z Bogiem; myśl; pragnienia serca; decyzja woli o życiu na dziś i jutro; uczucia. Cały człowiek-osoba nastawiona zostaje na pójście z miłości za Chrystusem, po wewnętrznym nawróceniu się do Niego. W rozmyślaniu przeżywanie miłości do Boga i wyznanie Mu jej, przemienia się w życie dla Boga, w najbardziej oczekiwany przez Niego kształcie miłości. Tak okazana miłość przyczynia się do jej wzrostu i doskonalenia.
Jakkolwiek istnieje wiele sposobów rozmyślania, trzeba odnaleźć swój własny styl, który będzie odpowiadał naszym uzdolnieniom, umysłowości, uczuciowości. Nie można tylko zrezygnować z takiej formy modlitwy, bez narażenia swej wiary, nadziei, a zwłaszcza miłości na zwiędnięcie i uschnięcie.
Jest w Ewangelii urzekająca scena szczególnej miłości Jezusa Chrystusa do swego ucznia Jana. Trwała Ostatnia Wieczerza, w której Jezus Chrystus spożywał z uczniami swoimi Nową Paschę. Chleb przemienił w swoje Ciało, a wino w Krew i dal im do spożywania. Wtedy to „Jeden z uczniów Jego - ten, którego Jezus miłował - spoczywał na Jego piersi”(J 13, 23). Ta szczególna miłość, którą Pan darzył Jana, której znakiem było spoczywanie na Jego piersi oznaczała szczególną bliskość, czułość, poufałość, na jaką inni nie mogli się zdobyć. Oznaczała szczególną gotowość do zwierzeń i do słuchania zwierzeń. Oznaczała dopuszczenie do tajemnic innym nie znanych. Dopuszczała domysł owej miłości większej niż do innych, jak później zapyta Jezus o owo więcej w miłości św. Piotra Apostoła. Ta Nowa Pascha uobecnia się na naszych ołtarzach w Najświętszej Ofierze Jezusa i Świętej Uczcie z Nim, kiedy znów daje nam swoje Ciało do spożywania i Krew swoją do picia. Czy właśnie wtedy nie jest czas, byśmy podobnie do Jana Apostoła spoczywali na Jego piersi? To znaczy przeżywali szczególną więź, bliskość, zażyłość? I mogli składać najbardziej intymne wyznania? Sekrety? Obietnice? Postanowienia?
Kontemplacja jest takim spoczywaniem na Jego piersi, czyli szczególną formą modlitwy myślnej, w której Bóg potwierdza swoją przyjaźń z człowiekiem i dopuszcza do szczególnej zażyłości ze sobą. Nie tylko człowiek zawierza się Bogu i postępuje za nim, ale i Bóg zawierza się w sposób szczególny człowiekowi, dając mu siebie samego w sposób szczególny. Jest to przeżywanie szczególnej obecności w nas Boga, który kocha. Kontemplacja jest szczególnym związkiem przymierza ustanowionym przez Boga w głębi naszego bytu. Dlatego wypełnianie tego przymierza pełne będzie miłości, a nie lęku. Kontemplacja jest komunią osób: z jednej strony Trójca Święta kształtuje w niej człowieka - obraz Boży - na swoje podobieństwo, a osoba ludzka bez reszty oddaje się w miłości Bogu.
Niektórzy dostępują daru modlitwy kontemplacyjnej. Kontemplacja jak nam podpowiada księga Pieśni nad Pieśniami - szuka Tego, „którego miłuje dusza moja O Ty, którego miłuje dusza moja, wskaż mi, gdzie pasiesz swe stada, gdzie dajesz im spocząć w południe, abym się nie błąkała wśród stad Twych towarzyszy” (Pnp 1, 7); „Nocą szukałam umiłowanego mej duszy, szukałam go, lecz nie znalazłam. Wstanę, po mieście chodzić będę, wśród ulic i placów szukać będę ukochanego mej duszy. Szukałam go, lecz nie znalazłam. Spotkali mnie strażnicy, którzy obchodzą miasto. ‘Czyście widzieli miłego duszy mej?’ Zaledwie ich minęłam, znalazłam umiłowanego mej duszy, pochwyciłam go i nie puszczę” (Pnp 3, 1-4). Tym umiłowaniem duszy mojej jest Jezus Chrystus, a w Nim Ojciec.
Kontemplacja jest szczególnym byciem we dwoje w miłości przyjaznej. To dar wielkiej zażyłości przyjaznej z Bogiem, w której zatraca się ludzkie „ja” w Bożym „Ty”, stając się jednym swoistym „My”. Często występuje w takiej modlitwie dopuszczenie do głębokich tajemnic Bożych, przekazania niezwykłych poleceń, jakie można zawierzyć tylko wypróbowanemu przyjacielowi. Rezultatem tak przeżytej miłości na modlitwie kontemplacyjnej jest radykalna zmiana stylu życia na całkowicie i bez reszty oddanego Bogu, z całkowitym przekreśleniem świata. Jest to zgoda człowieka na przyjęcie szczególnego wymiaru miłości, jaką jest kochany, i chce na nią odpowiedzieć jeszcze bardziej kochając (por. K 2712). W takiej modlitwie 'Ojciec sprawia w nas „przez Ducha swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka”, by Chrystus zamieszkał przez wiarę w naszych sercach i abyśmy zostali „wkorzenieni i ugruntowani w miłości i zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą” (Ef 3, 16-17)' (por. K 2714).
Kontemplacja jest przede wszystkim milczeniem, a nie mówieniem, jest milczącą miłością. Słowa w kontemplacji nie mają charakteru dyskursywnego, lecz są niczym iskry, które zapalają ogień miłości. W tym milczeniu, nieznośnym dla człowieka 'zewnętrznego', Ojciec wypowiada do nas swoje Słowo, które przyjmuje ciało, cierpi, umiera i zmartwychwstaje, a Duch przybrania za synów pozwala nam uczestniczyć w modlitwie Jezusa (por. K 2717).
Miejsce, czas zaistnienia i czas trwania zależy od Bożego Dawcy kontemplacji, a nie człowieka obdarowanego. Człowiek może sprawiać odpowiedni klimat do zaistnienia daru. Miłość do której dochodzimy poprzez kontemplację to wielkoduszny, więcej nawet, całkowity dar z siebie dla umiłowanej istoty, którą jest Bóg. „Kto skąpo sieje, ten skąpo i zbiera, kto zaś hojnie sieje, ten hojnie i zbierać będzie. Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 9, 6-7). Jeśli modlitwę pojmiemy jako zasiew pod żniwo miłości, staje się oczywista potrzeba modlitwy całkowitego zawierzenia i umiłowania ponad wszystko. Jeśli czynić to będziemy z radością, to i miłość Bożą od Niego otrzymana napełni nas wielką radością i szczęściem.
Spotkałem wielu niepozornych, nawet nie uznanych społecznie ludzi kontemplacji i nie wstydzę się, że im zazdrościłem. Z zazdrości chyba zbierałem okruszki ich spisanych przeżyć na tajemniczych spotkaniach z Bogiem.
'Jezus w czasie swego ziemskiego życia, swojej agonii i swojej męki poznał i umiłował nas wszystkich i każdego z osobna oraz wydał się za każdego z nas: „Syn Boży... umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2, 20). Umiłował nas wszystkich ludzkim sercem. Z tego powodu Najświętsze Serce Jezusa, przebite za nasze grzechy i dla naszego zbawienia [„Jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 34)], jest uważane za znak i wyjątkowy symbol tej miłości, którą Boski Odkupiciel miłuje nieustannie Wiecznego Ojca i wszystkich ludzi bez wyjątku' (K 478)
Czcimy ten Jego wyjątkowy znak i symbol w nabożeństwach do Najświętszego Serca Jezusowego w miesiącu czerwcu, oraz w każdy pierwszy piątek miesiąca. Przez wystawienie Najśw. Sakramentu czynimy Go obecnym wśród nas. Śpiewamy litanię. Zawierzamy się Jego Sercu.
W litanii rozważamy tajemnicę Jezusowej miłości ku nam, oczekując odmiany serc naszych według Serca Jego. A oto kilka z nich:
- Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, uczyń serca nasze według Serca Twego.
- Serce Jezusa dobroci i miłości pełne, uczyń serca nasze według serca Twego.
- Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, uczyń serca nasze według serca Twego.
- Serce Jezusa hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, uczyń serca nasze według serca Twego.
- Serce Jezusa z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, uczyń serca nasze według serca Twego.
- Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, uczyń serca nasze według Serca Twego.
- Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne. Uczyń serca nasze według Serca Twego.
- Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy. Uczyń serca nasze według Serca Twego.
- Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze. Uczyń serca nasze według Serca Twego.
- Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności. Uczyń serca nasze według serca Twego.
Z zawierzenia Sercu Jezusowemu podkreślamy, że przez miłość naszą należymy do Niego. 'O Jezu Najsłodszy Odkupicielu rodzaju ludzkiego, wejrzyj na nas z ufnością uciekającym się do Ciebie. Twoją jesteśmy własnością i do Ciebie należeć chcemy. Oto dziś każdy z nas oddaje się dobrowolnie Najświętszemu Sercu Twemu, aby jeszcze ściślej zjednoczyć się z Tobą i z sobą. (Wg aktu zawierzenia Najśw. Sercu Jezusowemu).
W całym nabożeństwie do Najśw. Serca Jezusowego sięgamy do Ojca Przedwiecznego, który „zachowuje przymierze i miłość do tysięcznego pokolenia względem tych, którzy Go kochają” (Pwt 7, 9).
Przyobiecał nam Pan: ku wam będzie po wszystkie dni „skierowane oczy i serce Jego” (1 Krl 9, 3). Zawierzamy Mu, to jest dla nas „całe wielkie dobro” (1 Krl 17, 19).
„Panie, Ty jesteś pasterzem w prawości serca i swoją ręką roztropnie nas prowadzisz” (Ps 78, 72).
Najpierw „wezbrało serce nasze słowem wdzięcznym” (Ps 45, 2). Wiele Twoich działań na naszą korzyść są dziełem Twego Serca, a my „śpiewać będziemy pieśń ku czci miłującego serca” (Ps 45, 2). I prosimy: „Oby słowa ust naszych i myśli naszego serca znalazły łaskę u Ciebie, Panie, opoko nasza i odkupicielu” (Ps 19, 15). Bo „osłabliśmy i połamani jesteśmy bardzo, jęczymy ze zgryzoty naszego serca” (Ps 38, 9), „serca nasze tłuką się” (w. 11). „Serca nasze ustają” (Ps 40, 13). „Szczęśliwi, którzy złożyli swą nadzieję w Panu” (Ps 40, 5).
Szczęśliwi, bo gdy „gorzknieją serca nasze, Ty nas bierzesz za prawe ręce” (Ps 73, 21. 23). Bo „Ty byłeś Pasterzem w prawości Serca i swoją ręką roztropnie nas prowadziłeś” (Ps 78, 72).
„Kiedy w sercu naszym mnożą się niepokoje, koją nam dusze pocieszenia Twoje” (Ps 94, 19).
„Szczęśliwi ludzie których siła w Tobie, którzy w sercach mają drogę do Ciebie, Panie” (Ps 84, 6) „i przywiedli serca do mądrości Twojej” (Ps 90, 12). „Ufne są serca nasze, będziemy śpiewać i grać Panu” (Ps 108, 2). „Mocne są serca nasze i nie boimy się [żadnych przeciwności]” (Ps 112, 8).
Bóg miłującego Serca pyta nas jak starotestamentalnego Jehu Jonadaba, pytał o wzajemność: „Czy serce twoje jest szczere, jak serce moje w stosunku do serca twego?” Odpowiedział Jonadab: „Tak jest! Jeżeli tak podaj mi swoją rękę” (2 Krl 10, 15).
I prosi nas Bóg Miłującego Serca jak Tobiasz Ojciec swego syna Tobiasza: „Nie wymazuj moich zaleceń z serca swego” (Tb 4, 19). I prosi naszą wspólnotę małego przymierza, abyśmy „nie kusili Boga w sercach swoich żądając...” (Ps 78, 18), jakoby wystawiając Jego miłujące Serce na próbę, jakoby Go sprawdzając w niedowierzaniu swoim.
My „nakłoniliśmy serca nasze do wypełnienia ustaw Twoich zawsze i do końca” (Ps 119, 112). I „modlimy się przed obliczem Twoim z całego serca, zmiłuj się nad nami wedle słowa Twego” (Ps 119, 58).
„Kiedy zbadasz serca nasze, nawiedzisz nas nawet w nocy, ogniem wypróbujesz nas, nie znajdziesz nic, zła myśl nie przeszła przez nas” (Ps 17, 3). Dlatego „błogosławimy Pana, który wsparł nas radą, nawet w nocy nasze serca nas upominają” (Ps 16, 7).
Bóg w Synu swoim zaprasza nas do nauki pięknego miłowania, na wzór Jego Serca. Zaprasza i ostrzega: „Strzeżcie się, by serca wasze nie pozwoliły się omamić, abyście nie odeszli i nie służyli obcym bogom” (Pwt 11, 16) i więcej nawet niż ostrzega: „Pan dotknie was obłędem, ślepotą [duchową] i niepokojem serc” (Pwt 28, 28). Skarży się na niektóre wspólnoty przymierza: „Zamykają oni swe nieczułe serca” (Ps 17, 10), choć „twardej na końcu mogą doznać klęski” (Syr 3, 17).
Bóg zapraszając nas do swej szkoły miłości nie pomija żadnego z naszych serc: ani „serca wyschniętego i zdeptanego jak trawa” (Ps 102, 5), ani serc „trudami przygiętych” (Ps 107, 7), ani „serc zranionych i strapionych śmiertelnie” (Ps 109, 22. 16), bo On „opatrzy rany serc złamanych” (Iz 61, 1). Bóg zaprasza ku swemu Sercu ludzkie „serca zwiedzione” (Iz 44, 2); „zniechęcone, którym biada” (Syr 2, 13); „rozgniewane” (Syr 4, 3); „serca zniewolone zachciankami” (Syr , 2); „serca owładnięte urojeniami” (Jr 23, 16); „serca tchórzliwe, którym biada” (Syr 2, 12). Nawet nie pomija „serc nadętych” (Ps 101, 5), ani „serc hardych” (Iz 9, 8), ani „serc leniwych, które czekają bez skutku” (Przy 13, 4), ani „serc dwoistych” (Syr 1, 28), ani „obrzydłych Panu serc wyniosłych” (Prz 16, 5), ani „serc z siedmioma ohydami” (Prz 26, 25), ani „serc pełnych zdrady” (Syr 1, 30), ani „serc zbuntowanych” (Iz 57, 17). Czeka tylko na jakieś otwarcie się każdego serca przed Jego Sercem, aby każdy umiał się otworzyć wobec serca umiłowanej osoby. Obiecuje nam: „daję wam serca mądre i rozsądne” (2 Krl 3, 12), abyśmy chcieli i stawali się sługami Pańskimi jak Dawid: „który zachował Moje polecenia i który postępował za Mną z całego serca swego” (2 Krl 3, 12). Abyśmy „w sercach słowa ust Jego chowali” (Hi 23, 12).
Idąc za słowami Pana do Jehu odczytujemy jeszcze jedną obietnicę, która jest niespodzianką i tajemnicą urzekającą: „Ponieważ dobrze wykonałeś, co było słuszne w moich oczach, według wszystkich zamiarów mego serca postąpiłeś z domem [Achaba], przeto...” (2 Krl 10, 30), tu zapisana jest obietnica dla Jehu i jego domu. Swojej obietnicy nikt nie zna do końca, ale niechybnie jest i będzie spełniona przez Pana.
Prosi nas dziś Pan: „Nie zatwardzajcie serc waszych” (Ps 94, 8), bo „kto serce zatwardza wpadnie w nieszczęście” (Prz 28, 14). A my wierzymy i ufamy, że jak Salomon „odesłał lud do namiotów - ludzi radosnych i wdzięcznych w sercu za te wszystkie dobrodziejstwa, jakie Pan wyświadczył swemu ludowi” (2 Krn 7, 10), tak i nas odeślesz radosnych i wdzięcznych z pobliża Twego Serca mądrzejszych i pełniejszych o Twoją miłość.
Za Nowym Katechizmem zadajemy sobie pytanie: 'Dlaczego jednak Bóg nie stworzył świata tak doskonałego, by żadne zło nie mogło w nim istnieć? W swojej nieskończonej mocy Bóg zawsze mógłby stworzyć coś lepszego. W swojej nieskończonej mądrości i dobroci Bóg chciał jednak w sposób wolny stworzyć świat "w drodze" do jego ostatecznej doskonałości. To stawanie się dopuszcza w zamyśle Bożym pojawianie się pewnych bytów, a zanikanie innych; dopuszcza obok tego, co najdoskonalsze, także to, co mniej doskonałe; obok budowania natury, również zniszczenia. Obok dobra fizycznego istnieje zatem także zło fizyczne tak długo, jak długo stworzenie nie osiągnie swojej doskonałości’ (K 310). Można dodać: istnieje zło niewielki, duże, wielkie, niepojęte, przerażające, które czekają na okruch miłości, nawet niewielką miłość, aż do miłości heroicznej.
Życie w miłości Bożej to ciągłe doskonalenie siebie, innych ludzi i świata. Jest to nieustanne, z miłością czynione uwalnianie świata rzeczy i ludzi od zła, poprzez współpracę przyjaźni z Bogiem.
Miłość jest duszą świętości, do której wszyscy są powołani, kieruje wszystkimi środkami uświęcenia, formuje je i do celu prowadzi Pięknie to rozumie św. Teresa z Lisieux: Zrozumiałam, że skoro Kościół jest ciałem złożonym z różnych członków, to nie brak mu najbardziej niezbędnego, najszlachetniejszego ze wszystkich. Zrozumiałam, że Kościół posiada Serce i że to Serce płonie Miłością. Zrozumiałam, że jedynie Miłość pobudza członki Kościoła do działania i gdyby przypadkiem zabrakło Miłości, Apostołowie przestaliby głosić Ewangelię, Męczennicy nie chcieliby przelewać swojej krwi... Zrozumiałam, że Miłość zamyka w sobie wszystkie powołania, że Miłość jest wszystkim, obejmuje wszystkie czasy i wszystkie miejsca... jednym słowem, jest wieczna! (K 826).
Kościół... uznawany jest przez wiarę za niezachwianie święty. Albowiem Chrystus, Syn Boży, który wraz z Ojcem i Duchem Świętym doznaje czci jako «sam jeden Święty», umiłował Kościół jako oblubienicę swoją, siebie samego zań wydając, aby go uświęcić; złączył go też ze sobą jako ciało swoje i hojnie obdarzył darem Ducha Świętego na chwałę Bożą. Kościół jest więc świętym Ludem Bożym, a jego członkowie są nazywani "świętymi". Kościół zjednoczony z Chrystusem jest uświęcany przez Niego; przez Niego i w Nim staje się on również uświęcający.
Kościół już na ziemi naznaczony jest prawdziwą, choć niedoskonałą jeszcze świętością. Członkowie Kościoła powinni dążyć do doskonałej świętości: Wyposażeni w tyle i tak potężnych środków zbawienia, wszyscy wierni chrześcijanie jakiejkolwiek sytuacji życiowej oraz stanu powołani są przez Pana, każdy na właściwej sobie drodze, do świętości doskonałej, jak i sam Ojciec doskonały jest (K 823-826).
Na czym polega dążenie do doskonałej świętości? Najpierw na potraktowaniu wezwania do świętości na serio. Abyśmy mogli na własną miarę za Jezusem Chrystusem powiedzieć Bogu-Ojcu; „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 30); to znaczy dążyli do coraz ściślejszej komunii z Nim; poznania, dążenia przez wiarę nadzieję i miłość. Abyśmy mogli na własną miarę za Jezusem Chrystusem powiedzieć Bogu-Ojcu; „Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14, 11); „Wszystko, co ma Ojciec jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi” (J 16, 15); Abyśmy mogli na własną miarę za Jezusem Chrystusem powiedzieć Bogu-Ojcu; „Od Boga wyszedł i do Boga idzie” (J 13, 2); „Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14, 11); „Wszystko bowiem, moje jest Twoje, a Twoje jest moje” (J 17, 10). Jest to więc wzajemne przenikanie tajemnicy sacrum, tego co stanowi istotę Bożej odrębności, czyli świętości. Może ona doskonalić się, albo zanikać, co zależy przede wszystkim od łaskawości Bożej, ale i ludzkiego starania.
'Słowo stało się ciałem, by być dla nas wzorem świętości: „Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode mnie...” (Mt 11, 29). „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przez Mnie” (J 14, 6). (K 459).
Dążenie na serio do świętości to gotowość do dawania świadectwa naszego zwierzenia Bogu w wierze, nadziei i miłości, aż do śmierci męczeńskiej za Chrystusa i Jego sprawę, bo i On umarł i zmartwychwstał za nas i nasze zbawienie, a z którym jesteśmy złączeni przez wiarę, nadzieję, a przede wszystkim miłość.
Od początku istnienia Kościoła byli mężczyźni i kobiety, którzy nawet zrezygnowali z wielkiego dobra małżeństwa, by iść za Barankiem, dokądkolwiek się uda (por. 1 Kor 7, 32), by troszczyć się o sprawy Pana i starać się Jemu podobać (por. 1 Kor 7, 32), by wyjść naprzeciw przychodzącemu Oblubieńcowi. Sam Chrystus powołał niektórych, by szli za Nim, przyjmując taki sposób życia, którego On pozostaje wzorem: Dziewictwo dla Królestwa Bożego (K 1618-1619)
Ojciec Święty Jan Paweł II zatroskany o los nowej ewangelizacji w Kościele pisze w swej adhortacji Christifideles Laici (16): ‘Wszyscy wierni z tytułu swej przynależności do Kościoła otrzymują powszechne powołanie do świętości i w nim uczestniczą. Są nimi objęci na pełnych prawach i na równi ze wszystkimi innymi członkami Kościoła także świeccy: „wszyscy chrześcijanie jakiegokolwiek stanu i zawodu powołani są do pełni życia chrześcijańskiego i do doskonałości miłości, wszyscy więc zachęcani są do osiągania świętości i doskonałości własnego stanu’.
‘Powołanie ludzi świeckich do świętości – pisze dalej Jan Paweł II (CHL (17) -oznacza wezwanie, by żyli oni wedle Ducha włączeni w rzeczywistość doczesną i poprzez uczestnictwo w działalności ziemskiej. Raz jeszcze napomina Apostoł: „Wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko czyńcie w imię Jezusa Chrystusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego” (Kol 3, 17). Odnosząc te słowa do świeckich, Sobór kategorycznie stwierdza: „Ani troski rodzinne, ani inne sprawy świeckie nie powinny pozostawać poza sferą ich życia duchowego”. Ojcowie synodalni zaś mówią na ten temat: „Ogromne znaczenie posiada spójność życia wiernych świeckich, jako tych, którzy winni dążyć do świętości w normalnych warunkach życia zawodowego i społecznego. Dlatego w odpowiedzi na swe powołanie winni traktować codzienne zajęcia jako okazję do tego, by zbliżać się do Boga, spełniać Jego wolę i służyć innym ludziom, prowadząc ich do komunii z Bogiem w Chrystusie’.
Ludzie świeccy żyjąc w świecie w rzeczywistości doczesnej doświadczają jej „zeświecczenia”, przeciwstawnego do „sacrum”, tego co Boże. Uczestnictwo w działalności ziemskiej może człowieka oczarować, pochłonąć dla siebie, odciągać od Boga. W tej rzeczywistości ziemskiej on zawierza całe życie Bogu. Jego Prawdzie, Jego Dobru. W tej rzeczywistości ziemskiej on odnajduje drogi nadziei, jak poprzez pracę, życie społeczne, życie kulturalne osiągnąć szczęście wieczne. W tej rzeczywistości ziemskiej uczy się miłować Boga i bliźnich ze względu na Boga. Świecki kandydat do świętości wprzęga wszystko, czym żyje na codzień, co robi w danej chwili w proces swego uświęcenia, czyni to w obliczu Boga, z Nim, w Nim i dla Niego.
Wielką przeszkodą w narodzinach świętych świeckich apostołów są pewne stereotypy myślenia o świętości. Dostrzega się przede wszystkim świętych uznanych przez Kościół, którzy dla osiągnięcia szczególnej więzi z Bogiem uciekają od grzesznego świata na pustkowie, do klasztoru, w szczególne środowisko religijne, bo w żyjąc w zepsutym i grzesznym świecie nie można świętości osiągnąć. Dostrzega się świętych jako tych, którzy świętość - swą duchową wielkość - potwierdzają heroicznymi cnotami, ogołoceniem, wyrzeczeniem; niezrozumiałym dla nich totalnym posłuszeństwie przełożonym; czynami znaczącymi w życiu Kościoła, cudami za życia czy po śmierci, a nie zwyczajnym życiem małżeńskim, pełnieniem szarych obowiązków codziennej pracy w świecie i dla świata, ale dzięki czynieniu ich dobrze ze względu na przyjaźń z Bogiem, uświęcanie się przez nie. Święty w tym stereotypie odróżnia się od „pospolitej reszty” stylem życia pełnym wyrzeczeń ziemskich dóbr (rodziny, własności, wolności), jakby nie mógł zostać świętym w „pospolitej reszcie”, tylko za Pan-brat z Chrystusem. Taka świętość jest dla ludzi żyjących w świecie, w małżeństwie i w rodzinie, w nieustannej pracy dla tegoż świata, małżeństwa i rodziny bardzo trudno dostępna. Dlatego świeccy chrześcijanie którzy chcą żyć „normalnie”, na miarę swych codziennych możliwości czują się jakby z racji swego życia w świecie i poniekąd dla świata zwolnieni z obowiązku dążenia do świętości, a tym bardziej prowadzenia innych do świętości. A przecież świętość świeckich to najpierw świadomość, że w jego konkretnym świecie, w którym żyje i pracuje jest z nim Emanuel-Bóg z nami, bo w tym naszym świecie wyznaczył mu stałe miejsce spotkań, dialogu, współżycia i współpracy. Wielkość posłuszeństwa wiary może się wyrażać również w małych formach życia na codzień według Jego zamysłu i woli. Miłość do kochającego Emanuela-Boga z nami może być wyrażona w czynach niepozornych i banalnych, bo takie jest prawo miłości. Apostolstwo świętości, czyli życia z Bogiem i współpracy z Nim to nic nadzwyczajnego, ale prosta konsekwencja własnego religijnego spełnienia. Apostolstwo świętości to dawanie świadectwa w moim świecie, w świecie, który Bóg dał mi do własnego uświęcenia, i jak gdyby po drodze, do uświęcenia innych ludzi żyjących tym samym światem. Chrystus w swej arcykapłańskiej modlitwie za nich mówił do Ojca: „Nie proszę, abyś ich zabrał z tego świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie” (J 17, 15-19). Chrystus nie czeka na ich ucieczkę od świata przed jego grzesznością, ale ich tylko przed jego grzesznością broni. Chrystus nie oczekuje ich bezgrzeszności, aby posłać do świata dla uświęcania go, ale posyła ich, choć przydarzają się im grzechy, ale są grzesznikami którzy miłują Chrystusa, który „za nich poświęca w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie”.
Nowa ewangelizacja ku której zmierzamy, to ewangelizacja ludzi świeckich, którzy sami stają się świętymi, czyli bliskimi Bogu przez więzi wiary, nadziei i miłości w świecie, świat ku Bogu zbliżają, Boga w świat codzienności ludzkiej wplatają.
Miłość, to najpierw cześć dla tego, co stanowi tajemnicę Boga i całej rzeczywistości sacrum, tego co święte. Słownictwo biblijne ujmuje to skrótowo jako cześć dla imienia Bożego bo imię Boże uważa za istotę tego co Boże, tego co święte. Jest to swoista wrażliwość na to, co święte, szlachetne uczulenie. Stały zaś nawyk czci tego, co święte nazywamy cnotą religijności. Jest to najpierw pełne czci nastawienie wewnętrzne na obecnego w nas Boga przez wiarę, w której Mu się zawierzamy, w nadziei, którą całkowicie w Nim kotwiczymy, a przede wszystkim w miłości która przeżywamy. Do tego wewnętrznego nastawienia pełnego czci dla wielkości i dobroci Boga dołączają się zewnętrzne oznaki czci, które mogą być zgodne z wielowiekowym obyczajem, albo tylko z upodobaniem miłującego syna ludzkiego, córki. Również skala tej czci może zaczynać się od bojaźni i lęku przed tym, co święte, a sięgać do uwielbienia i ekstazy.
Szacunkowi dla imienia Pana naszego, Jezusa Chrystusa uwłacza nieodpowiednie używanie imienia Boga, Jezusa Chrystusa, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych. Uwłacza również samemu „wierzącemu" człowiekowi, stąd sąd o jego wierze bierzemy w cudzysłów. Również nie dotrzymanie przyrzeczenia danego w imię Boże jest angażującego cześć, wierność, prawdomówność i autorytet Boga, dla potwierdzenia swej kłamliwej obietnicy uwłacza Bogu „czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki” (1 J 1, 10).
Nie do pogodzenia z elementarną - ale pełną czci - miłością Boga jest bluźnierstwo, które polega na wypowiadaniu przeciw Bogu - wewnętrznie lub zewnętrznie - słów nienawiści, wyrzutów, wyzwań; na mówieniu źle o Bogu; na braku szacunku względem Niego w słowach, na nadużywaniu imienia Bożego. Św. Jakub piętnuje tych, którzy „bluźnią zaszczytnemu Imieniu (Jezusa), które wypowiedziano nad (nimi)” (Jk 2, 7). Ze swej natury jest grzechem ciężkim (por. K 2148).
Przekleństwa posługujące się imieniem Boga bez intencji bluźnierstwa są nie tylko brakiem szacunku wobec Pana, ale bezmyślnością, głupotą i grubiaństwem, nie licującym z godnością człowieka-Stworzenia Bożego, a tym bardziej syna czy córki Boga; przyjaciela Boga.
Tu pozostaje nam pewien dług do spłacenia wobec miłującego nas Boga, który pierwszy wymówił nasze imię w zamyśle życzliwości dając nam życie i ubogacając je łaskami wysłużonymi przez Syna Jednorodzonego. Ten dług to nie tylko nowa kultura rozmowy z Nim, ale i rozmawiania o Nim: najszlachetniejsze partnerstwo, jak z mądrym i dobrym Ojcem, a nie niewolnictwo; miłość pełna uwielbienia i czci, a nie lęk; zażyłość, a nie spoufalenie; bliskość, ale nie kumplowskie poklepywanie po ramieniu.
Ten problem jest też ważnym elementem nowej ewangelizacji: Jak współczesnemu człowiekowi mówić o Bogu, aby Go całym swoim „ja” chciał dla siebie i miłował z całej duszy i serca, a nie tylko był dla niego ubezpieczeniem na wypadek, gdyby po drugiej stronie życia jednak „coś” było. Ludzie o sobie nie potrafią pięknie mówić, a tylko się wzajemnie pokazują, tym mniej potrafią mówić o nie wypowiedzianym, ale i nie pokazywalnym w telewizji. Więcej; brutalizacja mowy o ludziach, nie sprzyja kulturze mowy o Bogu. Nawet poeci w tym czasie marnym nie pomagają nam pięknie mówić o Bogu.
Tu trzeba jeszcze wspomnieć o innym przejawie miłości do Boga: godnym traktowaniu osób, rzeczy i miejsc poświęconych Bogu i w ten sposób okazywaniu Mu miłości. Niegodne traktowanie osób, rzeczy i miejsc poświęconych Bogu nazywa się świętokradztwem i uwłacza miłości Boga, bo jest niejako okradaniem Boga z czci Jemu należnej w ludziach, w rzeczach i w miejscach Jemu poświęconych. Dziś jest to szczególny znak braku miłości Bożej, kiedy fala brutalizacji życia dotyka szczególnie ludzi Bogu poświęconych, krzyży (cmentarnych), wizerunków, figur i obrazów, świątyń, kaplic. Nie wiemy ile w tym jest bezmyślności, ile prowokacji ile już pogardy i nienawiści. Miłujący Boga mogą i powinni szukać możliwości przeciwstawienia się niegodnemu traktowaniu osób, rzeczy i miejsc poświęconych Bogu. Mogą i powinni tworzyć nową kulturę życzliwego, przyjaznego odniesienia nie tylko do tego, co święte, co nosi godność osoby ludzkiej, ale i do tego, co inni darzą miłością. Bo prawdziwa miłość domaga się od nas nie tylko poszanowania godności osoby ludzkiej, ale i tego wszystkiego, co miłuje i stanowi cząstkę jego „ja”, jego domu, jego pamiątek, jego symboli. Tu szczególnie liczy się delikatność uczuć i wrażliwość na cudze wartości, bez których nie sposób mu żyć, doskonalić się i osiągać choć małe szczęście.
Chciałbym szczególnie zaakcentować okazanie miłości Bogu mieszkającemu w zabytkowych świątyniach, do których trafimy na szlakach wędrówek turystycznych. Pamiętajmy nie tylko o pięknym domu Bożym, ale i o jego Gospodarzu. Podziwiajmy miłość Syna Bożego, który i tam się zatrzymał w drodze do Emaus, a nie tylko piękno Jego domu. Okażmy Mu religijną cześć, choćby tylko ze względu na miłość budowniczych, która jest znakiem ich miłości i wyzwaniem dla miłości naszej. Zostawmy to miejsce czystym, jak nasza miłość ku Niemu.
Chciałbym też zaakcentować okazanie miłości Bogu mieszkającemu w świątyniach innych wyznań i religii, które z równie wielką czcią winniśmy nawiedzać. Ta cześć ma swe źródło nie tylko w dobrym wychowaniu, w kulturze dobrego traktowania tego, ci inni czczą i miłują, ale z pobudek religijnych. Ojciec św. Jan Paweł II w encyklice (Redemptor hominis 11) nawiązując do nauczania soborowego, odwołał się do starożytnej doktryny sformułowanej przez Ojców Kościoła, według której konieczne jest uznanie „ziaren Słowa” obecnych i działających w różnych religiach. Doktryna ta pozwala nam stwierdzić, ‘że na różnych wprawdzie drogach, ale przecież jakby w jednym kierunku postępuje to najgłębsze dążenie ducha ludzkiego, które wyraża się w szukaniu Boga, a zarazem w szukaniu - poprzez dążenie do Boga - pełnego wymiaru człowieczeństwa, pełnego sensu życia ludzkiego’. Te „ziarna Słowa”
budzą wiarę wyznawców innych religii o obecności Jedynego Boga w ich w ich świątyniach. My okazujemy szacunek nie tylko dla ich wiary, ale i dla mieszkającego w niej Jedynego Boga.
„Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić. Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszystkie twe zajęcia. Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci Pana, Boga twego. Nie możesz przeto w dniu tym wykonywać żadnej pracy” (Wj 20, 8-10).
Objawienie Boże łączy szabat z dziełem stworzenia: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1). Poetycki styl narracji Księgi Rodzaju – pisze Jan Paweł II w liście apostolskim O świętowaniu niedzieli (8) dobrze wyraża zdumienie człowieka w obliczu ogromu stworzenia oraz płynące stąd uwielbienie dla Tego, który wszystkie rzeczy wyprowadził z nicości. Stronice te mają głęboką wymowę religijną - są hymnem na cześć Stwórcy wszechświata i ukazują Go jako jedynego Pana, przez co odpierają pojawiające się wciąż na nowo pokusy ubóstwienia samego świata, a zarazem są hymnem opiewającym dobroć rzeczywistości stworzonej, ukształtowanej przez wszechmocną i miłosierną dłoń Boga. «Bóg widział, że były dobre» (por. Rdz 1, 10. 12 itd.)... Bezpośrednio po opisach stworzenia Biblia celowo uwypukla dramatyczny kontrast między wielkością człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boże....
Wszechświat jest dziełem rąk Boga, nosi zatem znamię Jego dobroci. Jest piękny i godny podziwu, zasługuje na to, byśmy się nim cieszyli, ale istnieje też po to, abyśmy go uprawiali i rozwijali. Potrzeba «dokończenia» dzieła Bożego otwiera w świecie przestrzeń dla ludzkiej pracy. „Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował” (Rdz 2, 2)... «Praca» Boga jest niejako przykładem dla człowieka. Jest on bowiem powołany nie tylko do tego, by mieszkać w świecie, ale by go «budować», stając się w ten sposób «współpracownikiem» Boga (DD 10).
Skoro «praca» Boga, opisana na pierwszych stronicach Księgi Rodzaju, jest przykładem dla człowieka, to jest nim również Boży «odpoczynek». „Odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął” (Rdz 2, 2)... Odpoczynek Boga w siódmym dniu... oznacza, że zatrzymał się On przed dziełem swoich rąk, kierując ku niemu spojrzenie pełne radości i zadowolenia, gdyż było «bardzo dobre» (Rdz 1, 31). Jest to więc spojrzenie... ku człowiekowi, który jest zwieńczeniem stwórczego dzieła. W tym spojrzeniu można już w pewien sposób dostrzec «oblubieńczy» charakter relacji, jaką Bóg pragnie nawiązać ze stworzeniem uczynionym na Jego obraz, powołując je do zawarcia z Nim przymierza miłości (DD 11).
”Bóg pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym” Rdz 2, 3). Tak więc nakaz świętowania szabatu, który w pierwszym Przymierzu przygotowuje niedzielę nowego i wiecznego Przymierza, sięga korzeniami do samej istoty Bożego zamysłu (DD 12).
Tak więc dzień odpoczynku zawdzięcza swój charakter przede wszystkim temu, że Bóg go «pobłogosławił» i «uświęcił», to znaczy oddzielił od pozostałych dni, aby był pośród nich «dniem Pańskim»... Każda bez wyjątku rzeczywistość winna być podporządkowana Bogu. Do Niego należą czas i przestrzeń. On nie jest Bogiem jednego tylko dnia, ale wszystkich dni człowieka. Jeśli zatem Bóg «uświęca» siódmy dzień szczególnym błogosławieństwem, tak że staje się on «Jego dniem» w pełnym tego słowa znaczeniu, to należy to rozumieć właśnie w kontekście tej głębokiej dynamiki dialogu przymierza, a w istocie rzeczy dialogu «oblubieńczego». Jest to dialog miłości, który nigdy nie ustaje... (DD 14)
W rzeczywistości cale życie człowieka i cały ludzki czas powinien być przeżywany jako akt uwielbienia i dziękczynienia składanego Stwórcy. Jednakże więź człowieka z Bogiem musi się wyrażać także w chwilach szczególnej modlitwy, aby stawać się głębokim dialogiem, ogarniającym wszystkie wymiary osoby. «Dzień Pański» jest dniem najpełniej wyrażającym tę więź; w tym dniu człowiek wznosi swój głos do Boga, stając się rzecznikiem całego stworzenia... (DD 15)
Przykazanie Dekalogu, w którym Bóg poleca zachowywać szabat, wyrażone jest w Księdze Wyjścia w znamiennej formule: „Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić” (Wj 20, 8). Nieco dalej natchniony tekst uzasadnia ten nakaz, przypominając dzieło dokonane przez Boga: «W sześciu dniach bowiem uczynił Pan niebo, ziemię, morze oraz wszystko, co jest w nich, w siódmym zaś dniu odpoczął. Dlatego pobłogosławił Pan dzień szabatu i uznał go za święty» (Wj 20, 11). Przykazanie wskazuje najpierw na fakt, o którym należy „pamiętać”, a dopiero potem nakazuje coś „czynić” (DD 16).
Jeśli jest prawdą, że Słowo stało się ciałem, «gdy nadeszła pełnia czasu» (por. Ga 4, 4), to prawdą jest również, że mocą swej własnej tajemnicy, jako odwieczny Syn Ojca, jest Ono początkiem i końcem wszechświata. Stwierdza to św. Jan w Prologu swojej Ewangelii: „Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało” (J 1, 3). Podkreśla to również św. Paweł, pisząc do Kolosan „w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne (...). Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone” (Kol 1, 16). Ta czynna obecność Syna w stwórczym dziele Boga objawiła się w pełni w tajemnicy paschalnej, kiedy Chrystus, powstając z martwych jako „pierwszy spośród tych, co pomarli” (1 Kor 15, 20), dał początek nowemu stworzeniu oraz zainicjował proces, który On sam doprowadzi do końca, gdy powróci w chwale i „przekaże królowanie Bogu i Ojcu (...), aby Bóg był wszystkim we wszystkich” (1 Kor 15, 24. 28) (DD 8).
Szabat łączy się również z pamiątką wyzwolenia narodu wybranego z niewoli egipskiej: Pamiętaj, że byłeś niewolnikiem w ziemi egipskiej i wyprowadził cię stamtąd Pan, Bóg twój, ręką mocną i wyciągniętym ramieniem: przeto ci nakazał Pan, Bóg twój, strzec dnia szabatu (Pwt 5, 15).
W Nowym Przymierzu łączy szabat czyli ze zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa, pierwszego dnia tygodnia (Mt 28, 1). Jest nim dla nas niedziela. Jest to dzień Chrystusa, w którym On ujawnia swoją miłość do ludzi w dziel odkupienia wszystkich ludzi przez swoją śmierć i zmartwychwstanie jako Syna Bożego Jezusa Chrystusa. Ojciec Św. Jan Paweł II pięknie pisze o niedzieli jako dniu Chrystusa: dniu Paschy pierwszego dnia po sabacie, pierwszego dnia tygodnia, dnia nowego stworzenia i pamięci o zbawieniu, dnia ósmym – zapowiedzi wieczności, dnia Chrystusa – Światłości, dnia Darów Ducha Świętego, dnia wiary, dnia niezastąpionego (DD 19-30).
Niedziela jest dniem Kościoła w którym uobecnia się Jezus Chrystus Zmartwychwstały, a zgromadzenie eucharystyczne jest sercem niedzieli. „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Te słowa Chrystusowej obietnicy nadal rozbrzmiewają w Kościele, to ona stanowi sekret jego żywotności i źródło jego nadziei. Jeżeli niedziela jest dniem zmartwychwstania, to nie tylko jako pamiątka wydarzenia z przeszłości, ale jako świętowanie żywej obecności Zmartwychwstałego pośród wierzących.
Aby we właściwy sposób głosić i przeżywać tę obecność, uczniowie Chrystusa nie mogą poprzestawać na modlitwie indywidualnej ani wspominać Jego śmierci i zmartwychwstania tylko w swoim wnętrzu, w skrytości serca. Wszyscy bowiem, którzy otrzymali łaskę chrztu, zostali zbawieni nie tylko jako pojedyncze osoby, ale jako członki Mistycznego Ciała, włączone do społeczności Ludu Bożego. Ważne jest zatem, by gromadząc się wyrażali w pełni tożsamość Kościoła jako ekklesia - zgromadzenia zwołanego przez zmartwychwstałego Pana, który oddał życie w ofierze, „by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno” (J 11, 52) (DD 31).
Ta rzeczywistość życia Kościoła nie tylko wyraża się w sposób szczególnie głęboki w Eucharystii, ale w pewnym sensie z niej się «wywodzi». Eucharystia karmi i kształtuje Kościół: «Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba» (1 Kor 10, 17). Dzięki tej żywotnej więzi z Sakramentem Ciała i Krwi Pańskiej właśnie w Eucharystii można tę tajemnicę Kościoła najdoskonalej głosić, doświadczać i przeżywać. «Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Te słowa Chrystusowej obietnicy nadal rozbrzmiewają w Kościele, to ona stanowi sekret jego żywotności i źródło jego nadziei. Jeżeli niedziela jest dniem zmartwychwstania, to nie tylko jako pamiątka wydarzenia z przeszłości, ale jako świętowanie żywej obecności Zmartwychwstałego pośród wierzących.
W zgromadzeniu niedzielnym, jak zresztą w każdej liturgii eucharystycznej, spotkanie ze Zmartwychwstałym dokonuje się poprzez udział w dwojakiej uczcie - słowa i Chleba życia. Dzięki pierwszej wierni zyskują zrozumienie historii zbawienia, a zwłaszcza tajemnicy paschalnej, które uczniowie otrzymali od samego zmartwychwstałego Chrystusa: to On sam przemawia, gdyż jest obecny w swoim słowie, «gdy w Kościele czyta się Pismo Święte». Druga urzeczywistnia realną, substancjalną i trwałą obecność zmartwychwstałego Pana poprzez pamiątkę Jego męki i zmartwychwstania, składając w ofierze Chleb życia, który jest zadatkiem przyszłej chwały (DD 39).
Uczta słowa prowadzi w naturalny sposób do uczty Chleba eucharystycznego i przygotowuje wspólnotę do przeżycia jej wielorakich wymiarów, które w Eucharystii niedzielnej zyskują charakter szczególnie uroczysty... To cotygodniowe zgromadzenie jest sposobnością, aby ogarnąć wdzięczną pamięcią wydarzenia ostatnich dni, odczytać je w Bożym świetle, dziękować Stwórcy za niezliczone dary, wielbiąc Go przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, w jedności Ducha Świętego (DD 42).
Msza św. jest żywym przedstawieniem ofiary Krzyża. Pod postaciami chleba i wina..., Chrystus składa samego siebie jako ofiarę Ojcu w tym samym akcie, w jakim ofiarował się na krzyżu. «W tej Boskiej ofierze, dokonującej się we Mszy świętej, jest obecny i w sposób bezkrwawy ofiarowany ten sam Chrystus, który na ołtarzu krzyża ofiarował samego siebie w sposób krwawy». Ze swoją ofiarą Chrystus jednoczy ofiarę Kościoła: «W Eucharystii ofiara Chrystusa staje się także ofiarą członków Jego Ciała. Życie wiernych, składane przez nich uwielbienie, ich cierpienia, modlitwy i praca łączą się z życiem, uwielbieniem, cierpieniami, modlitwami i pracą Chrystusa i z Jego ostatecznym ofiarowaniem się oraz nabierają w ten sposób nowej wartości». Ten udział całej wspólnoty staje się szczególnie widoczny w zgromadzeniu niedzielnym, które pozwala złożyć na ołtarzu miniony tydzień wraz z całym jego ładunkiem ludzkich spraw (DD 43).
Ta jedność wspólnoty staje się bardzo wyraźnie widoczna także dzięki temu, że Eucharystia ma charakter uczty paschalnej, w której sam Chrystus staje się pokarmem. Istotnie, «w tym właśnie celu Chrystus powierzył Kościołowi tę ofiarę: aby wierni uczestniczyli w niej duchowo przez wiarę i miłość, a zarazem sakramentalnie przez udział w uczcie komunii świętej. Uczestnictwo w Wieczerzy Pańskiej jest zawsze komunią z Chrystusem, który składa siebie Ojcu w ofierze za nas»... Ważne jest też, by uświadomić sobie w pełni, jak głęboka więź istnieje między wspólnotą z Chrystusem a wspólnotą z braćmi. Niedzielne zgromadzenie eucharystyczne jest braterskim spotkaniem... Przekazanie znaku pokoju, które... celowo poprzedza komunię eucharystyczną, to gest... potwierdzenie zobowiązania do wzajemnej miłości, jakie podejmują spożywając jeden Chleb, pomni na nakaz zawarty w słowach Chrystusa: „Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj!” (Mt 5, 23-24) (DD 44).
Skoro Eucharystia jest prawdziwym sercem niedzieli, to można zrozumieć, dlaczego już w pierwszych wiekach pasterze nieustannie przypominali swoim wiernym o konieczności uczestniczenia w zgromadzeniu liturgicznym. «W dniu Pańskim porzućcie wszystko - czytamy na przykład w traktacie z III w. zatytułowanym Didaskalia Apostolskie - i spieszcie nie zwlekając na swoje zgromadzenie, bo przez nie oddajecie chwałę Bogu... Kościół przypominał nieustannie o tym nakazie sumienia zakorzenionym w potrzebie wewnętrznej, bardzo mocno odczuwanej przez chrześcijan pierwszych wieków... Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r. po raz pierwszy ujął tę tradycję w formie prawa powszechnego. To samo czyni obecny Kodeks, stwierdzając, że «w niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane, wierni są zobowiązani uczestniczyć we Mszy świętej». Uczestnictwo we Mszy św. jest dla wiernych obowiązkiem, od którego może ich zwolnić tylko poważna przeszkoda... Należy także dołożyć wszelkich starań, aby wszyscy obecni - dzieci i dorośli - czuli się osobiście zaangażowani, umożliwiając im włączenie się w te formy uczestnictwa, które liturgia proponuje i zaleca (DD 46-51). Sposób uczestnictwa jest świadectwem, czy okazujemy Bogu miłość dojrzałą, czy tylko spełniamy przykazanie. Można je opisać w dwu pojęciach; Uczestniczyć, albo tylko być. My chcemy naszą miłość okazywać w uczestnictwie coraz pełniejszym i bogatszym, zwieńczonym Komunią świętą. W ten sposób nie tylko wobec Boga, ale i wobec braci w wierze współuczestniczących okazujemy swoją komunię w wierze i miłości.
'Jak Bóg „odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął” (Rdz 2, 2), tak również życie ludzkie składa się z pracy i odpoczynku. Ustanowienie dnia Pańskiego przyczynia się do tego, by wszyscy korzystali z wystarczającego odpoczynku i czasu wolnego, który mogliby poświęci życiu rodzinnemu, kulturalnemu, społecznemu i religijnemu. Wierni powinni powstrzymać się od wykonywania prac lub zajęć, które przeszkadzają oddawaniu czci należnej Bogu, przeżywaniu radości właściwej dniowi Pańskiemu, pełnieniu uczynków miłosierdzia i koniecznemu odpoczynkowi duchowemu i fizycznemu. W wolnym czasie powinni pamiętać o swoich braciach, którzy mają te same potrzeby i te same prawa, a którzy nie mogą odpoczywać z powodu ubóstwa i nędzy. W pobożności chrześcijańskiej niedziela jest tradycyjnie poświęcona na dobre uczynki i pokorne posługi względem ludzi chorych, kalekich i star-szych. Chrześcijanie powinni także świętować niedzielę. Oddając swojej rodzinie i bliskim czas i staranie, o które trudno w pozostałe dni tygodnia. Niedziela jest czasem refleksji, ciszy, lektury i medytacji, które sprzyjają wzrostowi życia wewnętrznego i chrześcijańskiego' (K 2184-2186).
Świętowania niedziel trzeba bronić we własnym życiu i w życiu bliźnich przed zniewalającym zwyczajem oglądania telewizji. Bycie z sobą i patrzenia w ekran nie oznacza bycia w miłości i tworzenia wspólnoty osób.
Chrześcijanie w imię miłości Boga, a ze względu na Boga - miłości do bliźnich, winni uczynić wiele, albo wszystko aby zapewnić wolność religijną dla świętowania niedzieli tym, którzy dla jakichś ideologicznych, bądź społecznych powodów są jej pozbawieni.
Czas teraz na sięgnięcie to pięknej wypowiedzi o miłości Chrystusa i do Chrystusa, jaką znajdujemy w liście św. Pawła do Rzymian: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk, czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak jest napisane: Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź. Ale we wszystkim tym odnosi-my pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 8, 35-39).
Niezależnie od tego, czy pojmiemy odłączenie „od miłości Chrystusowej”, jako pozbawienie nas skutków Chrystusowego odkupienia, czy jak sami sądzimy - przeżywania tej miłości do Chrystusa, jest to piękne wyznanie mocy jej we wszelkich przeciwnościach. „Odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował”. Autor widzi wielość i różnorodność tych przeciwności. Utratę życia. Prześladowanie, czyli wystawienie na cierpienia ponad ludzką wytrzymałość. Pogarda – „uważają nas za owce przeznaczone na rzeź”. Nadużycie władzy, które autor określa jako „moce” i „Zwierzchności”. Przemożne przyciąganie przez to, co ziemskie, doczesne. Odciąganie nas od miłości do Chrystusa przez ludzi złej woli („inne stworzenie”). Lęk przed przyszłością w łączności z ubogim Mistrzem z Nazaretu? To wszystko przeżywamy dziś w zwielokrotnieniu, w wyrafinowaniu, w formach udoskonalonych i wzbogaconych o nowe środki i sposoby. Ale i dziś „odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował”.
Są jeszcze inne niebezpieczeństwa, niż tu wymienione, które odłączają od miłości Chrystusowej, nie podobne do prześladowań, utrapień i ucisków. Przede wszystkim urzeczenie światem doczesnym, pełnym rzeczywistego blasku i fałszywego blichtru. To urzeczenie sprawia, że człowiek nie chce, bądź nawet już nie może dostrzegać rzeczywistości pozaziemskiej, Bożej. Zdaje mu się ona nie warta zachodu, starania, wyrzeczenia. Następnie urzeczenie współczesnego człowieka wolnością, niczym i przez nikogo nieograniczoną, która zazwyczaj jest zwrócona ku użyciu zmysłowemu. Taka wolność wyklucza posłuszeństwo prawdzie i dobru obiektywnemu, zmierza natomiast do uznania siebie samego za źródło prawdy i za decydenta o dobru lub złu. W tej postawie zauroczenia wolnością, zakochania się w wolności bez granic, nie ma miejsca na Boga, a tym mniej na miłość ku Niemu. W tym kontekście trzeba dostrzec zauroczenie sferą seksu bez miłości, które zmierza do maksymalnego użycia zmysłowego, choćby kosztem użycia osoby ludzkiej. Ogólnym wnioskiem tego zagrożenia współczesnego jest łaknienie życia dla siebie, a nie dla Boga, i nie dla innych ludzi, zwłaszcza tych najmniejszych. Dlatego modlimy się tym goręcej, aby nie zdradziło nas własne serce i prosimy Boga: „Niechaj Pan skieruje serce moje ku miłości Bożej i cierpliwości Chrystusowej” (2 Tes 3, 5), aby bogactwo Twoje stało się rzeczywistością bliskich nam dni. Stąd i napomnienie pod naszym adresem od Jana Apostoła: „Nie miłujcie świata ani tego co jest na świecie! Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Boga (1 J 2, 15).
Miłość do Chrystusa jest odporna na siłę z zewnątrz osoby ludzkiej. Natomiast może słabnąć na skutek naszej słabości, kruchości, wad naszej osobowości.
Wychowanie do miłości, od której nas nic odłączyć nie będzie mogło zmierza do należytego kierowania swymi uczuciami, aby korzystanie z rzeczy ziemskich i przywiązanie do bogactw wbrew duchowi ewangelicznego ubóstwa nie przeszkodziło im w osiągnięciu doskonałej miłości (por. K 2545).
Grzech niszczy lub osłabia miłość ku Bogu. Zwraca się bowiem przeciw posłannictwu Syna Bożego Jezusa Chrystusa, który „zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1, 21), i przeleje „Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26, 28).
'Grzech jest wykroczeniem przeciw rozumowi, prawdzie, prawemu sumieniu; jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr. Rani on naturę człowieka i godzi w ludzką solidarność. Został określony jako słowo, czyn lub pragnienie przeciwne prawu wiecznemu'.
'Grzech jest obrazą Boga: „Tylko przeciw Tobie zgrzeszyłem i uczyniłem, co złe jest przed Tobą” (Ps 51, 6). Grzech przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego nasze serca. Jest on, podobnie jak grzech pierworodny, nieposłuszeństwem, buntem przeciw Bogu spowodowanym wolą stania się 'jak Bóg', w poznawaniu i określaniu dobra i zła (Rdz 3, 5). Grzech jest więc 'miłością siebie, posuniętą aż do pogardy Boga'. Wskutek tego pysznego wywyższania siebie grzech jest całkowitym przeciwieństwem posłuszeństwa Jezusa, który dokonał zbawienia (por. Flp 2, 6-9).
'Źródłem grzechu jest serce człowieka i jego wolna wola, zgodnie z nauczaniem Pana: „Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwa, przekleństwa. To właśnie czyni człowieka nieczystym (Mt 15, 19-20). W sercu także przebywa zasada dobrych i czystych uczynków - miłość, którą rani grzech'.
'Grzech śmiertelny niszczy miłość w sercu człowieka skutek poważnego wykroczenia przeciw prawu Bożemu; podsuwając człowiekowi dobra niższe, odwraca go od Boga, który jest jego celem ostatecznym i szczęściem.
'Grzech śmiertelny, naruszając w nas zasadę życia, którą jest miłość, domaga się nowej inicjatywy miłosierdzia Bożego i nawrócenia serca, które zazwyczaj dokonuje się w ramach sakramentu pojednania.
'Grzech śmiertelny jest - podobnie jak miłość - radykalną możliwością wolności ludzkiej. Pociąga on za sobą utratę miłości i pozbawienie łaski uświęcającej, to znaczy stanu łaski. Jeśli nie zostanie wynagrodzony przez żal i Boże przebaczenie, powoduje wykluczenie z Królestwa Chrystusa i wieczną śmierć w piekle; nasza wolność ma bowiem moc dokonywania wyborów nieodwracalnych na zawsze'. (K 1849-1861).
'Grzech powszedni pozwala trwać miłości, chociaż ją obraża i rani' (K 1855).
'Grzech powszedni osłabia miłość; jest przejawem nieuporządkowanego przywiązania do dóbr stworzonych; uniemożliwia postęp duszy w zdobywaniu cnót i praktykowaniu dobra moralnego; zasługuje na kary doczesne. Grzech powszedni świadomy i pozostawiony bez skruchy usposabia nas stopniowo do pełnienia grzechu śmiertelnego. Grzech powszedni nie czyni nas jednak przeciwnymi woli i przyjaźni Bożej; nie zrywa przymierza z Bogiem. Może być naprawiony po ludzku z pomocą łaski Bożej. 'Nie pozbawia łaski uświęcającej, przyjaźni z Bogiem, miłości ani, w konsekwencji, szczęścia wiecznego' (K 1863). Natomiast zatrzymuje nas w rozwoju miłości i przyjaźni z Bogiem. Dlatego miłość Boża przynagla nas, abyśmy nie pobłażali również grzechom powszednim.
Nie sprzyjają miłości drobne, niepozorne w całości naszego życia, ale istotne sprzeniewierzenia się miłości Bożej, które są zaniechaniem swej szansy na doskonalenie się w niej. Jest to przede wszystkim nie wykorzystanie darów Ducha Świętego, talentów od Boga danych, sprzyjających okoliczności do okazywania miłości. Tacy ludzie mogą liczyć na opinię Boga, wyrażoną o biskupie Kościoła w Tiatyrze: „Znam twoje czyny, miłość, wiarę, posługę i twoją wytrwałość, i czyny twoje ostatnie liczniejsze od pierwszych, ale mam przeciw tobie to...”(Ap 2, 19) - i tu sami dodajmy nasze małe niepozorne zaniedbanie w doskonaleniu miłości.
‘Chrystus nowy Adam... objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi i okazuje mu najwyższe jego powołanie: dokonuje zaś tego już w samym objawieniu tajemnicy Ojca i Jego miłości. Słowa powyższe świadczą aż nazbyt wyraźnie o tym, że ukazanie człowieka w pełnej godności jego człowieczeństwa nie może się dokonać inaczej niż przez odniesienie do Boga, chodzi zaś nie tylko o odniesienie czysto pojęciowe, ale uwzględniające pełną rzeczywistość ludzkiej egzystencji. Człowiek i jego najwyższe powołanie odsłania się w Chrystusie poprzez objawienie tajemnicy Ojca i Jego miłości’ (Jan Paweł II (DiM 1).
Ten fragment książeczki poświęcimy tej właśnie tajemnicy odwzorowania w naszym życiu miłości Boga Ojca ku nam, tak jak Chrystus ją odwzorował: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej” (J 15, 19). To wytrwanie w miłości Jego może oznaczać nie tylko zachowanie miłości ku Chrystusowi, ale Jego bogaty kształt miłości ku ludziom: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem”. Równocześnie w innej rozmowie ze swoimi uczniami Chrystus od słowa: wytrwajcie w miłości mojej, przechodzi do postawienia przykazania: Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35). Wagę tego przykazania określają słowa: Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali. Nie wykonanie tego przykazania sprawia, że nie możemy się uznawać za chrześcijan, za ludzi należących do uczniów Chrystusa. I żadne głośne przyznawanie się do wiary w Chrystusa, nadziei w Nim pokładanej, i miłości manifestowanej nic nie znaczy wobec braku wypełnienia tego przykazania miłości bliźniego. Co oznacza powiedzenie Chrystusa: Przykazanie nowe daję wam? Dlaczego nowe? Tu musimy sięgnąć do charakterystycznej rozmowy Jezusa z uczonym w Prawie: Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe"? On Mu odpowiedział: "Będziesz miłował Pana Boga swego całym sercem, całą twoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak samego siebie. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy” (Mt 22, 36-40). Uczony w Piśmie znał - bo znał też każdy pobożny Żyd - ten fragment Biblii („Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego” (Kpł 19, 18). Czyż nie temu przykazaniu Starego Przymierza przeciwstawia Chrystus Nowe przykazanie miłości bliźniego? Stare mówiąc o wielkości miłości innych ludzi odwołuje się do człowieczej miłości siebie samego. Chrystusowi jak gdyby nie wystarczała miłość własna jako znak i wzór miłości innych ludzi. On chce więcej: tak, jak Ja was umiłowałem. On siebie i swoje życie, swoją miłość chce postawić jako normę naszego postępowania w miłości a nie subiektywne, czasem egoistyczne nastawienie poszczególnych osób ludzkich. Wychodzi niejako naprzeciw wielkiemu niebezpieczeństwu współczesnego człowieka, który często chce siebie samego postawić jako normę prawdy i wartości etycznych, a nie Boga, nie Syna Bożego Jezusa Chrystusa.
Tekst Starego Przymierza, do którego odwołuje się Uczony w Piśmie w rozmowie z Jezusem ma fragment, któremu Chrystus zdecydowanie się przeciwstawia: „nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu”. A do synów z poza twego ludu, można żywić? Stąd i w dialogach z Chrystusem wrócił znaczący temat: „kto jest moim bliźnim? - który mądry znawca Pisma Starego, wielokrotnego Przymierza daje Mu do rozwiązania. Chrystus pośrednio, w przypowieści o miłosiernym samarytaninie daje odpowiedź: każdy człowiek, nawet samarytanin! Samarytanie byli potomkami azjatyckich kolonizatorów, przybyłymi na ziemię palestyńską u schyłku VIII wieku przed narodzeniem Chrystusa i tu zamieszkałymi z biedotą izraelską. W ich religii, podobnej do żydowskiej, ujawniały się obce duchowi tejże religii naleciałości, uznanych przez Żydów za bałwochwalcze. Czcili Boga na górze Garizim, a nie w świątyni jerozolimskiej. Czuli się spadkobiercami wiary i obietnic danych patriarchom, odmawiając prawa do nich Żydom. Stąd między Samarytanami a Żydami istniało głęboko zakorzeniona niechęć, wrogość, a nawet nienawiść, które w najlepszym wypadku prowadziły ich do unikania się wzajemnego, lub do sporów; w najgorszym zaś - do prześladowań i wojen. Jeśli dla Samarytanina bliźnim miał być Żyd, a dla Żyda - Samarytanin, to każdego człowieka trzeba uznać za bliźniego.
Paweł Apostoł przedstawia tę myśl Jezusa Chrystusa o odniesieniu do bliźniego prosto: „Nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają. Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Rz 10, 12-13). Odnotujmy: Nie ma różnicy między Żydem i nie-Żydem, bo „jeden jest bowiem Pan wszystkich”. I ten jeden Pan „rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają”. I „każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Stąd w Bogu jest źródło naszego prawa do miłości innych ludzi i obowiązku miłowania wszystkich innych ludzi. Tenże sam Apostoł pisze w liście do Galatów: „W Chrystusie Jezusie ani obrzezanie, ani jego brak nie mają żadnego znaczenia, tylko wiara, która działa przez miłość” (Ga 5, 6).
Tak oto idąc za Dobrą Nowiną o miłości, możemy ją okazać Bogu miłując bliźnich tak, jak Chrystus nas wszystkich umiłował.
Jezus posuwa swój uniwersalizm w miłowaniu bliźnich jeszcze dalej: każe nam miłować naszych nieprzyjaciół: „Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeżeli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5, 44-48). Chrystus każe nam siebie samych przerastać w miłości bliźnich, aby upodabniać się do doskonałej miłości samego Boga, który jest Ojcem wszystkich ludzi. Ani cudza złość, ani niesprawiedliwość, ani nieprzyjaźń wobec nas nie mogą ich wyłączyć od naszej miłości, bo nie wyłącza ich od miłości Boga. Miłość ta wznosi się ponad cudzą złą wolę; jest większa niż złość ludzka. Tę miłość przeciwstawia Chrystus namiastkom miłości jaką jest poprawność zachowań towarzyskich na codzień, i miłości, która jest sprawiedliwym oddaniem tego wszystkiego, co otrzymuje-my od innych jako przejawy miłości. Taką miłość sam okazał swoim nieprzyjaciołom, kiedy z krzyża modlił się za nich: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią” (Łk 23, 34). Naśladowanie Boga i Jego Syna w miłości jest zasadniczym motywem tak szeroko rozumianej i tak daleko posuniętej miłości bliźniego. Uczniowie Jezusa doszukują się w Jego nauce jeszcze innych motywów takiej powszechności obowiązku miłości.
Święty Piotr Apostoł pisze: „Skoro już dusze swoje uświęciliście, będąc posłuszni prawdzie celem zdobycia nie-obłudnej miłości bratniej jedni drugich gorąco czystym sercem umiłujcie. Jesteście bowiem ponownie do życia powołani nie z ginącego nasienia, ale z niezniszczalnego, dzięki słowu Boga, które jest żywe i trwa” (1 P 1, 22-23). Dla realizacji powołania od Boga danego, do nowego życia, jako dzieci Boże, trzeba się łączyć w miłości, bo to nowe życie w Bogu i dla Boga całe jest miłością.
Jakub Apostoł tak samo widzi ten uniwersalizm Chrystusowej wersji miłości bliźniego: „Jeśli przeto zgodnie z Pismem wypełniacie królewskie Prawo: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego, dobrze czynicie. Jeżeli zaś kierujecie się względem na osobę, popełniacie grzech, i Prawo potępi was jako przestępców” (Jk 2, 8-9).
Bóg, w osobie Jezusa Chrystusa nie tylko jest miarą naszej miłości do bliźniego, ale nas tej miłości naucza: „Nie jest rzeczą konieczną, abyśmy wam pisali o miłości braterskiej, albowiem Bóg was samych naucza, abyście się wzajemnie miłowali. Czynicie to przecież w stosunku do wszystkich braci w całej Macedonii” (1 Tes 4, 9-10). Ten uniwersalizm miłości, który Chrystus nakazał w swoim Nowym przykazaniu jest rezultatem wychowawczego działania Boga. Jest spełnieniem Jego zamysłu odwiecznego. On „daje nam ducha mocy i miłości” (2 Tm 1, 7).
Chrystusowa miara miłości do bliźniego przejawia się wobec tych braci ludzkich, którzy są z nami we wspólnocie wiary, nadziei i miłości, czyli z Chrystusem stanowimy jedną rodzinę. „Albowiem miłość Chrystusa przynagla nas, pomnych na to, że skoro Jeden umarł za wszystkich, to wszyscy [w Niego wszczepieni] pomarli [dla grzechu]. A właśnie za wszystkich umarł [Chrystus] po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał. Tak więc i my odtąd już nikogo nie znamy według ciała;... Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, już minęło, a oto wszystko stało się nowe” (2 Kor 5, 14-17). Ten niełatwy fragment można myślowo uporządkować. Miłość do Chrystusa przynagla nas! Bo nasza miłość do bliźnich ma być taka, jak miłość Chrystusa wobec nas wszystkich. Chrystus umarł i zmartwychwstał za wszystkich, abyśmy wszyscy w Nim pomarli dla grzechu i zmartwychwstali do nowego życia, życia dzieci Bożych. Miłość Chrystusa każe dla wszystkich ludzi, za których On umarł i zmartwychwstał okazywać miłość aż po granice poświęcenia - jak w Jego wypadku - do oddania życia. Jeśli ktoś przez chrzest zostaje wszczepiony w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, to przynaglenie prze Jego miłość jest tym większe! „Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, już minęło, a oto wszystko stało się nowe. My odtąd już nikogo nie znamy według ciała, czyli według jego zepsutej natury, ale według wyniesienia z grzechu do nowego życia w Bogu. Tak widzimy wszystkich ludzi wszczepionych przez chrzest w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, czyli chrześcijan. Wszystkich innych, jako tych, za których Chrystus umarł i zmartwychwstał, a oni mogą dostąpić przemiany życia, czyli ze względu na Chrystusa i Jego Odkupienie. Stąd chrześcijanie widzą siebie i miłują jak bracia w Chrystusie Jezusie Panu naszym.
W tym duchu trzeba rozumieć piękny fragment listu św. Jana Apostoła: „Każdy, kto wierzy, że Jezus jest Mesjaszem, z Boga się narodził i każdy miłujący Tego, który dał życie, miłuje również tego, kto życie od Niego otrzymał” (1 J 5, 10). Wzgląd na miłość odkupieńczą Jezusa Chrystusa, która daje nam nowe życie syna Bożego przynagla nas do miłości tych, którzy to życie dzieci Bożych otrzymali, albo mogą otrzymać!
Jeśli nasza miłość do ludzi ma się kształtować na wzór miłości Jezusa Chrystusa do nas, to droga do niej wiedzie przez naśladowanie Go. Nie tylko śledzenie Jego słów i wskazań, ile Jego postaw wobec spotykanych w życiu ziemskim ludzi. Najpierw wobec tych, do których miłości szczególnie przyznawał się: „Martę i jej siostrę i Łazarza” (J 11, 5); Łazarza, nad którego śmiercią zapłakał, „a Żydzi rzekli: ‘Oto, jak go miłował’” (J 11, 36). Ucznia Jana, „którego Jezus miłował - i spoczywał na Jego piersi” (J 13, 23). Tegoż samego ucznia Jana: „Kiedy Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: ‘Niewiasto, oto syn Twój’. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka Twoja’. I od tej godziny uczeń wziął ją do siebie” (J 19, 26).
Następnie trzeba pójść tropami wszystkich kroków Jezusa Chrystusa po ziemi palestyńskiej i obserwować Jego odniesienie do ludzi, pełne urzekającej miłości do nich. Tego nie da się opisać, ani zdać sprawy, trzeba wyczuć klimat życzliwości tych spotkań: tego uznania godności osoby ludzkiej, z którą Chrystus podejmuje dialog; wobec których spełnia posługę ludzką i Boską; których podnosi z jakiegoś ich dna; których czyni lepszymi; czyni bliższymi Ojcu niebieskiemu. To ujawnia się dopiero po „zaczytaniu” Ewangelii, po rozpoznaniu Chrystusa w tłumie. Odgadnięciu tajemnicy miłości Chrystusowej. Potem pozostaje jeszcze pójście za Nim i naśladowanie Go. „Przyoblekanie się w Jezusa Chrystusa” (Ga 3, 27). A więc „przyoblekanie się w nowego człowieka - według Boga” (Ef 4, 24). „W nowego, który wciąż się odnawia” (Kol 3, 10). „Dzięki Temu, który [nas] przyoblekł mocą” (1 Tm 1, 12). Temu pójściu za Nim i naśladowaniu Go Chrystus stawia bardzo wysoki próg: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie [dla siebie], straci je; a kto straci swe życie [ dla siebie] z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16, 24-25). To jest wielka cena pójścia za miłością Chrystusa do innych ludzi, którą po stokroć warto zapłacić i jeszcze raz zapłacić.
Trzeba nam najpierw poznać tajemnicę Chrystusowego odniesienia do ludzi, których spotykał na swej ziemskiej drodze życiowej. Najpierw widział ich nie jako rzecz, nawet cenną, pożądaną, ale jako osobę ludzką, którą „stworzył Bóg... na swój obraz... na obraz Boży go stworzył” (Rdz 1, 27). Dlatego zajmuje on wyjątkowe miejsce wśród innych bytów stworzonych, bo jest jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego (Sob W. II GeS 24). Nie jest tylko czymś, ale kimś. Jest zdolny poznawać siebie i otaczający świat, dokonywać wolnych wyborów, władać sobą samym, czyli panować nad sobą i dawać siebie, oraz tworzyć z innymi ludźmi wspólnotę osób, czyli społeczeństwo. Stąd jego podstawowa ludzka godność osoby, której nie traci przez „nieodpowiednie” urodzenie; przynależność do takiej, a nie innej grupy wyznaniowej lub społecznej; kalectwo; biedę; nikłe znaczenie społeczne; niewielkie wykształcenie; marną przeszłość... Jest zdolny do Przymierza z Bogiem, prowadzenia z Bogiem dialogu, dania przez wiarę wolnej odpowiedzi na Słowo Boże i na Jego miłość. Stąd ten ogromny szacunek Chrystusa dla każdego spotkanego człowieka, nawet najbardziej niepozornego, który dla Niego stanowił nieprzemijającą wartość, dla której On w końcu oddał życie na krzyżu. I my, chcąc miłować bliźnich jak On nas umiłował, musimy poprzez mylące nas pozory mniejszej ich wartości dostrzec godność osoby ludzkiej w każdym z nich. Dlatego nie ma miłości bliźniego u tych, którzy widzą innych ludzi jako rzecz do kupienia, do użycia, do własnego wyniesienia. Nie ma miłości bliźniego u tych, którzy wartość innej osoby utożsamiają z jakością jego samochodu, czy domu; pięknie brzmiącego tytułu naukowego; liczącego się znaczenia społecznego - a nie podstawowej godności osoby ludzkiej. Ta wartość godna jest miłości na wzór Chrystusowej!
Następnym krokiem w pójściu w miłości bliźniego za Chrystusem, jest uznanie, że przez całe - mniejsze czy większe - bogactwo każdej osoby ludzkiej pomnażają się zasoby dobra i piękna w świecie nas otaczającym, w którym przyszło nam żyć. Dlatego każdy człowiek jest w pewnym ułamku, w "swoistej cząstce atomu" naszym darczyńcą. Dopiero solidarność z wieloma, z wszystkimi ludźmi i miłość ku nim czyni nas prawdziwie, wewnętrznie bogatymi. Ta zależność nasza od innych widoczna jest o wiele bardziej w dziedzinie poznawania świata, „czynienia sobie ziemi poddaną”, osiąganiu doraźnych, ziemskich celów życia.
Co zatrzymuje człowieka na progu wielkiego formatu miłości do bliźnich? Bo oczy ludzkie zatrzymują się na swoim chlebie, na swoim odzieniu. Takie oczy nie mogą do-strzec Boga i ludzi wokoło siebie: Pięknie o tym mówi sam Chrystus: „Powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo [Boga] i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro” (Mt 6, 25-34).
Dopiero nauka o troskliwej miłości Boga wyzwala nas z ciasnego, egoistycznego zatroskania o byt codzienny, o własne jutro - ku wielkiemu wymiarowi miłości do bliźnich, na wzór Chrystusowej.
„Tak mówi Pan: Oto Ja tam będę szukał swoich owiec i będę miał o nich pieczę. Jak pasterz dokonuje przeglądu swojej trzody, wtedy gdy znajdzie się wśród rozproszonych owiec, tak Ja dokonam przeglądu moich owiec i uwolnię je ze wszystkich miejsc, dokąd się rozproszyły w dni ciemne i mroczne. Wyprowadzę je spomiędzy narodów i zgromadzę je z krajów, sprowadzę je z powrotem do ich ziemi i paść je będę na górach izraelskich, w dolinach i we wszystkich zamieszkanych miejscach kraju. Na dobrym pastwisku będę je pasł, na wyżynach Izraela ma być ich pastwisko! Wtedy będą one leżały na dobrym pastwisku, na tłustym pastwisku paść się będą na górach izraelskich. Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisko, mówi Pan Bóg. Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał. Będę pasł sprawiedliwie” (Ez 34, 11-16).
Prorok w biblijnym fragmencie przedstawia obraz Boga-Ojca, który jest Bogiem miłosierdzia. Przedstawia Go pod postacią Pasterza owiec. Miłosierdzia w Ojcu niebieskim czynione, dokonuje się przez uwolnienie ludzi danych nam do miłowania przez „uwolnieniu ich ze wszystkich miejsc, dokąd się rozproszyły w dni ciemne i mroczne”. Bóg-Ojciec w swoim miłosierdziu „wyprowadza [zagubione] spomiędzy narodów i zgromadzę je z krajów, sprowadzę je z powrotem do ich ziemi”. Oznacza to wyprowadzenie ze środowiska szkodliwego dla ludzi, którzy są dziećmi Bożymi i wprowadzenie do środowiska, które jest mu właściwe, im własne; w którym ma szansę dojrzewania, kwitnięcia i owocowania; w którym jedynie może osiągnąć szczęście i to nie tylko ziemskie. Bóg-Ojciec w swoim miłosierdziu zapewnia swą owczarnię: „na dobrym pastwisku będę je pasł”, przeciwstawiając dobre pastwisko złemu, zaspakajając podstawowe ich potrzeby. Wreszcie Ojciec niebieski okazuje miłosierdzie swej owczarni, przyobiecując: „skaleczoną opatrzę, chorą umocnię”, bo zdarzają się - a zdarzyć się muszą - skaleczone psychicznie czy duchowo do „opatrzenia”; chore do „umocnienia”. Bogactwo tego opatrzenia i umocnienia jest świadectwem bogactwa ich miłosierdzia. Czynienie miłosierdzia oznacza najpierw budowanie komunii miłości między miłosiernie działającym Bogiem, a ludźmi, którzy wiarę w Boga i miłość ku Niemu potraktowali na serio. W następstwie jest budowanie komunii miłości między świadczącymi miłosierdzie, doświadczającymi go. Wreszcie miedzy sobą, ludźmi bogatymi w miłosierdzie, którzy przez swą niezawodną posługę wobec bezsilnych i bezradnych tworzą komunię miłości czynnej.
Świat współczesny oczekuje na miłosierdzie. Ojciec Święty Jan Paweł II w encyklice Dives in misericordia pisze: 'Umysłowość współczesna, może bardziej niż człowiek przeszłości, zdaje się sprzeciwiać Bogu miłosierdzia, a także dąży do tego, żeby samą ideę miłosierdzia odsunąć na margines życia i odciąć od serca ludzkiego. Samo słowo i pojęcie miłosierdzie jakby przeszkadzało człowiekowi, który poprzez nieznany przedtem rozwój nauki i techniki bardziej niż kiedykolwiek w dziejach stał się panem: uczynił sobie ziemię poddaną (Rdz 1, 28). Owo „panowanie nad ziemią”, rozumiane nieraz jednostronnie i powierzchownie, jakby nie pozostawiło miejsca na miłosierdzie (DiM 2). Stąd rozglądanie się ludzi za takim miejscem, za taką wspólnotą ludzką, gdzie postawa miłości miłosiernej a nie tylko sprawiedliwości i prawa jest podstawą ładu, pokoju, i przynajmniej odrobiny szczęścia. Dziś, „anonimowa jednostka w tłumie", numer chorobowy w szpitalu-molochu, dwutysięczny piętnasty numer na liście pracowników kolosa przemysłowego, w jednakowo jak inni brudnym kombinezonie i twarzą-maską, z trudem odnajduje się jako osoba ludzka zdolna do miłości i godna jej, z trudem też sama broni się przed różnorodnymi zagrożeniami. Tęskni za wspólnotą, gdzie odniesienia międzyludzkie wywodzą się z miłości, ale mocniejszej niż bieda, choroba, nawet niż śmierć. Taka miłość miłosierna daje mu szansę pokonania różnorodnych zagrożeń współczesności.
Człowiek współczesny ceni sobie bardziej niż kiedykolwiek wolność, niezależność, suwerenność jednostkową, grupową (etniczną, religijną, rasową, kulturową); dla tej wolności i niezależności gotów wiele, albo wszystko poświęcić. Równocześnie - o paradoksie - pod wpływem wielkiej pokusy życia na niby, ulega zniewoleniu i to wielorakiemu. Stworzony i powołany do wolności, nadużywa tej wolności ku własnemu zniewoleniu i na miłosierną pomoc w wyzwoleniu człowieka.
Człowiek współczesny, wyłuskany z naturalnej otoczki rodziny, małych grup formalnych i nieformalnych poddany został wielkiej presji egoizmu. Zdobywania wszystkiego i wszystkich dla siebie, na własny przyjemny użytek, ku własnemu tylko zadowoleniu. Sam staje się egoistą, tylko sobą zachwyconym i tworzy społeczeństwo egoistów. Czeka jednak na ludzi pięknej miłości bliźniego, miłości miłosiernej i daje się jej porwać, aby siebie i społeczeństwo uratować od egoizmu.
'Chrystus ukrzyżowany jest dla nas najwyższym wzorem, natchnieniem, wezwaniem. W oparciu o ten przejmujący wzór możemy z całą pokorą okazywać miłosierdzie drugim, wiedząc, że On przyjmuje je, jako okazane sobie samemu' pisze Ojciec Święty Jan Paweł II: (DiM 14).
Wszak na sądzie swoim powie do zbawionych: „Pójdź-cie błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie Królestwo przygotowane wam od założenia świata.
Bo byłem głodny, a daliście mi jeść,
byłem spragniony, a daliście Mi pić,
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie,
byłem nagi, a przyodzialiście Mnie,
byłem chory, a odwiedziliście Mnie,
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie.
Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy wi-dzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przy-jęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzie-liśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" A król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 34-40).
Druga część tej sceny sądu jest ostrzeżeniem dla tych, którzy miłosierdzia nie czynią (Mt 25, 41-46). Ostrzeżeniem i zagrożeniem wiecznym odrzuceniem.
Przez „wzajemne służenie sobie tym darem, jaki od Boga otrzymał”, budujemy nieprzemijającą więź z Bogiem, bo „czyni to mocą, której mu Bóg udziela”. Buduje więź z potrzebującymi pomocy i między sobą udzielającymi pomocy. Tworzymy cywilizację miłości. Tak ją widział św. Piotr Apostoł: „Przede wszystkim miejcie wytrwałą miłość jedni ku drugim, bo miłość zakrywa wiele grzechów. Okazujecie sobie wzajemnie gościnność bez szemrania. Jako dobrzy szafarze różnorakiej łaski Bożej, służcie sobie nawzajem tym darem, jaki każdy otrzymał. Jeżeli kto ma dar przemawiania, niech to będą jakby słowa Boże. Jeżeli kto pełni posługę, niech to czyni mocą, której Bóg udziela, aby we wszystkim był uwielbiony Bóg przez Jezusa Chrystusa. Jemu chwała i moc na wieki wieków. Amen (1 P 4, 8-11).
'Miłość Kościoła do ubogich... należy do jego stałej tradycji'. Czerpie ona natchnienie z Ewangelii błogosławieństw (por. Łk 6, 20-22), z ubóstwa Jezusa (por. Mt 8, 20) i Jego uwagi poświęconej ubogim (por. Mk 12, 41-44). Miłość do ubogich jest nawet jednym z motywów obowiązku pracy, by było „z czego udzielać potrzebującemu (Ef 4, 28). Obejmuje ona nie tylko ubóstwo materialne, lecz również liczne formy ubóstwa kulturowego i religijnego" (K 2444).
Są takie wspólnoty w Kościele, formalne czy nieformalne gdzie żyje się miłosierdziem; miłością mocniejszą niż ludzka bieda, choroba, kalectwo, bezrobocie, bezdomność, niedołężna starość, uzależnienie ludzkie, wykolejenie moralne. One uczą jak okazać miłosierdzie, które przywraca człowieka samemu człowiekowi i jego społeczności? Jak czynić miłosierdzie, które w swym właściwym i pełnym kształcie objawia się jako dowartościowanie, jako podnoszenie w górę, jako wydobywanie dobra spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i człowieku?
Środowiska te okazują miłosierdzie, udzielając pomocy ludziom słabszym gospodarczo. Przezwyciężać złe doznania losowe, wobec których ktoś czuje się bezradny i bez-silny. Doświadczenie wykazuje, że najwięcej pomagają słabszym gospodarczo wcale nie ludzie bogaci, ale często sami borykający się z trudnościami, niemal biedą. Sami znają smak ubogiego chleba i dzielą się nim z innymi. Środowiska te okazują miłosierdzie pomagając ludziom słabszym na zdrowiu, niesprawnym, w sobie właściwy sposób, według wypróbowanych metod. Zmniejszają cierpienia, zmniejszają niesprawność fizyczną, łagodzą kalectwo. Pobyt w szpitalu lub sanatorium czynią bardziej znośnym. Załatwiają trudno dostępny lek. A przede wszystkim dają wiele własnego czasu i drobnej troskliwości o chorego. Szczególnie wiele pomagają ludziom słabszym psychicznie. Warunkiem ich zdrowia lub powrotu do zdrowia jest szczególnie życzliwe odniesienie całego ich środowiska, ludzi, z którymi pracują lub z którymi mieszkają! Ci ludzie nie mają łatwego, ani godnego życia wśród nas! Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”
Środowiska te okazują miłosierdzie, pomagając ludziom słabszym społecznie. Rodzinom wielodzietnym; rodzinom rozbitym; rodzinom "na wiarażu", na które działa przemożnie siła odśrodkowa; rodzinom zagrożonym deprawacją moralną lub klęską alkoholizmu; rodzinom, które już tylko trwają przy sobie; rodzinom niepełnym; matce trudnych dzieci; matce dziecka nieślubnego; matce czy ojcu, którzy cierpią z powodu opuszczenia ich przez dzieci; dzieciom nienarodzonym; dzieciom "niczyim", choć noszą nazwiska i są do kogoś podobne; dzieciom wychowawczo zaniedbanym; dzieciom wykolejonym; dzieciom szczególnej troski; mężowi czy żonie maltretowanym w swym środowisku rodzinnym. Trzeba mieć tylko oczy otwarte i serce. Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.
Środowiska te okazują miłosierdzie, pomagając ludziom prawnie słabszym: takim, które nie znają prawa sprzyjającego w rozwiązywaniu trudnych problemów ich życia codziennego. Starszemu lub schorowanej rodzicom, którzy nie mają renty, ani nie korzystają z zasiłków społecznych; rodzicom, którzy nie dostają od dzieci alimentów; matce samotnej z dzieckiem pozamałżeńskim; inwalidom - w uzyskaniu wszelkich świadczeń społecznych, jakie im przysługują. Tu szczególne pole do działania i wielka możliwość realnej pomocy ludziom niedobrej starości. I to nie tylko przez ludzi z wykształceniem prawniczym, jakby się zdawało. Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.
Środowiska te okazują miłosierdzie, pomagając ludziom słabszym światopoglądowo. Szukającym prawdy religijnej, wątpiącym, odchodzącym. Zwłaszcza dzieciom, które wychowują się w rodzinach religijnie słabych lub oziębłych. Dzieciom, które ze względu na częste opuszczanie lekcji religii nie nadążają za programem i mają wielkie luki w wiedzy religijnej. Młodzieży o typie religijności wiejskiej jadącej ze wsi do miasta po naukę lub do pracy, aby mogła się bezpiecznie przystosować. Ojcom zmuszonym do pracy poza domem i narażonym na zachwianie w swej dotychczasowej wierze lub postawach etycznych. Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.
Środowiska te okazują miłosierdzie, pomagając ludziom słabszym moralnie. Rodzina - rodzinie. Rodzicom dotkniętym nałogiem alkoholizmu. Małżonkom oczarowanym „nową miłością”. Dziewczynie chcącej „za wszelką cenę” wyjść za mąż. Rodzinom zawiedzionym i nieszczęśliwym a biegnącym na oślep ku jakimś mirażom szczęścia. Tu zostawić trzeba duży margines dla naszej pomysłowości. Warto, dla budowania wspólnoty osób przez świadczone miłosierdzie szukać ludzi i środowisk żyjących miłością miłosierną na codzień. Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.
Najczęściej miłość miłosierną okazujemy wobec biednych przez dawanie jałmużny. Autentyczna bieda krzyczy o pomoc, wobec choroby matki, głębokiej niezaradności ojca i dziecięcego drobiazgu. I zazwyczaj tę pomoc otrzymują, bo trudno pozostać nieporuszonym ludzką niedolą. Taka pomoc jest najłatwiejsza, bo wystarczy tylko sięgnąć do kieszeni po jałmużnę. Wystarczy zebrać jałmużnę i po prostu wesprzeć ich w biedzie. Proszącemu prawie wystarcza ten gest miłosierdzia, dającego uspakaja, że spełnił obowiązek chrześcijanina. Jak za dawnych lat. Wielu z obdarowanych odczytuje jałmużnę jako oddanie przez bogaczy tego, co najpierw nakradli. To im się należy! I przekreślają wszelką etyczną wartość jałmużny. Ta ich postawa sprawia, że jałmużna nic w ich życiu nie załatwia, oprócz doraźnego, wybiórczego, nieuporządkowanego zaspokojenia elementarnych potrzeb, a ich samych pozostawia duchowo w stanie ubóstwa, a nawet ich w tym stanie utwierdza. Oni trwają w swoistej filozofii biedy, którą uznali za własną. A im potrzeba zaradzenia ich biedzie, a wyjątkowo gotowy grosz. W dającym zaś miłosierdzie kojarzy się ze zbieraniem grosików i rozdawaniem ich; czasem niejako „z pierwszego piętra na parter”. Utwierdza ich w przekonaniu, że miłość miłosierną można kupić za pieniądze, bo wszystko jest do kupienia za pieniądze. A miłość miłosierna to dawanie przede wszystkim siebie samego ze skuteczną pomocą; to troska o drogiego człowieka w jego bezradności i bezsilności.
I jeszcze ostatni motyw związany z jałmużną. [Jezus] usiadł naprzeciw skarbony [świątynnej] i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich; „Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie" (Mk 12,41-44).
Zwyczajowo każdy dawał i do dziś daje z tego, co mu zbywa, i tym czyni zadość tradycji. Chrystus przyjmuje tę tradycję. Ale Chrystus, który lepiej niż inni znał tajemnicę „Boga bogatego w miłosierdzie", pochwalił dopiero ubogą wdowę, która wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. Słowo: wszystko, oznacza szczególną ludzką hojność w pomaganiu ubogim. Chrystus chce przez to podkreślić, jak drogą cząstką królestwa niebieskiego są dla Niego ubodzy. Chce zaakcentować, jak Mu na ubogich zależy, jak liczy na najwartościowszych ludzi, aby razem z Nim głosili Dobrą Nowinę ubogim. Aby wychodzili naprzeciw Opatrzności Bożej, która opieką otacza nawet lilie polne i ptaki niebieskie, a ludzi wzywa do wzajemnego pomagania sobie. Zaznacza, że i On sam niewiele spodziewa się po bogaczach, którzy tylko z trudem, jakby przez ucho igielne mogą wejść do królestwa niebieskiego.
Ta hojność ubogiej wdowy, którą chwali Chrystus, ma swoje łatwe i proste nurty: włączanie się maksymalne we wspomaganie tego, co dla ubogich już tradycyjnie się robi: buduje się i utrzymuje całodobowe schroniska dla bezdomnych, buduje i utrzymuje się domy dziennego pobytu ze stołówkami, świetlicami, urządza się, zaopatruje i prowadzi darmowe stołówki, organizuje się kolonie letnie dla biednych dzieci i młodych ludzi (Tanie lato), a nawet dla całych rodzin, organizuje się Datek na dziecięcy tornister, pomaga w zbiórce dobrej, choć używanej odzieży. Tu każdy może znaleźć swoje miejsce z niepozornym kilogramem mąki, cukru, paczką makaronu, konserwą turystyczną po wakacjach, koszem jabłek w jesieni. Tak czyni wielu. Ale można dać więcej - swoją pracę przy przygotowaniu posiłków, prowadzeniu przytulisk, urozmaiceniu czasu - też nędznego - tych biednych ludzi. Można ubogich zaprosić na Wigilię, albo z Wigilią i opłatkiem przyjść do nich. Można - jak niektóre grupy studentów nawet urządzić zabawę sylwestrową z kotylionami. Można jakiejś zabiedzonej osobie pomóc w doprowadzeniu mieszkania do przyzwoitego stanu. Można zorganizować biednemu opał na zimę. Można ubogiemu dziecku urządzić pierwszą Komunię św., aby nie czuło się zawstydzone swoim ubóstwem. Wiem, że to wszystko czynią dziewczęta, a jeszcze chętniej chłopcy z naszych grup oazowych. Chwała im za to, jak ubogiej wdowie ewangelicznej. Chrystus, który jest obecny z biednymi, obserwuje dar serca i z pochwałą czeka na twoje bez reszty. Ale pozostanie jeszcze nie zagospodarowana naszym miłosierdziem przestrzeń; jak pomóc w wydostaniu się z biedy?
Najpierw trzeba pomóc człowiekowi biednemu godnie i z honorem znosić swoje ubóstwo. Trzeba pomóc mu ujawniać mechanizmy ubożenia człowieka, aby odsłonić cały proces jego pogrążania się. Trzeba natchnąć go ufnością, że człowiek nawet z wielkiej niedoli może się wydostać. Trzeba wspólnie poszukiwać możliwości zaradzenia na trwałe jego biedzie. Trzeba pomóc mu w pokonaniu przeszkód na drodze podźwignięcia się z biedy. To wszystko bywa skrótowo nazwane dawaniem wędki, aby złowił rybę, a nie samej ryby.
Jakby po drodze, trzeba mu pomóc zmienić wizję siebie samego, jakim on samego siebie spostrzega. On przede wszystkim powinien uwierzyć w siebie, w swoją godność i wartość, w swoje możliwości, które chwilowo zostały zastopowane. Powinien wrócić ze swego wyobcowania: najpierw do małej grupy sobie podobnych, aby ją następnie poszerzać. Ale to nie jest jakaś maska, którą gotową przynosimy mu, ale jego mozolne odkrywanie własnego oblicza. To nie jest szczepienie hurra-optymizmu, ale wspólne odgadywanie zamysłu Bożego wobec niego, w którym nie było miejsca na jego biedę.
Myśl naszą kierujemy ku Matce Teresie z Kalkuty, laureatce Pokojowej Nagrody Nobla, chyba przyszłej świętej, która ubogim oddała wszystko co miała i wszystko, co dla nich zdobyła. W najnędzniejsze środowisko Kalkuty weszła z otwartym sercem z pajdą chleba, z lekarstwami podstawowymi. Każdy nędzarz, chory, umierający był przyjęty do wspólnoty jako brat, siostra. Każdy znalazł miłość i pomoc, w biedzie, w chorobie, w umieraniu. Każdy znajdywał coś, co było do zjedzenia, ogrzania się, czy pomoc w dostaniu się do szpitala. Jedynym kryterium otrzymania pomocy było to, że tej pomocy potrzebował. Nie pytano nawet o nazwisko, wszyscy byli dziećmi Pani Biedy i dziećmi tego samego Boga. Matka Teresa ofiarowała wszystko, co mogła zdobyć użebrać u wielkich tego świata i dawała jeszcze siebie całą. Być choć trochę do Niej podobnym?
W miłości do braci trzeba często przełamywać zadawnione uprzedzenia, niczym nieuzasadnioną niechęć, urazę, aby można było darzyć ich miłością życzliwości podobną do Chrystusowej. Trzeba nam przyglądnąć się naszemu odniesieniu do braci Jezusa Chrystusa według Ciała, czy odnajdziemy je pełne życzliwości jakim byli i są darzeni przez Niego samego - do Żydów.
Taka jest nasza wiara: Bóg wybrał sobie na Lud naród izraelski [żydowski], z którym zawarł przymierze... Wszystko to jednak jako przygotowanie i jako typ owego przymierza nowego i doskonałego, które miało być zawarte w Chrystusie, oraz pełniejszego objawienia, jakie dać miało samo Słowo Boże, stawszy się Ciałem... Chrystus ustanowił to Nowe Przymierze, a mianowicie Nowy Testament we Krwi swojej (por. 1 Kor 11, 25), powołując spośród Żydów i pogan Lud, który nie wedle ciała, lecz dzięki Duchowi zróść się miał w jedno i być Nowym Ludem Bożym (KK 9).
Kościół ma zawsze przed oczyma słowa Apostoła Pawła odnoszące się do jego ziomków [Żydów], „do których należy przybrane synostwo i chwała, przymierze i zakon, służba Boża i obietnice; ich przodkami są ci, z których pochodzi Chrystus wedle ciała” (Rz 9, 4-5), Syn Dziewicy Maryi. Pamięta także, iż z narodu żydowskiego pochodzili Apostołowie, będący fundamentami i kolumnami Kościoła, oraz wielu spośród owych pierwszych uczniów, którzy ogłosili światu Ewangelię Chrystusową (DRN 4). Dlatego nie dziwię się, że wielu chrześcijan uważa antysemityzm za sprzeniewierzenie się Chrystusowi, jako człowiekowi, który swymi korzeniami tkwił w żydostwie, nie wstydził się go, nie pogardzał nim, nie odżegnywał się od niego, nigdy się go nie zaparł. On całą tradycję żydowską uznał jako swoją własną, i widząc jej niedostatki, próbował ją dowartościować, a tam, gdzie dostrzegł fundamentalne braki, starał się wprowadzić to novum, które nazwał Dobrą Nowiną. Jeśli potępiał, to tylko wynaturzenia tradycji żydowskiej, uznanej za właściwą tradycję, i manipulowanie nią dla jakichś celów pozareligijnych, ale nie jej istotę, sens, dobro i piękno.
Kościół Chrystusowy uznaje, iż początki jego wiary i wybrania znajdują się według Bożej tajemnicy zbawienia już u Patriarchów, Mojżesza i Proroków. Wyznaje, że w powołaniu Abrahama zawarte jest również powołanie wszystkich wyznawców Chrystusa, synów owego Patriarchy według wiary, i że wyjście Ludu Wybranego z ziemi niewoli jest mistyczną zapowiedzią i znakiem zbawienia Kościoła. Przeto nie może Kościół zapomnieć o tym, że za pośrednictwem owego Ludu, z którym Bóg w niewypowiedzianym miłosierdziu swoim postanowił zawrzeć Stare [Pierwsze] Przymierze, otrzymał objawienie Starego [Pierwszego] Testamentu i karmi się korzeniem dobrej oliwki, w którą wszczepione zostały gałązki dziczki oliwnej narodów. Wierzy bowiem Kościół, że Chrystus, Pokój nasz, przez krzyż pojednał Żydów i narody i w sobie uczynił je jednością (DRN 4).
Bóg czyni nas jednością przez Syna swojego Jednorodzonego, który pochodził według ciała z Żydów. Taka jest myśl Soboru.
Z żydostwa nie czynił Chrystus żadnej przeszkody w wejściu do Królestwa niebieskiego, tak jak to czynił wobec ludzi przywiązanych do bogactwa. On - jak mniemam - nie dlatego, że nie miał innego wyboru, ale dlatego, że tak chciał, przyjaźnie współżył i współdziałał ze swoimi braćmi - Żydami. Nawet krytyczna analiza Jego postępowania na co dzień nie uprawnia do podejrzenia, że był wrogiem lub prześladowcą Żydów, a nie ich przyjacielem. Więcej, wszystko wskazuje na to, że był uczuciowo głęboko związany z całą historią żydowską, myślą religijną oraz etyką i obyczajami swego narodu, że z nimi się jakoś utożsamiał, cenił je, szczycił się nimi, bronił ich. Trzeba tylko uważnie wniknąć w każdą Jego wypowiedź, każdą postawę życiową, każdy pojedynczy gest.
Tak orzeka Sobór Watykański II: Według świadectwa Pisma św. Jerozolima nie poznała czasu nawiedzenia swego i Żydzi w wielkiej części nie przyjęli Ewangelii, a nawet niemało spośród nich przeciwstawiło się jej rozpowszechnianiu. Niemniej, jak powiada Apostoł, Żydzi nadal ze względu na swych przodków są bardzo drodzy Bogu, który nigdy nie żałuje darów i powołania (DRN 4). Jeśli Żydzi współcześni Mesjaszowi nie poznali czasu nawiedzenia swego przez Odkupiciela, to nie oni wybierali sobie przepaski na oczy, aby nie rozpoznać w Nim Syna Bożego. Oni byli uwarunkowani swoim przywiązaniem do tradycji wiary w Jedynego Boga, którą trudno było pogodzić z rzeczywistym synostwem Chrystusa. Byli przywiązani do wiary i obyczajów ojców swoich, jakie zastali, z jakim spotykali się na co dzień, a trwanie przy wierze ojców poczytywali sobie za honor, dumę, cnotę. Jeśli „nie przyjęli Ewangelii”, to gdzie jest pewność, że ujawniła się im Ona jako prawda nie do odparcia, wartość nie do odrzucenia? Przecież Bóg sam decydował o wolności człowieka, że nawet Jego samego może uznać albo nie uznać, Jemu samemu może uwierzyć albo nie wierzyć, może pójść za Nim albo przeciw Niemu. Ale nie zawsze w ciągu wieków tak ludzie widzieli prawa człowieka. Nie zawsze tak daleko przesuwali granice wolności człowieka. Dlatego powstawały zgorszenia i potępienia Żydów z otoczenia Chrystusa, które prawem, albo bezprawiem kaduka przenoszono na następne pokolenia Żydów, stosując swoistą odpowiedzialność zbiorową. Ta postawa zgorszenia i potępienia utrwalała się przez wieki, i trudno jest odwrócić się od niej. Żydzi byli i są nadal bardzo drodzy Bogu.
Tak orzeka Sobór Watykański II: A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym. Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma św. (DRN 4).
To wyznanie wiary Ojców Soborowych wychodzi naprzeciw prostackiemu, albo wielce uproszczonym przekonaniom antysemitów, że Żydzi zamordowali Jezusa Chrystusa i naprzeciw poszerzonemu mniemaniu: Żydzi są bogobójcami, bo Chrystus był Synem Bożym, bo Chrystus był Bogiem. Najpierw oni domagali się śmierci Jezusa Chrystusa, w ich mniemaniu człowieka, podobnego im Żyda, czyli swego współwyznawcy, którego uznali za odszczepieńca. I to najważniejsze - zło wtedy wyrządzone przez krzyczących pod adresem obcej, narzuconej władzy: Ukrzyżuj Go, nie mogło obciążać ich dzieci (choć o to zaklinali Boga) ani całego narodu. Również szary człowiek żydowski nie mógł ponosić odpowiedzialności za swoją wybraną, a jeszcze mniej (jak wtedy u Żydów) - narzuconą władzę. Przecież i ja, i ty broniliśmy się, aby zbrodni władz stalinowskich w Polsce nie przypisano wszystkim Polakom, bo nie mieliśmy żadnego wpływu na bieg zbrodniczych wydarzeń. Ten mądry, bo wyważony osąd ustrzeże nas od uprzedzeń, z których łatwo przejść do nietolerancji, pogardy i do nienawiści. Powiedzieli: Jego Krew na nas i na dzieci nasze (Mt 27, 25). Oznacza to, że przyjmuje pełną odpowiedzialność za tę śmierć. Wołał to wszakże nie cały naród żydowski, lecz podburzony tłum, zebrany przed pałacem Piłata. Nie można również zapominać, że także za tych, podobnie jak i za nas wszystkich modlił się Jezus na krzyżu: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią” (List Biskupów Polskich z 1991 r).
Katechizm Soboru Trydenckiego tak ujmuje sprawę odpowiedzialności za śmierć Chrystusa: Chrześcijanie grzesznicy są bardziej winni śmierci Chrystusa w porównaniu z niektórymi Żydami, którzy w niej mieli udział: ci ostatni istotnie nie wiedzieli co czynią, podczas gdy my wiemy to aż za dobrze" (List Biskupów).
Chrystus, przy tym, jak to Kościół zawsze utrzymywał i utrzymuje, mękę swoją i śmierć podjął dobrowolnie, pod wpływem bezmiernej miłości, za grzechy wszystkich ludzi, aby wszyscy dostąpili zbawienia (DRN 4).
Kościół potępia wszelkie prześladowania zwrócone przeciw jakimkolwiek ludziom, pomnąc na wspólne dziedzictwo z Żydami, nie z pobudek politycznych, ale pod wpływem religijnej miłości ewangelicznej opłakuje akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu, które w jakimkolwiek czasie i przez jakichkolwiek ludzi kierowane były przeciw Żydom (DRN 4). W tym zdaniu o opłakiwaniu przez Kościół zawarty jest żal, że takie złe odniesienia do braci-Żydów miały miejsce, jest też intencja szeroko pojętego procesu pojednania, jest intencja zadośćuczynienia Żydom za wszystko, co od prymitywnych chrześcijan kiedykolwiek doznali.
Wspominamy: Ten naród żył z nami przez pokolenia, ramię w ramię, na tej samej ziemi, która stała się jakby nową ojczyzną jego rozproszenia. Temu narodowi zadano straszliwą śmierć w milionach synów i córek. Naprzód napiętnowano ich szczególnym piętnem. Potem zepchnięto do getta w osobnych dzielnicach. Potem wywożono do komór gazowych zadając śmierć - tylko za to, że byli dziećmi tego narodu... W czasie historycznego spotkania w r. 1987, z nielicznymi żyjącymi w Polsce Żydami w Warszawie Ojciec Święty powiedział: „Bądźcie przekonani o tym, drodzy Bracia, że Polacy, ten Kościół w Polsce, który z bliska patrzył na tę potworną rzeczywistość zagłady, bezwzględnej zagłady waszego narodu, zamierzonej i zrealizowanej, przeżywał to w duchu głębokiej solidarności z wami.
Wielu Polaków ratowało żydów podczas ostatniej wojny. Setki, jeśli nie tysiące przypłaciło tę pomoc własnym życiem i życiem swych najbliższych. Za każdym z ocalałych Żydów stał cały łańcuch serc ludzi dobrej woli i pomocnych rąk. Wymownym świadectwem tej pomocy dla Żydów w okrutnych latach okupacji hitlerowskiej są liczne drzewka poświęcone Polakom w miejscu narodowej pamięci "JAD VASZEM" w Jerozolimie, oraz zaszczytny tytuł „Sprawiedliwy wśród narodów” przyznany wielu Polakom. Mimo tak licznych heroicznych przykładów pomocy ze strony chrześcijan Polaków, byli i tacy, którzy pozostali obojętni na tę niepojętą tragedię. Szczególnie bolejemy nad tymi spośród katolików, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do śmierci Żydów. Pozostaną oni na zawsze wyrzutem sumienia także w wymiarze społecznym. Choćby tylko jeden chrześcijanin mógł pomóc, a nie podał pomocnej ręki Żydowi w czasie zagrożenia lub przyczynił się do jego śmierci, każe to nam prosić naszych Sióstr i Braci Żydów o przebaczenie (List Biskupów Polskich).
W dzisiejsze rzeczywistości można się nasłuchać w Polsce i naczytać wielu nieusprawiedliwionych oskarżeń i potępień Żydów, jakich nam nie szczędzą różne grupy antysemitów.
Zagrożenie ze strony Rosji wystąpiło w Polsce wtedy, gdy Rosja stała się żydowska. Planistami i mordercami bezpośrednimi byli wyłącznie Żydzi - NKWD. Jeśli Żydzi podbiją narody świata, ich panowanie będzie końcem ludzkości. Żydzi są w Kościele (tu dokładna lista) i rządzą światem poprzez Kościół. Żydzi objęli najważniejsze stanowiska rządowe, przede wszystkim w Polsce (tu dokładna lista), i jak insekty gryzą swych podwładnych. Żydzi zasiadają w parlamentach całego świata, a zwłaszcza w polskim (i tu dokładna lista) i uchwalają zbrodnicze ustawy. Żydzi opanowali Służby Bezpieczeństwa, zwłaszcza w Polsce ( i tu po nazwiskach znanych z historii i z pierwszych stron gazet) i wsadzają ludzi do więzień, fałszywie sądzą, skazują na obozy i śmierć. Żydzi, dzięki wyzyskowi ludzi biednych, są największymi bogaczami świata (również Polski) i dzięki bogactwu zniewalają i upadlają narody. Żydzi zawładnęli całym przemysłem rozrywkowym, gazetami, telewizją, filmem, literaturą (zwłaszcza w Polsce i tu też imienna lista ludzi znanych, powszechnie szanowanych) i wprowadzają swoją zgniliznę w ludzkie serca. Żydzi zawładnęli polskim szkolnictwem, zwłaszcza wyższym - podobnie jak światowym - i niszczą przyszłość narodów.
Nie można znaleźć wady, grzechu, czy zbrodni nawet, która nie byłaby właściwa Żydom, której by im nie przypisano. Oni nie tylko mają zaszarganą przeszłość, teraźniejszość, ale nie rokują lepszej przyszłości. Ich przede wszystkim karał Bóg, rozumni i sprawiedliwi władcy oraz zdrowy moralnie prosty lud, kiedy urządzał pogromy (w Kielcach), bił (gdzie mógł i czym mógł), niszczył sklepy, rzucał kamieniami w redakcje, krzyczał sławetne precz z Żydami, rozwieszał obrażające i złowieszcze afisze po murach, bojkotował. Trudno znaleźć bardziej obelżywe wyzwiska niż te, jakimi Żydów darzono, pomówienia, podejrzenia, oszczerstwa pospolite. Trudno znaleźć negatywne uczucia, których by Żydom oszczędzono: od prostej niechęci poczynając, poprzez pogardę, aż do nienawiści. Żaden argument na ich korzyść nie działał (ani działa?), żadna motywacja nie broniła przed agresją ludzi, również - niestety - religijna. Mimo obrony przez sprawiedliwe prawo, byli prześladowanymi, wiecznymi tułaczami, byli ciągle obcymi i dziećmi gorszego Boga, byli przeklętym narodem.
Gdy rozum śpi, budzą się i harcują upiory.
Przyznajmy, że w odniesieniu do Żydów, ujawnia się najgłębszy mrok duszy ludzkiej, duszy jakoś nieprawej, owładniętej antysemityzmem. Trudno go zrozumieć, zwłaszcza w Polsce, gdzie - po holocauście - Żydzi są w ilościach śladowych, nie sposób usprawiedliwić, nawet w najmniejszym stopniu. Trzeba po prostu się wstydzić, że z antysemitami mamy wspólne korzenie, że trzeba ich nazwać ludźmi, a nawet braćmi. Antysemityzm jest też wyzwaniem dla ludzkości, również dla Polaków. Jest równocześnie powołaniem Bożym, do miłosiernego, ale zdecydowanego przeciwstawienia się mu. I to jest też dziś naszym zadaniem.
Jak doprowadzić do wzajemnej życzliwości? Musimy się lepiej poznać, prowadząc dialog religijno - etyczny. Lepiej rozumieć odrębność rozwoju ich i naszej myśli teologicznej i wartości etycznych, sztuki sakralnej, literatury religijnej, obyczajowości. Poddać się urokowi tego, czym oni żyli i żyją, a co nas może tylko doskonalić i ubogacać. A kiedy lepiej zrozumiemy, mądrzej potrafimy ich pomagać w samoobronie przed agresywnością innych ludzi. Odnajdziemy wiele wspólnych wątków; wiary w jedynego Boga i Stwórcę, Boga Przymierza; wątków wartości etycznych opartych na Dekalogu i dochowaniu wierności Przymierzu; wątków wspólnego Słowa Bożego Pierwszego Przymierza; wątków modlitewnych, choćby księgi Psalmów; wątków związanych ze składaniem ofiar i podejmowania pokuty. W ten sposób wiele uprzedzeń da się zamieć w zawierzenie. Wiele ujemnych opinii o nich okaże się w sposób oczywisty głupi i krzywdzący. Wiele gniewów pozbawionych podstaw. Okaże się, że z tymi ciekawymi, pracowitymi i mądrymi ludźmi dobrze można współżyć i współpracować. Więcej jeszcze: Dziś wierzący Żydzi i my - chrześcijanie jesteśmy pod tym samym ciśnieniem laicyzacji, zeświecczenia życia, i ponaglani jesteśmy do wspólnej samoobrony. Zaś przez miłość do naszych Braci-Żydów dawać będziemy świadectwo miłości ku Synowi Bożemu, Jezusowi Chrystusowi.
Chrystus modlił się: „I za tymi, którzy dzięki słowu [Apostołów] będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Aby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty mnie posłał i żeś Ty ich umiłował, tak jak i Mnie umiłowałeś” (J 17, 20-23).
Te słowa modlitwy arcykapłańskiej Jezusa Chrystusa kierują nasze myśli pełne miłości ku braciom faktycznie i prawnie odłączonymi, choć łączy nas braterstwo chrztu świętego łączy osoba Jezusa Chrystusa, ale jakże różnie pojmowanego. Łączą nas Księgi Święte, ale jakże różnie rozumiane. Łączy nas modlitwa, choć różnie formułowana. Łączy miłość miłosierna, ale każdego odłamu chrześcijańskiego osobno. Dzielą nas ciemne plamy historii, kiedy różniliśmy się „brzydko”: w słowach, oskarżeniach, posądzeniach, potępieniach, aż do wzajemnych prześladowań. Różni nas kształt wiary, widzialna głowa kościoła, znaki łaski (sakramenta), wątki tradycji chrześcijańskiej. A ‘Bóg pragnie jedności całego rozproszonego rodzaju ludzkiego. Dlatego zesłał swego Syna, aby umierając za nas i zmartwychwstając, obdarzył nas swoim Duchem miłości. W przeddzień ofiary krzyżowej sam Jezus modli się do Ojca za swoich uczniów i za wszystkich wierzących w Niego, aby byli jedno, jedną żywą wspólnotą, jedną rodziną. Ci, którzy zobowiązali się miłować Boga z całego serca swego, z całej duszy swojej, oraz bliźniego jak Chrystus ich umiłował winni z całą szczerością serca tę Jego modlitwę powtarzać, oraz podjąć zobowiązanie uczynienia przez siebie wszystkiego co nogą, do spełnienia się jej. Wynika stąd nie tylko obowiązek dążenia do jedności, ale także odpowiedzialność wobec Boga i wobec Jego zamysłu, spoczywającego na tych, którzy przez chrzest stają się Ciałem Chrystusa - Ciałem, w którym winny się w pełni urzeczywistniać pojednanie i komunia. Czyż jest możliwe, byśmy pozostawali podzieleni, jeśli przez Chrzest zostaliśmy „zanurzeni” w śmierci Chrystusa, to znaczy w tym właśnie akcie, przez który Bóg za sprawą Syna obalił mury podziałów? Podział jawnie sprzeciwia się woli Chrystusa, jest zgorszeniem dla świata, a przy tym szkodzi najświętszej sprawie przepowiadania Ewangelii wszystkiemu stworzeniu (Jan Paweł II: Enc. Aby byli jedno 6).
‘Istotnie, „w tym jednym i jedynym Kościele Bożym już od samego początku powstały pewne rozłamy, które Apostoł surowo karci jako godne potępienia. W następnych zaś wiekach zrodziły się jeszcze większe spory, a niemałe społeczności odłączyły się od pełnej wspólnoty (communio) z Kościołem katolickim, często nie bez winy ludzi z jednej i drugiej strony’ (K 817). Jeden konflikt rodzi następne; jeden rozłam jest siłą samonapędzającą następny rozłam. Jedna złość, niechęć, nienawiść rodzi następne. Dialog ekumeniczny ma powstrzymać spiralę konfliktów, rozpadów, niechęci, nienawiści. Ma być odpowiedzią na żywą tęsknotę i pragnienie pojednania i zjednoczenia od samego początku w rozdzielonych kościołach chrześcijańskich i trwa do dziś.
‘Tych, którzy rodzą się dzisiaj we wspólnotach powstałych na skutek rozłamów i „przepajają się wiarą w Chrystusa, nie można obwiniać o grzech odłączenia’ (K 818). Dlatego dialog ekumeniczny nie zmierza do szukania winnych i nie może kończyć się wymierzaniem kary za winę. Nie może być oskarżeniem i potępieniem kogokolwiek. Kościół katolicki - jakkolwiek bywało w przeszłości - chce otaczać tych którzy rodzą się dzisiaj we wspólnotach powstałych na skutek rozłamów ‘braterskim szacunkiem i miłością. Usprawiedliwieni z wiary przez chrzest należą do Ciała Chrystusa, dlatego też zdobi ich należne im imię chrześcijańskie, a synowie Kościoła katolickiego słusznie ich uważają za braci w Panu’ (K 818). I przez ekumeniczny dialog chcemy im to okazać: braterstwo w wierze przez partnerstwo w dialogu. Nie jak syn wierny Ojcu z synem marnotrawnym, który Ojca opuścił, ale jak bracia godni równego szacunku, honoru i czci.
‘Ponadto, liczne pierwiastki uświęcenia i prawdy istnieją poza widzialnymi granicami Kościoła powszechnego: spisane słowo Boże, życie w łasce, wiara, nadzieja, miłość oraz inne wewnętrzne dary Ducha Świętego oraz widzialne elementy. Duch Chrystusa posługuje się tymi Kościołami i wspólnotami kościelnymi jako środkami zbawienia, których moc pochodzi z pełni łaski i prawdy, jaką Chrystus powierzył Kościołowi powszechnemu. Wszystkie te dobra pochodzą od Chrystusa i prowadzą do Niego oraz nakłaniają do jedności katolickiej’ (K 819). Stąd dialog ekumeniczny będzie wspólnym, pilnym odszukiwaniem tego wszystkiego, co nas łączy, pamiętając o zachowaniu własnej i partnera tożsamości religijnej. Jakkolwiek ostatecznym celem dialogu ekumenicznego jest, abyśmy stanowili jedność jak Ojciec niebieski z Synem Jednorodzonym w Duchu Świętym, to celem doraźnym nie może być nawrócenie. Przez dialog ekumeniczny uprawiamy wspólnie glebę naszych serc, pod przyszły plon jedności.
I tu dochodzimy do klucza jedności: ‘Chrystus zawsze udziela swemu Kościołowi daru jedności, ale Kościół musi zawsze modlić się i pracować, by strzec, umacniać i doskonalić jedność, której Chrystus pragnie dla niego... Pragnienie ponownego odnalezienia jedności wszystkich chrześcijan jest darem Chrystusa i wezwaniem Ducha Świętego’ (K 820). Dialog ekumeniczny jest współmodleniem się z Chrystusem i współpracowanie z Nim nad tym wszystkim, co przybliża jedność: Jedna owczarnia i jeden pasterz.
Co każdy z nas Chrześcijan idących śladami Jezusa Chrystusa może uczynić w sobie dostępnym zakresie, aby przybliżyć jedność wszystkich chrześcijan? Może i winien najpierw pilnie szukać własnego odwzorowania Jezus Chrystusa, czyli wiernego naśladowania Go, bo to najbardziej zbliża chrześcijan różnie wierzących w Niego ku sobie. I to jest wielkim tematem dialogu ekumenicznego, w którym służymy sobie nawzajem własnym bogactwem naśladowania Chrystusa. Im wierniej wieść będziemy życie w duchu Ewangelii, tym bliżej będziemy siebie. Następnie potrzebny jest nam dialog ekumeniczny na modlitwie: z Bogiem - o zjednoczeniu chrześcijan, oraz między sobą w modlitwie wspólnej z braćmi odłączonymi. Modlitwa o zjednoczenie jest dostępna każdemu; wspólnej z braćmi odłączonymi trzeba pilnie szukać, oraz we własnym zakresie organizować i do niej serdecznie zachęcać. Wreszcie, nie unikać, raczej szukać dialogu z braćmi odłączonymi jako formy porozumienia się, dyskusji, sporu na argumenty i motywy, a nie mocne słowa, co prowadzi do wzajemnego poznania się, zrozumienia własnych inności, usuwania uprzedzeń, budzenia wzajemnego szacunku dla nawet najmniejszych okruchów dobra w życiu według wiary braci. Uznanie dla ich inności, budzić będzie ich pragnienie dla uznania naszej odrębności w wierze i oddawaniu Bogu należnej czci. Najważniejszym rezultatem dialogu ekumenicznego będzie pojednanie jako rezultat przebaczenia sobie uraz kiedyś wzajemnie sobie zadawanych.
Każdy z nas uczestników ekumenicznego dialogu ma prawo do dawania świadectwa swej wiary: taka jest moja wiara, takie są moje wartości etyczne ugruntowane na Bożych przykazaniach i żaden z nas nie ma prawa do „nawracania” brata, zwłaszcza przy użyciu jakiegokolwiek nacisku, nawet psychicznego. Najbardziej skuteczne jest zbliżenie do siebie różnych braci w Chrystusie przez wspólną posługę chorym, biednym, kalekim, bezdomnym, bezrobotnym, wykolejonym - w imię Jezusa Chrystusa. Cokolwiek uczynimy jednemu z tych najmniejszych, uczynimy Chrystusowi, który jest w chorym, biednym, kalekim, bezdomnym, bezrobotnym, wykolejonym, solidaryzując się z nimi i z nami, którzy razem Mu pomagamy.
Ruch ekumeniczny w chrześcijaństwie, a szczególnie w Kościele katolickim okazał się znakiem naszych czasów, który został podchwycony przez wszystkie odłamy chrześcijaństwa. Szczególnie ujawnił się na Soborze Watykańskim II i stał się dominantą nauczania posoborowych papieży, biskupów, świeckich katolików i różnych ich ugrupowań. Dopracował się swoistych sposobów prowadzenia dialogu, wspólnych modlitw i wspólnych poczynań w posłudze dla świata, który szuka nowego ładu miłości, zwłaszcza w posłudze ludziom najbardziej bezradnym i bezsilnym. Stworzył nie tylko wzorce zachowań ekumenicznych, ale stał się miejscem i okazją do budowania Królestwa Bożego na ziemi, królestwa ‘wiekuistego Kapłana i Króla Pana naszego Jezusa Chrystusa, królestwa wiecznego, powszechnego, królestwa prawdy i życia, świętości i łaski, sprawiedliwości, miłości i pokoju’ - jak modlimy się w prefacji o Chrystusie Królu.
Uczestnictwo w ruchu ekumenicznym jest znakiem dojrzałości naszego chrześcijaństwa, rozpoznania znaków czasu i wielkim krokiem na drodze przyodziewania się w Chrystusa, czyli naśladowania Go.
Tu trzeba nam rozważyć odniesienie miłości do współcześnie tworzonych sekt religijnych. To bywa sygnał naszych niedostatków ewangelizacyjnych i duszpasterskich. Bo zazwyczaj sekty sięgają po najżarliwszych wyznawców już istniejących religii i najgorliwszych działaczy religijnych, proponując spełnienie ich aspiracji religijnych i moralnych. Albo odwrotnie, sięgają po zagubionych w wierze i motywacjach etycznych, niezadowolonych z własnych, wyuczonych modlitw, tęskniących za kontemplacją Boga, aby ich dla siebie odnaleźć, często obietnicami bez pokrycia. Dramat zaczyna się wtedy, kiedy sięgają po ludzi głęboko zawiedzionych, zniechęconych, zwłaszcza młodych, obietnicą rozwiązania wszystkich ich problemów. Niektórzy z nich stwarzają dla tych kandydatów na sekciarzy dogodne miejsce do ucieczki z domu rodzinnego, ze szkoły, od pracy, od szarości codziennej. Wprowadzają w „tajemną wiedzę” (o tożsamości), w „tajemne” obrzędy (z tańcem, seksem zbiorowym włącznie) w nietypowy sposób życia i zachowania się społecznego, a czasem tylko w odrobinę dobrobytu, czy luksusu. Zmierzają prawie zawsze do odżegnania się, a nawet potępienia wszystkiego, czym kandydaci na sekciarzy dotychczas żyli, cieszyli się, z czego byli dumni, na rzecz nowych „wartości”. Tworzą mocne - mocniejsze niż kościelne, a nawet rodzinne - wspólnoty osób, izolują zazwyczaj od własnego środowiska ludzkiego. Przywódcy sekt religijnych mają bardzo często wielką moc przekonywania, motywowania, nakłaniania, namawiania, a następnie sugestii, że dopiero teraz ich wyznawca osiągnął pełnię człowieczeństwa i szczęścia; tworząc swoisty przymus duchowy, a czasem i fizyczny. Wielu swych wyznawców wprowadzają na manowce wiary i moralności, do złamania życia i nieszczęścia, a ich rodziny do rozpaczy. Sukcesy wielu sekt nie wynikają tylko z błędnego użytku „nieszczęsnego daru wolności”, ale z jakiejś potrzeby religijnej, której my nie potrafiliśmy zaspokoić, lub doskonalej zaspokoić.
Sekty były zawsze naturalnym rezultatem odpadów od całości dzieła. Ale teraz to jest już istna inwazja, plaga społeczna, dlatego musi stać się tematem refleksji nad nową Ewangelizacją. Ale już teraz nie możemy się okazywać wroga-mi tych ludzi. Trzeba z miłością i cierpliwością dawać świadectwo prawdzie. Bronić ich przed zagrożeniem. Modlić się za nich, by odnaleźli swą drogę do Boga.
I do nas zwraca się Chrystus z zapytaniem: - jak do Apostołów - widząc odchodzących swoich uczniów: „Czyż i wy chcecie odejść?” I czeka na Szymonową odpowiedź-wyznanie: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6, 67-68). A po własnym ugruntowaniu się w Jezusie Chrystusie, chcemy innym pomagać w samoobronie przed sekciarskim odejściem i odnalezieniu własnej drogi do pełnego zaspokojenia potrzeb religijnych i nowego zawierzenia Mu. Tych ludzi oczarowanych sekciarską „nowością Ewangelii czy religii” nie może zosta-wić bez apostolskiej pomocy.
Trzeba najpierw poznać pełną, obiektywną prawdę o konkretnych sektach, a nie bajki i donosy, które budzą gniew i agresję niegodną chrześcijanina. Poznać prawdziwe ich niebezpieczeństwa i zagrożenia. Ukazało się wiele dobrych artykułów w prasie katolickiej (Niedzieli), pomocą służą niemal przez całą dobę - również telefonicznie - ośrodki stałej pomocy w obronie przed sektami (Ojcowie Dominikanie w Krakowie).
Najskuteczniejsza jest profilaktyczne działanie obronne wobec wabionych przez sekty. Dialogi o istocie Kościoła; o poszukiwaniu doskonalszego wyrazu dla swej religijności i moralności; o doskonalszej modlitwie; o istniejących ruchach charyzmatycznych w dzisiejszym kościele. Dialogi te zmierzać mają ku wspólne-mu rozpoznaniu potrzeby religijnej, do której mogłaby nawiązać sekta, aby ją w ramach zwyczajnego życia kościoła zaspokoić. Dialogi te, to nie proste potępienie sekty, ale rozpoznanie autentycznego dobra, ku któremu ona ze swego założenia zmierza, aby go we wspólnocie kościoła osiągnąć. Dialogi te nie są łatwe i wymagają wielkiej delikatności uczuć, roztropności i wytrwałości.
Również z tymi, którzy już się odłączyli trzeba darzyć braterskim szacunkiem i miłością, prowadzić dialog, nieść pomoc w uwolnieniu się od psychicznych, duchowych, społecznych, a czasem nawet materialnych uzależnień od sekty. Łączyć się z rodzicami, którzy próbują z sekty wyrwać swe dziecko. Wskazać na ludzi kościoła, którzy są dobrze zorientowani w zjawisku sekt współczesnych i mogą nieść pomoc prawną i terapeutyczną w odzyskaniu „utraconego”, „zagubionej”.
Przez wszelkie nasze modlitwy i starania o jedność chrześcijan czy przeciwstawianie się rzeczywistym zagrożeniom wierzących prze sekty, wyrażamy naszą miłość Bogu w Jezusie Chrystusie Jego Synu i Duchu Świętym, który jest sprawcą jedności. Wyrażamy też miłość do braci, odnawiając w Duchu Świętym zagubione braterstwo, albo ubezpieczamy je przed zatratą.
I tu chcemy wypowiedzieć pod adresem wszystkich naszych braci odłączonych i odłączających się: Przebaczamy i o przebaczenie prosimy. A potem czeka nas jeszcze długi proces dojrzewania do życzliwego współżycia i współdziałania ku prawdziwemu braterstwu.
Jakkolwiek spodziewamy się osiągnięcia ostatecznego rezultatu dialogu miedzywyznaniowego w postaci Królestwa Chrystusowego wiecznego i powszechnego: królestwa prawdy i życia, królestwa świętości i łaski, królestwa sprawiedliwości, miłości i pokoju, to przecież cieszyć będziemy nawet z najmniejszego postępu w zbliżaniu się ku sobie.
Jak przypomniałem w Liście Apostolskim Tertio millennio adveniente, - pisze Jan Paweł II - chrześcijanie, którzy przygotowują się do przekroczenia progu nowego tysiąclecia, są wezwani, aby raz jeszcze wzbudzić w sobie skruchę, „pamiętając o wszystkich tych sytuacjach z przeszłości, w których oddalili się oni od ducha Chrystusa i od Jego Ewangelii i zamiast dać świadectwo życia inspirowanego wartościami wiary, ukazali światu przykłady myślenia i działania, będące w istocie źródłem antyświadectwa i zgorszenia”.
Wśród tych sytuacji szczególną uwagę zwracają podziały, które rozrywają jedność chrześcijan. Przygotowując się do obchodów Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 musimy wspólnie zabiegać o przebaczenie Chrystusa, prosząc Ducha Świętego o łaskę pełnej jedności. „Jedność jest w ostateczności darem Ducha Świętego. Od nas oczekuje się, byśmy troszczyli się o ten dar, nie pozwalając sobie na zaniedbania czy przemilczenia w naszym świadectwie o prawdzie”. Wpatrując się w Jezusa Chrystusa, nasze pojednanie, uczyńmy wszystko, co możliwe - przez modlitwę, świadectwo i działanie - aby postąpić na drodze do pełniejszej jedności. Z pewnością wpłynie to pozytywnie także na procesy pokojowe toczące się w różnych częściach świata (Jan Paweł II na Światowy Dzień Pokoju 1997 r.).
„Trzeba Mu [Jezusowi] było przejść przez Samarię. Przybył więc do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar... Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Nadeszła [tam] kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: ’Daj Mi pić’... Na to rzekła Samarytanka: ‘Jakże Ty, będąc Żydem prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić?’ Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem” (J 4, 4n).
Potem zaczął się dialog między Jezusem i Samarytanką; o nadchodzącym Mesjaszu; o „wodzie żywej”, która za sprawą obiecanego Mesjasza ma dawać życie wieczne; o trudnych sprawach nieuporządkowanego życia małżeńskiego Samarytanki; o miejscu i sposobie oddawania czci Bogu, czyli o sprawie, będącej źródłem nieustających zwad między Żydami, a Samarytanami; o Mesjaszu, którym w końcu ogłasza się sam Jezus Chrystus. Był to dialog Żyda-Jezusa Chrystusa z kobietą samarytańską, „obcą” pod wieloma względami wobec Niego: etnicznie, religijnie, społecznie. Odniesieniu Samarytan i Żydów do siebie towarzyszyła niechęć, wrogość a nawet nienawiść. Unikali się, wchodzili w spory, potyczki, wojny.
Chrystus podejmuje z Samarytanką życzliwy, twórczy, przeobrażający dialog, nie licząc się ze zgorszoną opinią otoczenia, zaistniałymi uprzedzeniami, ani zadawnionymi urazami. Chrystus zakłada posiadanie przez Samarytankę pełnej godności ludzkiej, mimo swej odrębności, przed którą można się bezpiecznie odsłonić ze swymi przekonaniami i ocenami moralnymi. Chrystus widzi możliwość życzliwego współżycia i współpracy w ludźmi prawie obcymi, bo odmiennymi, i to w sprawach najwyższej wagi dla jednostek i całych grup ludzkich. Ostateczny rezultat tego spotkania i dialogu, jest szczere uznanie dla wielu przekonań i wierzeń religijnych, oraz ocen etycznych. Choć nie wiemy, czy Samarytanka konsekwentnie poszła za Chrystusem, jak Maria z Magdali, to przecież Chrystus twórczo przeszedł trudną ścieżkę między odmiennymi, od wieków poróżnionymi grupami ludzi. Taki dialog z grupami odmiennymi etnicznie, narodowościowo, religijnie, społecznie, politycznie w Polsce, mógłby dziś Chrystus przeprowadzić, gdyby - jak chciał poeta Antoni Słonimski - przyjechał do nas ("Tak było naprawdę"). Ze starym krawcem żydowskim; z kobietą typu samarytańskiego z nieuporządkowanymi związkami „małżeńskimi”; z Ukraińcem, który był kiedyś we wrogich Polsce wojskach Bandery; z Niemcem, który służył w czasie okupacji w formacjach hitlerowskich SS; z Litwinami, którzy likwidowali grupy polskich partyzantów z AK na grodzieńszczyźnie; z Cyganami; z Łemkami; z grupą po-Tatarskich Mahometan? Nie wracałby do krwawej przeszłości, ale szedł ku najciekawszej, twórczej przyszłości? Podjąłby wspólną prace? Wspólne wychowanie młodych? Wspólne staranie o dojrzałą wolność?
W tym twórczym dialogu, gdzie ludzie obcy, odmienni i skłóceni przez lata szukają sposobu na współżycie i współpracę niewiele liczy się sama tylko sprawiedliwość, a wiele więcej miłość miłosierna. Nie wiele znaczy paragraf ustawy, lecz serce otwarte, które czeka na życzliwość i świadczy życzliwość.
‘Trud przebaczenia nie jest jedynie skutkiem wydarzeń współczesnych. Przeszłość pozostawiła nam ciężkie brzemię przemocy i konfliktów, od których niełatwo się uwolnić. Nadużycia, ucisk i wojny stały się przyczyną cierpień niezliczonych istot ludzkich; nawet jeśli przyczyny tych bolesnych zjawisk należą już do zamierzchłej przeszłości, ich skutki pozostają żywe i tragiczne, podsycając lęki, podejrzenia, nienawiść i rozłamy między rodzinami, grupami etnicznymi, całymi narodami. Są to niezaprzeczalne fakty, wystawiające na ciężką próbę dobrą wolę tych, którzy usiłują uwolnić się od ich wpływu. Ale przecież jest oczywiste, że nie można pozostawać więźniem przeszłości; jednostki i narody potrzebują swoistego „oczyszczenia pamięci”, aby zło przeszłości nie odrodziło się na nowo. Rzecz nie w tym, aby zapomnieć o minionych wydarzeniach, ale by odczytać je w nowym duchu, ucząc się właśnie z bolesnych doświadczeń, że tylko miłość buduje, a nienawiść niesie zniszczenie i ruinę. Śmiercionośna rutyna odwetu musi ustąpić miejsca wyzwalającej nowości przebaczenia. Poprawne odczytywanie historii pomoże zaakceptować różnice społeczne, kulturowe i religijne, istniejące między osobami, grupami i narodami, i nauczy nas je cenić. Jest to pierwszy krok do pojednania, ponieważ poszanowanie odmienności stanowi nieodzowny warunek i istotny wymiar autentycznych więzi między jednostkami i między grupami społecznymi. Zacieranie odmienności może prowadzić do pozornego pokoju, który nie jest trwały i w rzeczywistości zapowiada nowe eksplozje przemocy’ (Jan Paweł II na Światowy Dzień Pokoju 1997 r.).
Taką trudną sytuację mają Polacy, gdy ze swoimi współmieszkańcami niegdyś w Ojczyźnie, a dziś sąsiadami, lub dzisiejszymi mniejszościami etnicznymi, narodowymi, religijnymi chcą zacząć normalne, czyli przyjazne życie, oparte na współistnieniu i współpracy. Niepokoi nas tak wiele pamięci o doznanych krzywdach, urazach, które tkwią niby ciernie w duszach, tak wiele lęków (ksenofobii) przed powrotem dawnych złych dni, tak wiele nagromadzonej niechęci, a nawet zaciekłej nienawiści, które już są śmieciem historii, ale ciągle podtruwają klimat wspólnego życia i działania. Nie bez znaczenia byli i są niecni ludzie, którzy dla jakichś celów (politycznych?) utrwalali lub utrwalają te negatywne doznania, albo jeszcze do nich pobudzają, podniecają.
Na Tysiąclecie Chrztu Polski był u nas Chrystus ze swoją Matką. On był natchnieniem dla polskich biskupów, aby w imieniu własnym i wszystkich wierzących w Chrystusa Polaków, w liście pojednawczym do biskupów niemieckich, a pośrednio i całego wierzącego narodu niemieckiego, pełnić posługę jednania ze sławną formułą słowną: Przebaczamy, i sami o przebaczenie prosimy. Bo nigdy nie było tak i nigdy nie jest, aby zło wyrządzone, krzywda, wina, układały się tylko po jednej stronie, a pojednanie przez przeproszenie i wynagrodzenie było ruchem jednokierunkowym. Nigdy obraz historii nie jest jednoznacznie czarno-biały, a biały tylko od naszej strony. Jaki wtedy powstał krzyk propagandowego sprzeciwu we wszystkich komunistycznych środkach społecznego przekazu! Jakie socjalistyczne oburzenie! Jak perfidna nagonka! My, Polacy, prosimy o przebaczenie? Wstydzę się tamtych dni, tamtych wrzasków wychowanych w Moskwie dziennikarzy, protestów otumanionych robotników, czy też manifestacji sztucznie podnieconych tłumów. Dotyczyły przecież mojej Ojczyzny, która drogo mnie kiedyś kosztowała.
Przez wieki, aż do ostatnich dni chodziło o ziemię, którą każdy nazywał swoją: polską, niemiecką, litewską, białoruską, rosyjską, czeską, słowacką. Ziemię odbieraną jednym, dawaną drugim. Sprawiedliwość trudno było jednoznacznie określić, bo po każdej stronie, w każdej grupie narodowościowej czy religijnej była diametralnie różna, chyba że za sprawiedliwość uzna się subiektywne odczucie: ty masz więcej, to daj mnie, bo mam mniej. Ostatecznie liczyła się siła i pięść, bezwzględność w zabieraniu "swego", a nie miłość i przyzwoitość. Dziś już pogubiliśmy się, czy ziemia na naszych krańcach zachodnich jest polska czy niemiecka? Czy ziemia północna jest polska czy mazurska? Czy ziemia nowogródzka jest polska czy litewska, bądź białoruska? Czy ziemia Podola jest polska czy ukraińska? Czy ziemia Spisza i Orawy jest polska czy słowacka? Czy ziemia kłodzka jest polska czy czeska? Ale również - czy ziemia Łemków jest nasza? Upływające lata wiele zasypały, zawiały. Pozostały tylko negatywne odczucia krzywdy, niespełnienia, buntu. I tu potrzebne są ciągle powtarzane słowa pojednania: Przebaczamy i o przebaczenie prosimy. W imię cywilizacji miłości zacznijmy nowe, zgodne współżycie i współdziałanie. Gospodarzenie na wspólnej ziemi.
Chodziło o miasta i wsie, z wielowiekowymi nazwami, historią, legendami, tradycjami, budowlami, świętościami, głęboko wrośniętymi w pejzaże narodowe: Wilno czy Vilnius? Lwów czy Lwow? Breslau czy Wrocław? Oppeln czy Opole? Danzig czy Gdańsk? Stettin czy Szczecin? To wielu bolało. I wielu jeszcze boli dziś. Narosła nowa rzeczywistość, pozostały stare urazy i lęki. Dziś już możemy i powinniśmy powiedzieć sobie: Przebaczamy, ale i o przebaczenie prosimy. Razem chcemy zabiegać o to, co w nich stare i nowe. Razem chcemy współistnieć i współdziałać w przyjaźni: ludzi od wieków zakorzenionych i nowych. Razem tworzyć nowy klimat tych miast.
Chodziło o świątynie: Na Wschodzie odebrane kościołom chrześcijańskim i zamienione na muzea ateizmu, na sale kinowe lub koncertowe, na magazyny zbożowe, albo skazane na rozkradzenie i popadanie w ruinę. To nas, katolików i prawosławnych, bolało boli i jeszcze będzie boleć. Ale pamiętam na ziemi naszej przepiękne cerkiewki (zwłaszcza Łemków) zamienione na kościoły, lub też rozkradzione, zniszczone - zarówno zębem czasu jak i rękami wandali - spalone. To braci wschodnich bolało i boli. Widziałem kościoły ewangelików czy kalwinów na Ziemiach Zachodnich, które przez ręce Polaków traciły urodę, zabytkowe wyposażenie sakralne oraz swoją tożsamość. To musiało boleć naszych zachodnich sąsiadów i do dziś boli. Widziałem bożnice, synagogi braci Żydów, polskimi rękami spalone, rozkradzione, zniszczone do fundamentów, zbezczeszczone razem z przedmiotami kultu liturgicznego: szatami, księgami świętymi, których resztki tylko litościwe ręce ratowały ze śmietników albo z pieców. To bolało naszych braci żydowskich i do dziś boli, a nawet wywołuje gniew. Chyba na miejscu są tu słowa: Prosimy o przebaczenie! A teraz wspólnie ratujmy, co jest jeszcze do uratowania. Mimo holocaustu, który dokonał się na naszych ziemiach i zostawił złą pamięć, będziemy razem współżyć i współpracować, oby w szacunku wzajemnym i przyjaźni, tu i na całym świecie. Zwróćmy, co w polskich domach pozostało z żydowskiej kultury i religii. Odbudujmy dawny szacunek dla tradycji i kultury oraz obyczajowości żydowskich.
Chodziło też między nami, sąsiadami, o cmentarze. Bolą nas, Polaków, losy polskich cmentarzy w Wilnie czy we Lwowie i wielu innych miejscach Wschodu. Zasypane gruzem i śmieciami, porośnięte zielskiem, skazane na zagładę i niepamięć. Choć w wielu miejscach Europy: pod Monte Cassino, w Loreto, w Tobruku, w Narwiku są darzone pamięcią i czcią, to tam, na Wschodzie pogubiły krzyże i polskie napisy, uległy zagładzie, zamieniły się w wysypiska śmieci. To nas boli. Ale i Polacy nie pozostawili w spokoju grobów żołnierzy rosyjskich w Polsce. I braci Niemców bolały zniszczone nagrobki ich przodków na Ziemiach Zachodnich Polski: z wydłubanymi wizerunkami zmarłych, z wyskrobanymi nazwiskami niemiecko brzmiącymi, z napisami uczynionymi gotyckim alfabetem. Bolą naszych braci Żydów losy ich cmentarzy (kirkutów) na naszych ziemiach, których kamienne tablice z hebrajskimi napisami i gwiazdą Dawida służyły Polakom do budowy dróg, chodników, umocnień rzecznych, oraz... domowych kominków. Te ich kirkuty dziś to istna ściana płaczu nad ohydnym zbezczeszczeniem tego, co dla nich było i do dziś jest drogie i święte. Dziś o tym wszystkim (choć ze wstydem) możemy pisać i głośno mówić, ale też możemy i powinniśmy wyznać: Przebaczamy, ale i prosimy o przebaczenie. Wiele rzeczy wspólnym wysiłkiem da się jeszcze naprawić, wiele nadrobić. I faktycznie te inne cmentarze wyglądem zbliżają się już dziś do naszych. Wiele na tych cmentarzach możemy się nauczyć dla wspólnego dobra.
Chodziło też o wojny i walki bratobójcze między nami. O 1 września 1939 r., gdy hitlerowska nawałnica ruszyła na Polskę, paliła domy i kościoły, zabijała nawet dzieci w kołyskach i starców modlących się. O 17 września 1939 r., gdy sowieckie hordy wbijały bagnety w plecy rozpaczliwie walczącym i konającym Polakom. To nas do dziś boli. Ale i naszych sąsiadów południowych gniewa rok 1938, kiedy pomagaliśmy hitlerowcom w rozbiorze ich kraju, czy rok 1968, kiedy wraz z wojskami sowieckimi gasiliśmy ich powstanie narodowe. Niejako po drodze były również masakry narodu polskiego: na Wileńszczyźnie, na Ukrainie, w powstaniu warszawskim. Również po drodze dokonywała się na rusińskich Łemkach w Polsce ich eksterminacja w akcji Wisła i wyniszczanie ludności niemieckiej po wojnie w Łambinowicach na Dolnym Śląsku i przeszło stu innych miejscach. Dziś, gdy przekuwamy miecze na lemiesze, czas powiedzieć sąsiadom: Przebaczamy i o przebaczenie prosimy. Dziś trzeba nam poznawać również pokojowe i humanistyczne tradycje naszych sąsiadów, aby życzliwiej z nimi współżyć i współpracować oraz tworzyć nowe więzi: szacunku, zawierzenia, zaufania oraz przyjaźni nie udanej, nie narzuconej.
Chodziło o brudne plamy historii w postaci więzień, obozów pracy przymusowej, obozów zagłady, połączonych z niewyobrażalnymi cierpieniami ludzi w nich umieszczanych. Hitlerowskie obozy, stalinowskie łagry i po nich zostawione tysiące mogił polskich żołnierzy-oficerów, ze śladem po śmiertelnych strzałach w tył głowy i usypiskami spopielonych w krematoriach Polaków. Tak powstały symbole naszego gniewu, a nawet nienawiści o nazwach: Auschwitz-Birkenau, Dachau, Bergen-Belsen, Treblinka, Majdanek, Sobibór, oraz z drugiej strony Ostaszków, Starobielsk, Kozielsk, Katyń, Miednoje, Twer. To boli polskich Żydów i Polaków. Ale boli też mieszkańców Warmii i Mazur trzymanie ich siłą na własnej ziemi, jak w niewoli. Boli Niemców cała akcja przymusowych wysiedleń z Ziem Zachodnich i niszczenie wszystkiego, co mieli i co miało charakter niemiecki. Boli Ślązaków traktowanie ich jako podejrzanych o niemieckość. Najpierw musimy sobie powiedzieć: Przebaczamy, ale i o przebaczenie prosimy. Czas wynagrodzeń za krzywdy jeszcze nie minął. O tym nas przekonują szlachetni Niemcy, gdy w ramach Pojednania i Pokuty pomagali w odbudowie naszych miast. Ten egzamin jest jeszcze przed nami wobec wysiedlonych Łemków, wobec opowiadających się już dziś za niemczyzną Opolan, Mazurów i Warmiaków.
Chodzi też o brudne manipulacje komunizmu, gdy ludzi mniejszości etnicznych, religijnych lub narodowych używano do wyniszczania Polaków. Również gdy rękami tzw. Polaków postępowych, prawdziwych patriotów z czerwonymi legitymacjami, niszczono Polaków, których nazwano zaplutymi karłami burżuazji. Ci pierwsi trzebili środowiska: intelektualne, artystyczne, chłopskie (kułackie), a nawet robotnicze. Wsadzano do więzień, upadlano, torturowano, bez możliwości obrony zabijano. Odbierano mienie, uniemożliwiano studia, ograniczano kariery, zamykano granice. Wiem, jak trudno tej czerwonej burżuazji, która dziś opływa w dostatki i w znaczenie, powiedzieć: Przebaczamy... I jeszcze trudniej dodać: O przebaczenie prosimy, bo bez ich współudziału niemożliwy byłby tak wielki zakres bezprawia. Teraz staje przed nami egzamin trudnej wolności, aby razem budować nową Polskę. Dostrzegania, pomimo wielu krzywd wszelkiego dobra, które się przez nich dokonało. Dostrzegania w nich wszelkiego objawu nieutracalnej godności osoby ludzkiej, do której trzeba nam nawiązywać. Uznania, że mimo wszystko możemy przyjaźnie współżyć i współpracować. Tego nie da się ująć w prawo, nie da się osiągnąć na drodze sprawiedliwości, a tym mniej jakiegokolwiek potępienia - w domniemaniu - oczyszczającego.
Przebaczenie w swojej najprawdziwszej i najwznioślejszej postaci jest aktem bezinteresownej miłości. Domaga się poszanowania prawdy. Tam gdzie sieje się kłamstwo i fałsz, wyrastają podejrzenia i podziały. Rozpoznanie krzywd domaga się w miarę możliwości ich naprawienia. Zakłada ono sprawiedliwość, która nie ogranicza się do ustalenia tego, co słusznie należy się stronom konfliktu, ale zmierza przede wszystkim do ponownego nawiązania właściwych relacji z samym sobą. Przebaczenie bowiem nie usuwa ani nie umniejsza konieczności naprawienia zła, będącej nakazem sprawiedliwości, lecz zmierza do ponownego włączenia osób i grup do społeczności, państw do wspólnoty narodów. Żadna kara nie powinna deptać niezbywalnej godności winowajcy. Droga do skruchy i rehabilitacji musi być zawsze otwarta. Ale przebaczenie nie jest dla człowieka postawą spontaniczną i naturalną. Szczere przebaczenie może być czasem aktem wręcz heroicznym. Ból po krzywdzie zadanej, poniżeniu, obrazie, może spowodować całkowite zamknięcie się na innych. Ci, którzy wiele utracili, ponieważ zabrano im ziemię i domy, uchodźcy oraz ludzie zranieni przez przemoc są narażeni na pokusę nienawiści i odwetu. Trzeba okazać im wiele ciepła, szacunku, zrozumienia i akceptacji, bo tylko w ten sposób można pomóc im przezwyciężyć te uczucia. Wyzwalające doświadczenie przebaczenia, choć nastręcza tak wiele trudności, może stać się udziałem nawet serca rozdartego cierpieniem, dzięki uzdrawiającej mocy miłości, której pierwszym źródłem jest Bóg-Miłość. (por. Jan Paweł II na Światowy Dzień Pokoju 1997 r.).
Nie można poprzestać na tolerancji, to znaczy znoszeniu się wzajemnym, zcierpieniu się, to przecież za mało, to jakieś nieprzyzwoite minimum. Jeśli mamy w jednej ojczyźnie żyć jak bracia, to tolerancja nie wystarczy. Potrzebne jest konsekwentne, praktyczne uznanie ich za braci. Szukanie zrozumienia ich odrębności. Poszanowanie ich odrębności, którą nas wszystkich ubogacają. Pomaganie im w zachowaniu i rozwijaniu tych odrębności, oraz w przekazie następnym pokoleniom przez wychowanie. Bronienia ich przed jakąkolwiek agresją ze strony jakiegokolwiek fanatyzmu, choćby pochodził od bliskich nam osób. Tu samo sprawiedliwe prawo i praworządność nie wystarczają. Tu potrzebne jest wewnętrzne przekonanie, zewnętrzny obyczaj i postawa miłości „ponad podziałami”, która pozwoli nam zawsze przezwyciężać pamięć zła, istniejące uprzedzenia i stereotypy zachowań. Ten proces dokonuje się latami, wiekami zgodnego współistnienia i owocnego współdziałania. To jest zadanie również na dziś. To należy do naszego programu budowania wspólnoty Wielkiej Ojczyzny, Ojczyzny ojczyzn. To wymaga od chrześcijanina pięknego daru z siebie, na rzecz innego człowieka, jakoś nie do końca zasymilowanego, częściowo „obcego”.
Na taką miłość do naszych bliskich i „dalekich” równocześnie sąsiadów czeka miłujący nas Bóg, który w Osobie Syna swego Jednorodzonego każe ich miłować, „jak Ja was umiłowałem”.
Kiedy piszę te słowa, jestem pod głębokim wrażeniem słów Ojca Świętego Jana Pawła II w Gnieźnie u grobu św. Wojciecha - o budowaniu wspólnoty ponadnarodowej, europejskiej, ku której poprzez Nową Ewangelizację idziemy. 'W tym czasie dokonały się wielkie przemiany, powstały nowe możliwości, pojawili się inni ludzie. Runął mur dzielący Europę. W pięćdziesiąt lat po rozpoczęciu II wojny światowej jej skutki przestały żłobić oblicze naszego kontynentu. Skończyło się półwiecze rozdzielenia, za które szczególnie straszliwą cenę płaciły miliony mieszkańców Europy Środkowej i Wschodniej. Dlatego tutaj, u grobu św. Wojciecha, składam dziś Bogu Wszechmogącemu dziękczynienie za wielki dar wolności, jaki otrzymały narody Europy... Potrzebna jest nam gotowość. Okazuje się bowiem w sposób niekiedy bardzo bolesny, że odzyskanie prawa samostanowienia oraz poszerzenie swobód politycznych i ekonomicznych nie wystarcza dla odbudowy europejskiej jedności... Czyż nie można powiedzieć, że po upadku jednego muru, tego widzialnego, jeszcze bardziej odsłonił się inny mur, niewidzialny, który nadal dzieli nasz kontynent - mur, który przebiega przez ludzkie serca? Jest on zbudowany z lęku i agresji, z braku zrozumienia dla ludzi o innym pochodzeniu, kolorze skóry, przekonaniach religijnych, z egoizmu politycznego i gospodarczego oraz z osłabienia wrażliwości na wartość życia ludzkiego i godność każdego człowieka. Nawet niewątpliwe osiągnięcia ostatniego okresu na polu gospodarczym, politycznym i społecznym nie przesłaniają istnienia tego muru. Jego cień kładzie się na całej Europie. Do prawdziwego zjednoczenia kontynentu europejskiego droga jest jeszcze daleka. Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha. Ten najgłębszy fundament jedności przyniosło Europie i przez wieki go umacniało chrześcijaństwo, ze swoją Ewangelią, ze swoim rozumieniem człowieka i wkładem w rozwój dziejów ludów i narodów... Jezus Chrystus, „ten sam wczoraj, dziś i na wieki” (por. Hbr 13, 8), objawił człowiekowi jego godność! To On jest gwarantem tej godności!
W imię poszanowania praw człowieka, w imię wolności, równości, braterstwa, w imię międzyludzkiej solidarności i miłości, wołam: nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi!... Jakże można liczyć na zbudowanie «wspólnego domu» dla całej Europy, jeśli zabraknie cegieł ludzkich sumień wypalonych w ogniu Ewangelii, połączonych spoiwem solidarnej miłości społecznej będącej owocem miłości Boga?'
„Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem” (J 13, 34).
Nikodem należał do współczesnej elity intellektualnej. Szukał własnej, osobnej, ale religijnej drogi przez życie. Dowiedział się o Rabbim z Nazaretu. Przyszedł do Niego nocą; może bał się drwiących uśmieszków sąsiadów? Może posądzenia go o zdradę tradycyjnych wartości religijnych i moralnych, albo narodowych? Może wstydził się własnej niepewności i chciał ją ukryć pod osłoną nocy? Może swe problemy uznał za tak własne, że trzeba było nocy dla ich odsłonięcia?. Może to już był jego lęk, trwoga, rozpacz? Szukał, jak wielu z was alternatywy dla tego, co po religijnych przodkach oddziedziczył, stawiał trudne pytania na niepokojące go tematy sakralne, szukał dokładniejszej, lepszej odpowiedzi. Z Ewangelii znamy tylko fragmenty całonocnej rozmowy z Chrystusem. Pytał przede wszystkim o to, przez co człowiek jest bardziej człowiekiem. I usłyszał podstawową prawdę o nowych narodzinach człowieka w Bogu.
Zastanawiające jest odniesienie do niego Jezusa Chrystusa Syna Bożego. Bez życzliwości przyjaznej nie przyjąłby go nocą, skoro był powszechnie dostępny przez mieszkańców Jerozolimy. Nie podejmowałby cierpliwie tłumaczącego dialogu. Jest wobec niego zatroskany o przyjęcie przez niego trudnej prawdy: „Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakże uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich” (J 3, 12)? Nie narzuca swych prawd, proponuje tym, „kto w Niego uwierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16).
Kiedy Jezus zapowiadał ustanowienie Eucharystii „spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, wielu mówiło: Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” (J 6, 60). „Odtąd wielu uczniów Jego odeszło i już z nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: ‘Czyż i wy odejść chcecie’”? (J 6, 66).
Współcześni goście Jezusa na wzór Nikodema i wielu uczniów Jego, którzy odeszli inne mają pytania: Czy jest Bóg, czy Go nie ma? Czy Bóg mówi do człowieka i człowiek może Go słuchać? Czy Boga obchodzi nasza droga życiowa i wskazuje nam jej kierunek? Wielu ze współczesnych przestało się nawet pytać o Boga. I my, jak Chrystus chcemy spędzić wiele godzin na twórczym dialogu. Jak Chrystus słuchać, słuchać... Razem poszukiwać i znajdywać nawet trudną odpowiedź. Pomagać odnaleźć Boga, a nie narzucać Boga, choćby i przeogromnej miłości do Boga i do ludzi.
Jako wierzący przeżyliśmy smutne doświadczenia lat dyskryminacji, nietolerancji. Socjalizm w drodze do komunizmu przez 45 lat, uznawał teoretycznie zasadę prawną, że wszyscy ludzie wobec prawa są równi; wierzący i niewierzący, katolicy i materialiści-komuniści. W realizacji tej równości wobec prawa, w zetknięciu ludzi wierzących z niewierzącymi nawoływano do tolerancji, czyli nie uwzględniania czynnika wiary lub niewiary przy wzajemnym odniesieniu się do siebie, wzajemnym współżyciu i wzajemnym współdziałaniu. Przy braku praworządności i totalnym uzależnieniu społeczeństwa od władzy, ta „tolerancja” przybierała formę dyskryminacji. Wierzący, przyznający się do wiary nie mógł zostać profesorem Uniwersytetu, choć partyjny ateista mógł z portiera awansować na rektora. Milicjantem mógł zostać dawny złodziej, ale nie człowiek praktykujący. Aby zostać oficerem Wojska Polskiego nie trzeba było mieć matury, chęć szczerą tylko, ale nie można było chodzić do kościoła, chrzcić dzieci, brać ślubu. Podobnie aby być urzędnikiem państwowym ponadpodstawowego szczebla. Likwidowano wielowiekowe uczelnie tylko dlatego, że były teologiczne (na U.J.). W gazetach pisano o wszystkim, ale nie o Bogu, religii, Kościele (chyba, że źle). Podobnie w radiu czy telewizji, w wydawnictwach książkowych. To była brutalna dyskryminacja ludzi wierzących, zubożanie ich duchowe, spychanie na margines życia społecznego, przekreślania ich szans rozwoju według własnej wiary, własnej religijnej tożsamości. Dziś poznajemy, jak dyskryminacja jest niezgodna z duchem chrześcijańskiego braterstwa. Dziś możemy wszystkim dyskryminującym nas przez wiele lat przekazać nasze przebaczenie, choć nie zapomnienie. I w duchu chrześcijańskiej miłości szukać sposobów i form życzliwego, przyjaznego współżycia i współpracy.
Chrześcijańska postawa nakazuje nam - jako minimum - wyrzeczenie się wszelkich form dyskryminacji ludzi niewierzących lub inaczej wierzących. Bo wszyscy mamy tego samego Stworzyciela, choć przez niewierzących nie uznawanego, który jest równocześnie Ojcem wszystkich ludzi, a nas uczynił braćmi. Wszyscy jako ludzie mamy tę samą, daną przez Boga godność ludzką. Wszyscy zostaliśmy powołani do wolności, do świadomych wyborów, nie tylko za tym, co Boże, ale i przeciwne Bogu. Dlatego odrzucenie Boga, Jego Prawdy i Dobra, jakkolwiek zda się wierzącemu nielogiczne, absurdalne, nie pozbawia ateisty jego godności osoby ludzkiej, którą musimy w nim uznać, uszanować. Więcej, zaakceptować go takim, jakim jest, a więc jako ateistę, którym jest zawarta zgoda Boga na jego religijne, a raczej antyreligijne wybory życiowe. Jeszcze więcej trzeba powiedzieć; życzliwość wobec ateisty, mimo że jest ateistą, mimo zasadniczych różnic jakie nas dzielą, jest wymogiem przynależności do Chrystusa i Jego cywilizacji miłości. Wreszcie nie sposób pominąć Chrystusowego wymagania, które na serio przed nami postawił: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych. którzy was prześladują” [dyskryminują?] (Mt 5, 44), a więc wojujących ateistów, osobistych wrogów Boga i Jego wyznawców. Nas jeszcze, chrześcijan, obowiązuje więcej; życzliwe dążenie do wielorakiego, braterskiego, twórczego współżycia i współdziałania z ludźmi niewierzącymi. Jest ono pełne życzliwości i miłości do niewierzących i nie jest łatwe, bo wymaga od nas dużego poświęcenia, ofiary, wyrzeczenia się dotychczasowych uprzedzeń, rozżaleń, zagniewań. Tę postawę trzeba zająć nie dla świętego spokoju, ale w imię braterstwa w Bogu i Chrystusie Jezusie, choć obejdzie się bez akcentowania tych religijnych motywów. Twórcze współżycie i współdziałanie jest wielkim dobrem: dla ateisty, dla nas samych, dla całego społeczeństwa, dla świata, w którym przyszło nam żyć. To nie jest łączność z naszego mniemanego piętra na jego parter, nie, bo to byłoby szukanie siebie samego, własnego zwycięskiego „ja”, a nie mozolnego, nawet poniekąd uciążliwego „my”. To nie jest łączność dla łączności, ale dla osiągania celów, o których można powiedzieć, że są nie do osiągnięcia tylko przez jednych, albo tylko przez drugich w naszym pluralistycznym świecie. To nie jest tani kompromis ludzi z różnych brzegów, ale szukanie nowej wersji współżycia i współpracy.
Trzeba wyrazić radość, że Kościół w Polsce podjął temat nowej ewangelizacji niewierzących, której nie sposób prowadzić bez postawy życzliwej miłości wobec nich.
Wobec odchodzących od tradycyjnej, obrzędowej tylko religijności, od zastanych, zrutynizowanych formuł spotkań z Bogiem w dotychczasowych wspólnotach religijnych, szukających bogatszych i pełniejszych form życia religijnego, intellektualnie niespokojnych, trochę niepokornych trzeba okazać szczególną, troskliwą miłość. Oni sami spotykają się z gestami zawodu miłujących ich osób, gestami taniej dezaprobaty, czy jałowego potępienia. Ich odchodzenie od tradycyjnych formuł religijności nie jest jeszcze odwróceniem od samego Boga, jest tylko wyrazem wewnętrznego niepokoju, niedosytu religijnego, i znaków zapytania, które stawiają sobie samym, innym ludziom wierzącym, a w ostateczności samemu Bogu. Miłość życzliwa chrześcijanina wobec tych odchodzących, polega na naszym zgłoszeniu solidarności z ich niepokojem i niezadowoleniem, niedosytem religijnym, solidarności w stawianiu trudnych pytań o sens i istotę religii, o dojrzały, nowy jej kształt, o nowe cele religijne do osiągnięcia. Tu liczy się uważne słuchanie, bez zgorszenia i potępienia, wspólne zastanowienie się nad ich i naszym świadectwem i wspólne poszukiwanie własnej twarzy religijnego człowieka, która harmonizuje ze współczesnością, z mentalnością i odczuciami współczesnego człowieka; nie traci nic z tego, co już było, nie bojąc się tego, czego jeszcze nie było. Po własnym okresie fermentowania i dojrzewania musimy im z miłością pomóc w obronie przed płytkim, niemal głupim, jałowym odchodzeniem od tradycyjnej religijności, która bywa tylko niepotrzebną stratą duchową. Musimy im dopomagać w kształtowaniu na nowo światopoglądu, opartego na prawdzie Bożej, na bogatszym przeżywaniu religijnych spotkań z Bogiem, na ciekawszych, wszechstronniejszych formach współpracy z Bogiem. Bo nie ma innego sposobu zatrzymania ich na drogach odejścia od religii, jak ukazanie im autentycznej jej postaci.
Na szczególną troskliwą życzliwość zasługują „kandydaci” na członków starych i nowych sekt religijnych, mnożących się na potęgę. Samo potępienie ich nauki, nawet bez potępienia ludzi w tych sektach działających niewiele jest skuteczne. Kandydatom do sekt zdaje się, że pewne potrzeby religijne, jakie przeżywają, łatwiej i lepiej zaspokoją w sekcie. Życzliwa miłość wobec nich postara się o łatwiejsze i lepsze zaspokojenie ich potrzeb religijnych, etycznych, wychowawczych czy kultycznych, a nie tylko zakazywanie, pilnowanie, potępianie.
Jest wielkie zapotrzebowanie na tego rodzaju miłość bliźniego wobec tych, którzy nigdy na swej drodze nie spotkali Jezusa Chrystusa, bądź wiarę w Niego utracili, bądź jak Nikodem szukają z Nim dialogu. Przez swą miłość ku nim, wskazujemy na Mistrza i na Jego miłość ku ludziom. Równocześnie Jemu samemu okazujemy miłość w braciach, na których On czeka, albo których chce pozyskać dla siebie. Są do zdobycia, ale nie do przymuszenia. Sobór Watykański II podkreśla: ‘Jednym z zasadniczych punktów nauki katolickiej, zawartym w słowie Bożym i nieustannie głoszonym przez Ojców, jest zdanie, że człowiek powinien dobrowolnie odpowiedzieć Bogu wiarą; nikogo więc wbrew jego woli nie wolno do przyjęcia wiary przymuszać. Z własnej swej bowiem natury akt wiary ma charakter dobro-wolny, gdyż człowiek odkupiony przez Jezusa Chrystusa do przybranego synostwa, może siebie oddać objawiającemu się Bogu tylko wtedy, jeśli pociągnięty przez Ojca okazuje Bogu zrozumienie i wolne posłuszeństwo wiary’ (DRW 1O). Ci ludzie są kandydatami, a nie prozelitami. Są gotowi, ale nigdy nie pewni. Są kandydatami waszej pięknej miłości, która daje siebie samego, ze swoim najgłębszym "ja", z tym co najbardziej jego, aby stać się dla brata szansą ubogacenia, szansą piękniejszego i pełniejszego życia.
Na taką miłość stać nawet najbardziej niepozornego, młodego człowieka, który tylko sam uporządkował swoje sprawy z Bogiem, posmakował i dawał świadectwo swej uszczęśliwiającej i ubogacającej więzi z Nim. W taką miłość warto zainwestować. Studium książek religijnych, czasopism, wykładów powszechnych. Warto się łączyć w grupy doskonalenia apostolskiego, oazy, zespoły... Warto pytać o doświadczenia historii. Warto pytać ludzi skutecznego dialogu.
‘Jednak miłość Chrystusowa przynagla go, - mówi Sobór Watykański II - aby wobec ludzi, którzy trwają w błędzie albo w niewiedzy co do spraw wiary, postępował z miłością, roztropnością i cierpliwością. Trzeba więc brać pod uwagę tak obowiązki wobec Chrystusa, Słowa Ożywiającego, które winno być głoszone, jak i prawa osoby ludzkiej, a także miarę łaski udzielonej przez Boga za pośrednictwem Chrystusa człowiekowi, który zostaje wezwany do dobrowolnego przyjęcia i wyznawania wiary’ (DRW 14).
„Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem” (J 13, 34).
‘Żaden człowiek nie może się uchylić od podstawowych pytań: Co powinien czynić? Jak odróżniać dobro od zła? Odpowiedź można znaleźć tylko w blasku prawdy, która jaśnieje w głębi ludzkiego ducha, jak zaświadcza psalmista: „Któż nam ukaże dobro? Wznieś ponad nami, o Panie, światłość Twojego oblicza!" (por. Ps 4, 7) (Jan Paweł II Encyklika: Blask Prawdy 2).
Zamysłem Ojca Świętego Jana Pawła II było, aby kontynuując posługę Kościoła w ujawnianiu zła, udzielaniu wskazań i wyjaśnień, w walce o dobro człowieka przez umacnianie go, wspomaganie, pocieszanie i przez to przyczynianie się do lepszego zrozumienia wymagań moralnych w różnych dziedzinach życia - w tej encyklice Blask Prawdy - szuka odpowiedzi na pytanie o podstawy moralności. Współczesność odrzuca tradycyjną doktrynę o prawie naturalnym, o powszechności i niezmiennej ważności jej nakazów; uważa się, że niektóre elementy nauczania moralnego Kościoła są po prostu nie do przyjęcia, że Magisterium może się wypowiadać w kwestiach moralnych tylko po to, by „zachęcać sumienia” i „proponować wartości”, z których każdy sam będzie czerpał inspirację do autonomicznych decyzji i wyborów życiowych (Blask Prawdy 4).
Człowiek współczesny oczarowany i zaczarowany przez wolność sądzi, że o dobru lub złu on sam będzie decydował i tej suwerenności decyzji i wyborów życiowych nie może się w imię pełni swego człowieczeństwa wyrzec. Jeśli jego suwerenne decyzje nie będą się zgadzać z istniejącym ładem wszechświata i drugiego człowieka, zwłaszcza słabszego, tym gorzej dla nich. Wtedy daje się unieść relatywizmowi etycznemu: co dobre dla ciebie, niekoniecznie musi być dobre dla mnie; co złe dla ciebie, niekoniecznie jest też złe dla mnie; co uchodziło kiedyś za zło dziś już nie musi, co uchodziło za godne chwały, dziś nawet nie zostanie zauważone. A jeśli jako wartość zasadniczą, dla której warto żyć, uzna tak myślący człowiek przyjemność i radość życia, które można i trzeba za wszelką cenę osiągać, choćby trzeba było do tego użyć osoby ludzkiej, a nie tylko rzeczy, wtedy dostrzegamy postawę konsumpcyjną w etyce. Oni oczekują na miłość miłosierną pomocną w odnalezieniu podstaw etycznych.
Wielu bliskich nam ludzi żyje moralnie, a raczej amoralnie „jak chce” według jednej zasady: „róbta co chceta”. Jedni są oburzeni, inni zgorszeni, a chrześcijanie zaproszeni do miłości pełnej życzliwości wzajemnej, tak jak Chrystus nas wszystkich umiłował. Oni, mimo grzechu, nie tracą zasadniczej godności osoby ludzkiej, otrzymanej w akcie stwórczym Boga na Jego obraz i podobieństwo. Godności potwierdzonej odkupieńczą, najwyższą ofiarą życia Syna Bożego Jezusa Chrystusa na krzyżu. Oni też są powołani do uczestnictwa w Królestwie Bożym, jak my wszyscy, grzesznicy przecież. Oni mają szansę wewnętrznego nawrócenia się i pełnego uczestnictwa w naturze Bożej i synostwie Bożym.
Nie można człowieka dyskryminować społecznie, ani etycznie z powodu jego grzechu, ani grzesznego stylu życia, choć jego postępowanie nie zasługuje na naszą dodatnią ocenę społeczną czy etyczną. Prześladowanie ich, agresja wobec nich, poniżanie, pogarda, niechęć do ich obrony, dopóki nie zagrażają porządkowi i bezpieczeństwu publicznemu, nie zasługują na dodatnią ocenę moralną.
Chrześcijanin nie może poprzestać nawet na tak daleko idącej tolerancji; „pozwólmy im żyć koło siebie, choć nie podzielamy i nie pochwalamy ich wizji życia moralnego, czy raczej niemoralnego. Chrześcijanin chce pamiętać, że wielu z nich prawdziwie cierpi z powodu swej inności, moralnej odmienności upodobań i ulegania im. Jak tym ludziom okazać życzliwość w ich błądzeniu po manowcach moralnych, a czasem życiowych tragedii? Idąc za głosem serca, które winno im okazać życzliwość i za myślą przewodnią Ojca św. Jana Pawła II z encykliki Blask Prawdy trzeba prowadzić dialog o podstawach etyki i prawa, które Bóg zakodował w naturze ludzkiej. Budzić tęsknotę za wartościami, które są zgodne z zamysłem miłującego nas Boga. Wskazywać na piękno zamysłu Bożego wobec naszego życia, którego powtórzyć nie można. Chrześcijańska miłość każe nam pamiętać o ostrzeżeniu Chrystusa: „Nie podobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż gdyby miał być powodem grzechu jednego z tych małych. Uważajcie na siebie!” (Łk 17, 1-2).
Taka życzliwa miłość wobec odmiennie zorientowanych etycznie jest oczekiwaniem miłującego nas Boga, Jest ujawnieniem naszej miłości ku Niemu w osobach jakby trochę życiowo przegranych, na których On ciągle niecierpliwie czeka z łaską wewnętrznego nawrócenia, a nie z paragrafem. Czeka z własną życzliwością, a nie z potępieniem aż do ostatniego dnia ich życia.
„Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35).
Niektórzy pamiętają to zjawisko migracji wewnętrznej; ze wsi do miasta, ze Wschodu na Zachód. Różne jej były przyczyny; cywilizacyjne, narodowościowe, gospodarcze, polityczne. Wysiedlani ze Wschodu, zajmowali cudze „porzucone” miasta, wsie, domy, gospodarstwa, fabryki i zaczynali nowe życie, w nowym środowisku kulturowym, obyczajowym, w nowych grupach religijnych. Przynosili ze sobą stare obrazy religijne, stare przekonania, ale i nawyki, tradycje, przywiązania, które zderzały się z zastanymi, czasem wrogimi, częściej "obcymi" tylko, zawsze nie chcianymi. Asymilacja w której brakło wzajemnej miłości życzliwej trwała długo i bywała bolesna, raniła i pozostawiała blizny u przesiedleńców i autochtonów. Blizny do dziś uwierają. Pamięć lat pionierskich jest ciągle zatruta, dzieli a nie łączy, pobudza stare niechęci, a nie buduje nowych przyjaźni. Pozostały granice dzielące ich, które tylko oni rozpoznają. Prawo i sprawiedliwość, przy braku praworządności nie wiele broniły ich przed poczuciem zesłania, wygnania, krzywdy, cierpienia, obcości, wrogości. Znaczyła przede wszystkim miłość życzliwa, która była lekiem choćby tylko łagodzącym i dla „ptoków” i dla „krzoków”.
Podobnie było z migracją ze wsi do miast; za nauką, za nową pracą, za lepszym mieszkaniem miejskim, za karierą życiową, za wyższą kulturą. Budowali Nowe Huty, Nowe Miasta a w nich blokowiska, Nowe Uniwersytety. Sami wiele zyskiwali, wiele tracili. Zanim kultura miejska pomogła im w doskonaleniu osobowości przez szkołę, uczelnię, kino, teatr, dostęp do zasobnych bibliotek, tracili wiarę ojców, dotychczasowe nawyki obyczajowe, hamulce moralne w nowym, obcym, obojętnym, a nawet wrogim środowisku. Ile spotkali pogardy dla swej wiejskości, którą jeszcze było widać po nich, ile wycierpieli szyderczego śmiechu z ich prostoty i szczerości. Ile wspominków o widłach, gnoju, do których powinni wrócić, oraz o wiechciach słomy wystających z butów. I ta migracja nie obyła się bez wielkich kosztów, zwłaszcza duchowych, choć w sumie była zjawiskiem dodatnim. I tu miłość życzliwa szła w sposób bardziej widoczny niż prawo i sprawiedliwość za tymi migrantami ze wsi do miast. I ona była czynnikiem łagodzącym to trudne przesadzanie z gleby na bruk. Ale te dwie migracje, to już zamknięte procesy społeczne i duchowe, które nam tylko pozwalają zrozumieć niektóre niekorzystne zjawiska etyczne, religijne, społeczne.
Wspomnijmy wielkie emigracje Polaków: Cały wiek XIX, to przymusowa wywózka na Wschód, zwłaszcza na Syberię oraz dobrowolna ucieczka na Zachód. Aż po ostatnią emigrację „solidarnościową”, która była ucieczką przed represjami politycznymi, przed coraz większą biedą. Nie wracali z wycieczek turystycznych, uciekali przez zieloną granicę, wyjeżdżali służbowo i nie-służbowo zostawali. Zasadniczą ich niedolą był brak miłości życzliwej ze strony gospodarzy, która pozwoliłaby bezboleśnie znaleźć nową ojczyznę. Ale i do nas przybywa coraz więcej imigrantów. Przybywają z Białorusi, Rosji, Ukrainy, Rumunii, dawnej Jugosławii, ale i z Libanu, Iraku, Iranu, Palestyny, Syrii, Turcji Somali, Etiopii, Angoli czy ostatnio z Rwandy. Jedni pohandlują u nas, popiją, pobiją innych, okradną, obrabują... i wyjadą. Inni chcą uciec na Zachód, a w kraju naszym są tranzytem, ale nasi zachodni sąsiedzi bronią się skutecznie przed nimi, więc zostają u nas „na łaskawym chlebie”, nawet i dwa, trzy lata, ku własnemu rozżaleniu, a nawet rozpaczy. Ten chleb nasz jest niezamierzony, niechciany, gorzki. Jeszcze inni traktują wyjazd ze swego kraju jako swoisty sposób na życie. Ci myślą, jak łaskawy chleb zamienić na własny. Szukają lepszej twórczości naukowej, czy artystycznej, możliwości studiów, pracy, leków, wolności, życia godziwego... wszystkiego, czego na biednym Wschodzie i Południu nie ma, a na rozwiniętej i bogatej Północy jest i to jest w nadmiarze. Trzeba dodać, że narasta migracja rozpaczy, nie by lepiej żyć, ale w ogóle żyć, przetrwać. I - wobec gwałtownego wzrostu liczby ludności, oraz zjawiska, że biedni coraz bardziej biednieją, a bogaci coraz bardziej bogacą się - ten napór emigracyjny będzie rósł, a nie malał. Gospodarze bronią się przed nimi. Traktują ich jako złodziei ich miejsc pracy, ich dachu nad głową, ich dobrobytu, z którymi to dobrami oni nie chcą dzielić się z obcymi: i to z Murzynami, Mulatami, Żółtkami. Wtedy pojawiają się napisy na murach, aby emigranci, azylanci wracali do domu. Wybuchają bójki, w których pobici są wyłącznie emigranci. Wybuchają pożary domów i samochodów, jakoś prawie wyłącznie emigrantów. Wybijane są szyby tylko meczetów. Wyrzucane są ze szkół dziewczynki w muzułmańskim czadorze. Tu okazało się, że gdzie prawo, choćby najbardziej spolegliwe dla emigrantów, nie wystarcza. Koniecznie potrzebna jest miłość życzliwa.
Kościół wychodzi im na przeciw z pięknym zawołaniem Ojca Świętego Jana Pawła II na Światowy Dzień Migranta: ‘Przyjąć człowieka obcego, z radością rozpoznając w nim oblicze Chrystusa’. Wzywa wszystkich chrześcijan, by nie z zawodnego pojęcia humanizmu, ale z własnego dziedzictwa wiary czerpali bodźce i motywy do braterskiego przyjęcia migrantów. Ich losy ‘muszą poruszać sumienia chrześcijan, którzy ‘cechami charakterystycznymi swej wiary uczynili solidarność i gościnność wobec potrzebujących’. Chrześcijanie okazując swą troskę migrantom, ‘dają świadectwo, że ich społeczeństwo potrafi kochać Boga, a z miłości dla Boga również niechcianych przybyszów’. Ten przejaw miłości musi uprzedzać ogólnoludzki namysł nad rozwiązaniem politycznym i gospodarczym całości narastających problemów związanych z migracją, i być dla nich przynagleniem.
Ojciec Święty Jan Paweł II w encyklice Centesimo anno nawołuje do odrzucenia takiego spojrzenia na tych ubogich ludzi i narody, jako na uciążliwy i zbędny ciężar. Oni jako migranci, mogą mieć i mają swój niezastąpiony wpływ na dalszy rozwój gościnnego kraju. Z drogiej strony emigracja zostawiona bez pomocy, bez wsparcia wielorakiego, może być społecznie groźna. ‘Ludzie zmuszeni do opuszczenia ojczyzny, odrywają się od rodzin i od podłoża rodzimej kultury, a pozbawieni perspektyw na przyszłość’, mogą stać się zarzewiem nieodpowiedzialnych wystąpień, działań.
A nam w spotkaniu z konkretnymi ludźmi migracji, z ich innością rasową, religijną, kulturową, obyczajową, z ich poczuciem doznawanej niedoli trzeba przezwyciężać ksenofobię, która jest stara, jak świat i jak świat okrutna. Widzieć migrantów, jak braci o obliczach Chrystusa i jak Jego samego lepiej poznać, zrozumieć, wyrozumieć. Jak z Nim, z Chrystusem, podzielić się chlebem i masłem, ciepłem rodzinnym, przestrzenią wolności. I jak Chrystusa samego bronić przed lokalnymi agresorami, jak i przed wrogimi odruchami prostych ludzi. Pomóc im zachować się godnie, dopóki będzie ptakiem przelotnym tylko. Pomóc im w twórczym przystosowaniu się, jeśli mieliby pozostać na stałe. Pomóc im zachować własny język, kulturę, religię, obyczaj oraz przezwyciężyć ich nostalgię za ziemią ojczystą. Przede wszystkim obdarzmy ich miłością życzliwą, której sami doświadczamy ze strony Boga. Może i my spotkamy wśród emigrantów św. Rodzinę z Betlejem udającą się do ziemi egipskiej w poszukiwaniu bezpieczeństwa i chleba: „Anioł Pański ukazał się Józefowi i rzekł: ‘„Wstań, weź dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu: pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić”. On wstał wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda” (Mt 2, 13-15).
„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40) - odpowie Chrystus na życzliwą naszą miłość do emigrantów.
„Bóg rzekł: ‘Uczyńmy człowieka na nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad całą ziemią i nad wszelkim gadem i płazem”... Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę... Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: ’bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszelkim gadem i płazem’... I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień szósty” (Rdz 1, 26-2, 3).
Kiedy Katechizm zatrzymuje się nad tym opisem dzieła stworzenia mówi: 'W zamyśle Bożym mężczyzna i kobieta są powołani do czynienia sobie ziemi „poddaną (Rdz 1, 28) jako „zarządcy Boży. To władanie nie może być samowolnym i niszczącym panowaniem. Mężczyzna i kobieta, stworzeni na obraz Stwórcy, który miłuje „wszystkie stworzenia” (Mdr 11, 24), są powołani, by uczestniczyć w Opatrzności Bożej w stosunku do innych stworzeń. Z tego wynika ich odpowiedzialność za świat powierzony im przez Boga' (K 373). To uczestniczenie najpierw w dziele stwórczym Boga, a następnie w Opatrzności Bożej dokonuje się prze ludzką pracę. „W zamyśle Bożym mężczyzna i kobieta są powołani do czynienia sobie ziemi poddaną”, czyli jako para małżeńska, a w konsekwencji jako rodzina są powołani do pracy, jako uczestnictwa w dziele stworzenia i podtrzymywania świata przy istnieniu, porządkowania tegoż świata.
Praca jest uczestnictwem w dziele Stwórcy. 'Człowiek stworzony na obraz Boga, przez swoją pracę uczestniczy w dziele swego Stwórcy i na miarę swoich ludzkich możliwości poniekąd dalej je rozwija i dopełnia, postępując wciąż naprzód w odsłanianiu ukrytych w całym stworzeniu zasobów i wartości' (Jan Paweł II O pracy ludzkiej 25). To nie jest tylko praca wielkich odkrywców, uczonych, polityków decydujących o kształcie i postępie życia gospodarczego, materialnego, ale i praca prostego robotnika, sprzątacza ulicznego, gospodyni domu, matki „niepracującej”, ale mającej tysiące spraw rodzinnych na głowie. I tu dosięgamy wielkiego uroku chrześcijańskiego ducha pracy. On chroni przed poczuciem mniejszej wartości, przed poczuciem drugiego, bądź piątego miejsca w rodzinie, ze względu na ważność pracy, czy zajmowanego stanowiska „w pracy”. On dowartościowuje każdego członka rodziny, a poprzez rodzinę - każdego członka społeczeństwa. W ten sposób człowiek dorasta do pełnego wymiaru godności człowieczej, przeżywa swą pełną godność - poprzez godność swej pracy, oraz docenia swoje ważne miejsce w społeczności ludzkiej.
Praca ludzka nie jest złem koniecznym, ani gorzkim losem, ale powołaniem od Boga danym do „czynienia sobie ziemi poddaną” (Rdz 1, 26 nst). Człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boże, - ma żyć w świecie, rządzić nim w sprawiedliwości i świętości oraz przeobrażać go ku większej doskonałości. Na to jest przez Boga ustanowiony. Czyni to przez wszystkie poczynania ludzkie, czyli pracę. Stąd praca wyróżnia go spośród wszystkich stworzeń, bo tylko człowiek może ją wykonać i wykonuje, bo praca nosi na sobie szczególne znamię osoby ludzkiej i człowieczeństwa. Praca ma swój religijny wymiar i pracą, jak modlitwą można oddawać cześć Bogu. Przez pracę możemy wyrażać naszą miłość do Boga-Stworzyciela i do Boga Zbawiciela, który przez okres ziemskiego życia był rzemieślnikiem.
Pracujemy, aby zdobyć chleb codzienny, odzienie, mieszkanie nie tylko dla siebie, ale dla swych bliskich, a nawet „obcych”. Stąd przez pracę wyrażamy naszą miłość ku ludziom. I tym okazujemy miłość ku drugim, jaką okazuje sam Bóg.
Pracujemy dla zaspokojenia potrzeb wyższego rzędu i przez to podnosić poziom życia kulturalnego i moralnego ku doskonałości osoby ludzkiej i społeczeństwa ludzkiego. I to nie tylko własnego. Stąd przez pracę wyrażamy naszą miłość ku ludziom. I przez to okazujemy miłość jakiej doświadczyliśmy od Boga i od przodków-twórców dziedzictwa kulturalnego i społecznego.
Pracujemy, by twórczo rozwijać osobę własną i osób ludzkich bliźnich. Człowiek pracując nie tylko przemienia rzeczy i społeczność, lecz doskonali też samego siebie i innych. Uczy siebie i innych wiele rzeczy, rozwija zdolności swoje i cudze, wychodzi z siebie i ponad siebie, oraz innym pozwala wyjść. Jeżeli się dobrze pojmuje ten wzrost, jest wart więcej, aniżeli zewnętrzne bogactwo, jakie może zdobyć. Więcej wart jest człowiek z racji tego czym jest, niż ze względu na to, co posiada (por. KDK 35, Sob. Wat. II). Ewangeliczna przypowieść o talentach (Mt 25, 14-30), które są dane dla twórczego rozwinięcia jako zalążka Bożego, jest wyrazem woli Bożej wobec pracującego człowieka. Wykorzystanie tego zalążka przez pracę dla Boga jest swoistym wyznaniem Mu miłości.
'Pracujemy, by tym głębiej przeżyć braterską wspólnotę, w której żyjemy, w której i dla której wykonujemy nasze działania: rodziny, środowiska, ojczyzny, świata, 'Praca i stosunek do niej winny być wyrazem wielokierunkowej solidarności: wobec tych, z czyich skutków pracy sami korzystamy jak i tych, którzy naszą pracę prowadzą dalej lub będą z niej korzystać...' (Synod Krakowski: O pracy 9).
Miłość ku braciom pracującym i solidarność z nimi można i trzeba wyrazić w troskliwym uczestnictwie w staraniach o warunki pracy nie uwłaczające godności ludzkiej każdego pracownika; o sprawiedliwość ocen udziału pracujących i „kapitału”; o prawa pracownicze; o płace godziwe dla pracujących i ich rodzin; o obronę wolności ludzi pracujących; o pracę ludzi upośledzonych, o godziwy odpoczynek dla pracujących. Wtedy dopiero będziemy miłować braci nie słowem, a czynem. Tak szeroko widzą miłość bliźniego papieże naszych czasów, a w szczególności Ojciec Święty Jan Paweł II, rozbudowując naukę społeczną Kościoła. Tu same instytucje społeczne i polityczne nie wystarczają. Potrzebne jest życzliwe zaangażowanie wszystkich.
Miłość ku braciom pracującym i solidarność z nimi można i trzeba wyrazić w krzewieniu chrześcijańskiego etosu pracy: o jej wartości nadrzędnej pracy – jako współpracy ze Stwórcą w dziele przeobrażania świata; o „dobrej robocie” - skoro ma być współpracą z Bogiem; o godnej współpracy z innymi, jeśli ma stanowić o wspólnotę życzliwości wzajemnej.
W szczególny sposób miłość zakotwiczona w Bogu zobowiązuje nas do życzliwej troski o ludzi bezrobotnych. Wielu z nich ciężko przeżywa te chwile. Bezrobocie jest złem nie tylko dlatego, że pozbawia człowieka zarobku; środków do utrzymania i godnego życia, oraz rozwoju, ale hamuje proces jego samorealizacji w świecie, i w czasie, w którym przyszło mu żyć. Stąd mówi się też o błogosławieństwie pracy, o przekleństwie bezrobocia. Ono degraduje człowieka, jako osobę i jako bezużyteczną jednostkę społeczeństwa, skazaną na czekanie, na zasiłek, na upokarzającą zależność od decydentów pracy, na pustkę i jałowość życia, na poczucie życia bezcelowego i bezsensownego. Po co się uczyć? Dla wegetacji? Bezrobocie, które dotyka człowieka, jest swoistą chorobą normalnego człowieka. Wprowadza stan nierównowagi biologicznej (bezrobotni łatwiej chorują i żyją krócej), psychicznej i duchowej (poczucie mniejszej wartości, niepotrzebności, braku własnego miejsca na ziemi, braku własnych śladów po sobie...). Człowieka bezrobotnego częściej ogarnia nuda i poczucie pustki życiowej. Bezrobotny łatwiej się wykoleja (popada w alkoholizm), jakby do jednej biedy dodając kilka innych. Bezrobotny łatwiej ulega różnym depresjom, z którymi trudniej się żyje. Ostatnio częściej niż dawniej z powodu braku pracy ludzie odbierają sobie życie.
Polaków zaskoczyła wolność polityczna i gospodarcza po realnym socjalizmie nakazowo rozdzielczym wolnym kształtowaniem rynku pracy. Zmieniły się całkowicie układy między światem pracy najemnej a pracodawcami, którymi w ogromnej swej masie było państwo. U nas praca czekała na robotnika, a nawet szukała go, a nie robotnik szukał pracy. Ludzie zbędni dla zyskownej produkcji pracowali albo udawali, że pracują, tworząc armię ukrywanych bezrobotnych. Ci w gospodarce rynkowej musieli odejść, jeśli produkcja miała być opłacalna. Powstała cała armia jawnie bezrobotnych i powstał nowy nasz problem do rozwiązania, którego dotychczas nie znaliśmy: bezrobocie.
Po przełomie polityczno - gospodarczym w 1989 r. załamał się nasz rynek wschodni, niedostatecznie otworzył się zachodni. Znów wielu ludzi było w tej sytuacji zwolnionych z pracy i już jawnie, faktycznie pozostawało bez pracy. Do nowego układu gospodarczego, w którym liczy się i jest opłacalna dobra robota, nie pasował socjalistyczny model pracy: Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące (wtedy) się należy, albo: Uwielbiam pracę, mogę godzinami patrzeć, jak inni pracują. Bumelki z podkładką zwolnienia lekarskiego, przestoje wypełniające większość czasu pracy, libacje alkoholowe w czasie pracy, bądź przychodzenie pijanym do pracy, brak karności tolerowany przez socjalistycznych nadzorców, teraz nie mogły być tolerowane. Wielu ludzi, o takim odniesieniu do pracy, teraz musiało ją pożegnać. Opinia o tych ludziach poszła za nimi do zakładu, w którym starali się o pracę i jej nie uzyskiwali. Pozostawał im tylko mit, że to oni Polskę budowali, a później wyzwalali.
Do nowego układu gospodarczego nie pasowali pracownicy, którzy rozkradali swój zakład pracy (prawie wszyscy), w imię tajnej rekompensaty za niskie zarobki, oraz przeświadczenia, że co państwowe, to nasze, to moje. Nie pasował pracownik, który na państwowych maszynach, z państwowych materiałów, w opłaconych przez państwo godzinach pracy robił fuchy, opłacając się politycznym nadzorcom. Rabunkowa gospodarka niektórych gałęzi przemysłu (górnictwa i hutnictwa) oraz rolnictwa (PGR) powodowała ich chylenie się ku upadkowi. Wielu młodych ludzi bezrobocie dopadało na mecie szkolenia się i ich startu do pracy zawodowej, której nie znajdywali.
W szczególny sposób miłość zakotwiczona w Bogu zobowiązuje nas do życzliwej troski o ludzi bezrobotnych. Wielu z nich ciężko przeżywa te chwile. Bezrobocie jest złem nie tylko dlatego, że pozbawia człowieka zarobku; środków do utrzymania i godnego życia, oraz rozwoju, ale hamuje proces jego samorealizacji w świecie, i w czasie, w którym przyszło mu żyć. Stąd mówi się też o błogosławieństwie pracy, o przekleństwie bezrobocia. Ono degraduje człowieka, jako osobę i jako bezużyteczną jednostkę społeczeństwa, skazaną na czekanie, na zasiłek, na upokarzającą zależność od decydentów pracy, na pustkę i jałowość życia, na poczucie życia bezcelowego i bezsensownego. Po co się uczyć? Dla wegetacji? Bezrobocie, które dotyka człowieka, jest swoistą chorobą normalnego człowieka. Wprowadza stan nierównowagi biologicznej (bezrobotni łatwiej chorują i żyją krócej), psychicznej i duchowej (poczucie mniejszej wartości, niepotrzebności, braku własnego miejsca na ziemi, braku własnych śladów po sobie...). Człowieka bezrobotnego częściej ogarnia nuda i poczucie pustki życiowej. Bezrobotny łatwiej się wykoleja (popada w alkoholizm), jakby do jednej biedy dodając kilka innych. Bezrobotny łatwiej ulega różnym depresjom, z którymi trudniej się żyje. Ostatnio częściej niż dawniej z powodu braku pracy ludzie odbierają sobie życie.
Nie ma gotowych recept pomocy ludziom w obronie przed bezrobociem i w łagodzeniu skutków jego, kiedy staje się ponurą rzeczywistością. Wobec każdego bezrobotnego lub zagrożonego bezrobociem, a zwłaszcza wobec grupy, branży, trzeba obierać inne metody przeciwdziałania bądź niesienia pomocy.
Jedyną racjonalną obroną przed ewentualnym bezrobociem jest nauka, studia, nauka jeszcze raz nauka. To dyktuje stały postęp techniczny w prawie każdej pracy.
Niewiele liczmy na to, że państwo czy związki zawodowe (zajęte strajkami) będą wystarczającymi pośrednikami pracy, przed jej podjęciem czy w chwili jej utraty. My sami musimy się tym zająć z życzliwej miłości i solidarności. Solidarność powinna oznaczać przede wszystkim solidarność z ludźmi chwilowo bez pracy. Oznacza to: być tam, gdzie oni są, nieść otuchę, nadzieję i pomoc. Razem myśleć o lepszej przyszłości. Razem szukać nowych możliwości samodzielnych poczynań gospodarczych. Wzajemnie sobie pomagać w rozpoczęciu nowej działalności gospodarczej. Polak naprawdę potrafi!
„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich [chwilowo] najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 34-40). „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 35).
„Modliłem się i dano mi zrozumienie, przyzywałem, i przyszedł do mnie duch mądrości. Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku, a srebro przy niej ma wartość błota. Umiłowałem ją nad zdrowie i piękność i wolałem mieć ją aniżeli światło, bo nie zna snu blask od niej bijący. Oby mi Bóg dał słowo odpowiednie myśli i myślenie godne tego, co mi dano, On jest bowiem i przewodnikiem mądrości, i tym, który mędrcom nadaje kierunek. W ręku Jego i my, i nasze słowa, roztropność wszelka i umiejętność działania” (Mdr 7, 7-10.15-16).
Autor natchniony tak został zrozumiany przez tradycję: Prawda Boga jest Jego mądrością, która kieruje całym porządkiem stworzenia i rządzenia światem (por. Mdr 13, 1-9). Tylko Bóg, który stworzył niebo i ziemię, w ogromnej swej miłości do człowieka, może sam dać prawdziwe poznanie każdej rzeczy stworzonej w jej relacji do Niego. „On mi dał bezbłędną znajomość rzeczy: poznać budowę świata i siłę żywiołów, początek i kres i środek czasów, odmiany przesileń i następstwa pór, obroty roczne i układy gwiazd, naturę zwierząt i popędy bestii, moce duchów i myślenie ludzkie, różnorodność roślin i siły korzeni. Poznałem i co zakryte i co jest jawne, pouczyła mnie bowiem Mądrość - sprawczyni wszystkiego” (Mdr 7, 17-21) (por. K 216). O tej prawdzie Bożej, która dla człowieka staje się mądrością i kieruje całym porządkiem stworzenia, Autor wypowiada swe pochwały: „Modliłem się i dano mi; przyzywałem, i przyszedł do mnie duch mądrości; umiłowałem ją nad zdrowie i piękność i wolałem mieć ją aniżeli światło”. Sławi Boga, który jest dawcą tak pojętej mądrości: „On jest bowiem i przewodnikiem mądrości, i tym, który mędrcom nadaje kierunek”. O tak rozumianą mądrość Autor natchniony modli się: „Oby mi Bóg dał słowo odpowiednie myśli i myślenie godne tego, co mi dano” - czyli umiejętność przekazu. wie bowiem, że w ręku Jego i my, i nasze słowa, roztropność wszelka i umiejętność działania”. Umiejętność przekazywania tak pojętej mądrości.
Łatwo kojarzymy tak pojętą mądrość z kulturą, która jest nieodłączną cząstką naszego życia. Co oznacza to słowo według nauczania Kościoła?
W ogólnym znaczeniu wyraz kultura - jak głosi Sobór Watykański II (KDK 53) - oznacza wszystko, czym człowiek doskonali i rozwija wielorakie uzdolnienia swego ducha i ciała; to, przez co człowiek stara się drogą poznania i pracy poddać sam świat pod swoją władzę; oraz czyni bardziej ludzkim życie społeczne tak w rodzinie, jak i w całej społeczności państwowej przez postęp obyczajów i instytucji; wreszcie w dziełach swoich w ciągu wieków wyraża, przekazuje i zachowuje wielkie doświadczenia duchowe i dążenia na to, aby służyły one postępowi wielu, nawet całej ludzkości.
'Jest własnością osoby ludzkiej, że do prawdziwego pełnego człowieczeństwa dochodzi ona przez kulturę, to znaczy przez kultywowanie dóbr i wartości moralnych (wytworu człowieka jako osoby). (KDK 53).
Kościół dąży do czynnej i służebnej obecności w świecie współczesnym, również w świecie kultury. Widzi w kulturze i w środkach jej społecznego przekazu przejaw miłości Bożej i dar Boży, ponieważ zgodnie z opatrznościowymi zamiarami Boga doprowadzają one do braterskiej przyjaźni między ludźmi, którzy w ten sposób łatwiej odpowiadają Jego zbawczej woli (por. Zjednoczenie i Postęp). Środki społecznego przekazu kultury i informacji stwarzają nieprzewidziane do dziś możliwości zjednoczenia świata, przezwyciężenia obcości i wrogości oraz budowania pokoju między ludźmi różnych ras, wyznań i przekonań politycznych. Liczy na kulturę, literaturę i sztukę... które usiłują dać wyraz przyrodzonemu uzdolnieniu człowieka, jego problemom i doświadczeniom w dążeniu do poznania i doskonalenia siebie oraz świata: starają się odsłonić sytuację człowieka w historii i całym świecie, jego nędze i radości, naświetlić potrzeby i możliwości ludzi oraz naszkicować wizję lepszego życia. Spodziewa się, że wytwory kultury i środki jej społecznego przekazu mogą przyczynić się do lepszego zrozumienia i głębszego uszanowania godności ludzkiej. Widzi, że kultura, zwłaszcza przekazywania środkami społecznego przekazu mogą przyczynić się do lepszego zrozumienia i głębszego uszanowania godności ludzkiej. Widzi, że kultura, zwłaszcza przekazywana środkami masowego przekazu, ułatwia ludziom głębsze przeniknięcie natury ludzkiej i jej właściwości... Na swój sposób uczy prawdy. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że środki te, właściwie użyte, oddają rodzajowi ludzkiemu wielką przysługę, jako że 'wnoszą wiele dla odprężenia i ubogacenia ducha oraz szerzenia i umacniania Królestwa Bożego. Wie jednak również, że ludzie mogą ich używać przeciw zamierzeniom Stwórcy, obracając je ku własnej szkodzie. Macierzyńskie serce Kościoła boleje z powodu szkód, jakie zbiorowość ludzka ponosi zbyt często z powodu złego korzystania z tych środków. (Sobór Wat. II, O społecznych środkach Przekazu 2).
Do kultury można odnieść wskazania św. Pawła Apostoła: Wszystko badajcie, a co szlachetne zachowujcie. Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1 Tes 5, 21-22). W świecie kultur - badajmy każdy przekaz, zwłaszcza z punktu widzenia Mądrości Bożej. I zachowujmy co szlachetne, a wiele jest budujących człowieka treści kultury. Tradycja kulturowa do swych treści wplata sacrum, to co święte, a nas zobowiązuje, poprzez Jezusa Chrystusa Syna Bożego, który te wartości daje nam do przekazania. Co to oznacza?
To, co święte, w zespoleniu z tym co Boże doskonali i rozwija wielorakie uzdolnienia swego ducha. Już nie ma barier doskonalenia i rozwoju, ani naturalnych ograniczeń. Pismo mówi o dawaniu przez Boga nowej mocy.
Nowy człowiek, oświecony i umocniony przez Boga, stara się drogą dogłębnego poznania rzeczywistości stworzonej przez Boga i według Bożego zamysłu względem świata i zaproponowanej przez Niego współpracy z Nim, poddać świat pod swoją władzę, pod ład i porządek przez Boga ustanowiony. Czyni przeto człowieka obdarzonego łaską współdziedzicem swoim.
Nowy ład, proponowany przez Boga, czyni życie ludzkie nie tylko bardziej ludzkim, ale dzięki zjednoczeniu z naturą Bożą i osobą Jezusa Chrystusa, życiem coraz bar-dziej upodobnionym do życia dzieci Bożych, Przyjaciół Bożych, Sprzymierzeńców Bożych. Jest to nowa jakość życia, wbudowana w naturalne życie, które z kolei podlega doskonaleniu. Stąd analogia życia bardziej ludzkiego - do życia bardziej Bożego.
Kultura, jako przekazywanie doświadczenia wielo-wiekowego, które służy postępowi ludzkiemu, zwieńcza to, co święte-sacrum, z tym co świeckie; skłania każdego - zwłaszcza świeckiego katolika do skrzętnego przechowywania dawnej kultury, zwłaszcza „wysokiej”, jako nośnika tego co święte, jako świadectwo doświadczenia religijnego dawnych czasów.
Autor natchniony ostrzega: „Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła”. Zachowajmy każdy, nawet skromny, ślad kultury tworzonej z inspiracji religijnej, chrześcijańskiej; muzykę i pieśń, czy piosenkę; słowo poetyckie czy dramat; obraz czy rzeźbę; film czy widowisko telewizyjne, lub video; architekturę. Nie wytrzymują bowiem konkurencji z „konfekcją kulturalną” z wytworami „kultury” komercyjnej, na sprzedaż. Unikajmy wszystkiego, co w środkach masowej kultury „ma choćby pozór zła”.
Współczesny człowiek bardzo wiele wolnego czasu poświęca kulturze masowej: słuchaniu radia, oglądaniu telewizji czy filmu kinowego, przeglądaniu prasy, zwłaszcza kolorowej, czy czytaniu masowych wydawnictw książkowych. Oddaje się konsumpcji tego, co te środki społecznego przekazu na co dzień przynoszą do jego domu, albo co jest mu łatwo dostępne. Ich treści nie wolne są od zagrożeń, które niosą niewyrobionemu słuchaczowi czy widzowi, zwłaszcza telewizyjnemu. Bywają zabijaniem czasu. Nie obce im są sceny pełne brutalności ludzkiej, czy życia erotycznego.
Istnieje nagląca potrzeba wychowania do dojrzałego korzystania z kultury zaproponowanej przez środki społecznego przekazu. Wychować kogoś do dojrzałego korzystania ze środków społecznego przekazu kultury, znaczy wdrożyć do dyscypliny audiowizualnej oraz do takiego odbioru, aby mogli przyswoić sobie wszelką prawdę, dobro i piękno przez nie przynoszone, a odrzucić wszelki fałsz, zło, szpetotę.
Wdrażać do dyscypliny audiowizualnej, znaczy 'budzić sumienie moralne w wyborze lektury, filmu, transmisji radiowej i telewizyjnej'. (ZiP 67). Celem poczynań wychowawczych będzie uczynić ze środków społecznego przekazu środek samowychowania i wychowania innych oraz samokształcenia i kształcenia innych, ku pełni doskonałości osoby ludzkiej. Dojrzały odbiorca środków społecznego przekazu winien przeciwdziałać biernemu przyjmowaniu tego wszystkiego, co w wielkich ilościach i atrakcyjnej formie przekazuje audiowizja; bez refleksji nad prawdziwością i słusznością propozycji, bez konfrontacji ze swą wiarą i moralnością (por. ZiP 81). Winni też wyrażać swe pozytywne bądź negatywne opinie wobec twórców ma-sowej kultury, oraz wobec jej dysponentów i przekazicieli. Listy do redakcji, do telewizji czy kinematografii wiele mogą zdziałać, bo i twórcy i ludzie nią handlujący muszą się liczyć z odbiorcami.
Przez swą troskę o przekaz kultury, człowiek nie tylko wyraża swą miłość do Boga, poprzez przepojenie jej tym co święte (sakralizację), ale i miłość ku ludziom, pomagając im bogacić się duchowo i społecznie.
Miłość jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią człowieka na inicjatywę Boga, który okazuje nam miłość. Miłość nie jest jednak aktem wyizolowanym. Nikt nie może miłować sam, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie dał miłości samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia. Wierzący otrzymał miłość od innych, dlatego powinien ją przekazywać innym. Nasza miłość do Jezusa i ludzi skłania nas do mówienia innym o naszej miłości w Jezusie Chrystusie. Każdy miłujący jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu miłujących. Nie mogę miłować, jeśli nie będzie mnie prowadziła miłość innych, a przez moją miłość przyczyniam się do powodzenia miłości innych. Również w świecie kul-tury, zwariowanej "kultury" współczesnej.
„W ten sposób zostały ukończone niebo i ziemia oraz wszystkie zastępy stworzeń. A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął. Wtedy pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym; w tym bowiem dniu odpoczął po całej swej pracy, którą wykonał stwarzając” (Rdz 2, 1-3).
Opis stworzenia świata i człowieka, ujęty w umowną formę dni kończy się wypowiedzią o szabacie, wypoczynku Bożym w siódmym dniu. To Boże zaprzestanie "pracy" jest równocześnie zaproszeniem człowieka i wezwaniem do odpoczynku w siódmym dniu tygodnia. O tym już rozmyślaliśmy.
Rozwój techniczny współczesnego świata zmierza do tego, że coraz mniej czasu będziemy musieli pracować, a coraz więcej czasu pozostanie nam wolne, dla jakiegoś zagospodarowania go, a mniej dla odpoczynku. Człowiek powinien nabrać nawyków, cnoty - pięknego i społecznie twórczego wykorzystania czasu wolnego od pracy. Wykorzystania czasu wolnego od pracy jest dla współczesnego człowieka wielką szansą rozwojową, ale i wyzwaniem, a nawet zagrożeniem duchowym.
Czas wolny nie jest przywilejem, ale koniecznością człowieka. Kształt zagospodarowania czasu wolnego jest świadectwem godności i wzniosłości naszego człowieczeństwa. Jest też szansą albo jej zaprzepaszczeniem na szczęśliwe życie. Kształt głupi, nieodpowiedzialnym, degradujący osobę ludzką, niszczący wszystko, co przez pracę zdążył stworzyć jest nieszczęściem niejednego. Rzutuje w sposób szczególny na kształt osobowości małżonków i członków rodziny, przyjaciół, a nawet ludzi postronnych, stając się często dla nich powodem zgorszenia. Jeśli nasz wolny czas będzie zagospodarowany mądrze i twórczo, przysporzy nam i innym osobom wspólnoty nieprzewidywalnych dóbr doskonaląc komunię osób i gruntując cywilizację miłości. Są takie małżeństwa, rodziny, grupy zawodowe, sąsiedzkie, klubowe, które przez wspólnie planowane i realizowane wędrówki w czasie wolnym, doświadczyły pięknego zespolenia z Bogiem, z naturą i z sobą. Są takie grupy, rodziny rodzin, które przez wspólnie hobbi-upodobania zbieracze, zaciskali więź osobową bardziej niż więź biologiczna.
Czas wolny jest również darem Bożym - szansą doskonalenia osoby ludzkiej, społeczeństwa jako wspólnoty osób. Mam szczególnie na względzie ludzi jesieni życia, których całą rzeczywistością życia jest czas wolny od pracy. Niektórzy, przez twórcze zagospodarowanie całego wolnego czasu, stwarzają niepowtarzalną i nieporównywalną szansę pięknego schyłku życia. Inni grzęzną w jałowości, w nudzie, w pospolitości, która skrzeczy.
Nie wszystkie formy "spędzania" wolnego czasu zasługują na dodatnią ocenę moralną: jeśli narażają na niebezpieczeństwo dobra osoby ludzkiej: własnej, dobro innych osób - zwłaszcza danych nam do miłowania, jak żona, mąż, dziecko, rodzice, oraz dobra ich komunii; jeśli utrudniają społeczne współżycie z ludźmi, przez grabież ich ciszy, niszczenie środowiska; jeśli są prostym "zabiciem czasu", albo nieodpowiedzialnego "używania".
Czas wolny z rodziną i w rodzinie zasługuje na szczególne uznanie. Jest czasem bycia wśród swoich, życzliwych ludzi, którzy biorą odpowiedzialność nawzajem za siebie i dążą do wzajemnego ubogacenia się.
Warto wskazać na pewne zasady wspólnego bycia razem w rodzinie w czasie wolnym: wykorzystać go dla bycia z sobą, a nie obok siebie. Siedzenie razem przed telewizorem nie oznacza bycia razem ze sobą. Trzeba nawzajem uczestniczyć w zainteresowaniach, pracą, nauką, doznaniami, planami, marzeniami, bo przez to wzajemnie się ubogacamy. Warto bronić "stref ciszy", przed hałasem, nastrojem niepokoju, nerwowością. Warto wykorzystać wszelkie możliwości bycia razem poza skażonym środowiskiem własnym, albo środowiskiem ludzkim, niebezpiecznym dla osobowości ludzkiej i charakteru chrześcijańskiego. Z miłości ku Bogu trzeba znaleźć czas dla Boga, dla tym intensywniejszego szukaniem Go: we Mszy św. nie tylko niedzielnej; w modlitwie codziennej, trochę innej i bogatszej, niż w ciągu roku; w religijnym przeżywaniu przyrody, w której odnajdujemy piękno i wielkość Stwórcy; w nawiedzeniu figur przydrożnych i kaplic, gdzie ludzie chętnie się modlą; w czytaniu książek zbliżających do Bożych tajemnic; w poszukiwaniem ciszy, świeżego powietrza, czystej wody, pięknego krajobrazu, aby za wszystko wielbić Boga i dziękować Mu. Warto w czasie wolnym wspólnie, refleksyjnie poznawać nowych ludzi, ich pracę, ich kulturę, ich wiarę i nadzieję, ich miłość, radości i smutki, doświadczenia, by własną osobowość wzbogacić i uczyć się szacunku do innych nawet niepozornych.
Miłość ludzka, czy to ta, zwrócona ku Bogu, czy ku ludziom ze względu na Boga potrzebuje czasu wolnego od innych zajęć, ale sam wolny czas nie wystarczy. I tu wróćmy do naszej „ballady o osobowym charakterze miłości”: Miłość jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią człowieka na inicjatywę Boga, który okazuje nam miłość, dając czas wolny. Miłość nie jest jednak aktem wyizolowanym. Nikt nie może miłować sam, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie dał miłości samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia. Wierzący otrzymał miłość od innych, dlatego powinien ją przekazywać innym. Nasza miłość do Jezusa i ludzi skłania nas do mówienia innym o naszym kształcie miłości do Jezusa Chrystusa i do ludzi w czasie wolnym od pracy. Każdy miłujący jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu miłujących. Nie mogę miłować, jeśli nie będzie mnie prowadziła miłość innych, a przez moją miłość przyczyniam się do powodzenia miłości innych. Aby i ich czas wolny służył dobru osoby ludzkiej.
Ojciec Święty Jan Paweł II w czasie piątej pielgrzymki do ojczyzny powiedział w Kaliszu (4 czerwca 1977 r.): Miarą cywilizacji - miarą uniwersalną, ponadczasową, obejmującą wszystkie kultury - jest jej stosunek do życia. Cywilizacja, która odrzuca bezbronnych, zasługuje na miano barbarzyńskiej. Choćby nawet miała wielkie osiągnięcia gospodarcze, techniczne, artystyczne oraz naukowe. Kościół, wierny misji otrzymanej od Chrystusa, mimo słabości i niewierności wielu swych synów i córek, konsekwentnie wnosił w dzieje ludzkości wielką prawdę o miłości bliźniego, łagodził podziały społeczne, przekraczał różnice etniczne oraz rasowe, pochylał się nad chorymi i nad sierotami, nad ludźmi starszymi, niepełnosprawnymi i bezdomnymi. Uczył słowem i przykładem, że nikogo nie można wykluczyć z wielkiej rodziny ludzkiej, że nikogo nie wolno wyrzucać na margines społeczeństwa. Obrona życia nie narodzonych jest konsekwencją tej wielkiej misji Kościoła.
To nie może być walka z kimkolwiek, choć jest jakąś walką o życie ludzkie, którego inni nie chcą podtrzymać, wspomóc w jego punkcie największej bezsilności i zależności. Nie może być walką przeciw ludziom, zwłaszcza rodzicom i lekarzom, którzy dla trudnych do zrozumienia i przyjęcia powodów to życie niszczą: choć ich zasadniczym powołaniem jest dawanie życia, podtrzymywanie go, rozwijanie, a w wypadku lekarza leczenie, a więc bronienie.
W tej obronie ludzi nienarodzonych trzeba będzie podejmować trudne dialogi z ludźmi. Raczej nastawiamy się na argumenty rozumowe, a nie religijne, które nie dla każdego naszego rozmówcy są cenne. Chodzi o przekonanie partnera dialogu, że dziecko od chwili poczęcia jest człowiekiem. W ślad za tą zmianą przekonań, mentalności o powstawaniu życia, może pójść zmiana postawy etycznej w obronie tegoż życia ludzkiego. Dlatego nasz dialog o życiu nienarodzonych musi być dialogiem przyjaciół, którzy mają inne przekonania, przynajmniej wątpliwości, niż my sami, a nie jak sędziego wobec podsądnego! Dialog pełen zrozumienia i wyrozumienia, pełen dobrej woli dla zrozumienia trudnych racji partnera, ważkich motywów takiego, a nie innego jego postępowania, które podzielamy, ale nimi nie chcemy tak ważnej decyzji o życiu, albo nie życiu usprawiedliwiać. Im lepiej zrozumiemy okoliczności ich dramatycznych decyzji, tym delikatniejsze, a więc i skuteczniejsze będą nasze przekonywania.
Bronimy życia urodzonego człowieka w chorobie, często helikopterem przewożąc do klinik lepiej wyposażonych; bronimy życia okrutnie zniszczonego w katastrofie komunikacyjnej, nawet gdy po nim pozostaną tylko "resztki"; bronimy do ostatka życia przeżartego do cna oszalałymi tkankami rakowymi; bronimy życia żołnierza przed okrucieństwem wojny, nawet zbrodniarza przed śmiercią, na którą zasłużył, tylko ten nowy człowiek umiera śmiercią absurdalną, na życzenie osób zobowiązanych do miłości wobec niego, niewinny, zdrowy i dopiero na starcie, bezsilny, całkowicie bezbronny. Nikt ich nie żegna, nikt nie opłakuje, nikt nie pochowa, bo przecież wrzucenie do kanału nie można uznać za pochówek. Zanim zajaśnieli pełnym blaskiem człowieczeństwa, zostali wygaszeni. Zanim mogli zapłakać, poprosić choćby swoimi rączkami zaplecionymi na szyi ojca, matki o "darowanie im jeszcze raz życia", zostają go pozbawieni.
Wierzymy, że przy tym dziecku, jest Bóg, dawca życia, "miłośnik życia". Jest Jezus Chrystus, Syn Boży, który cudem miłości ocalał uchodząc z rodzicami z ziemi ojczystej na obczyznę, przed jakimś zaślepieniem Heroda. A jeśli płakał nad grobem przyjaciela Łazarza, to nad miejscem wyrzucenia zgładzonego, choć nienarodzonego dziecka, płacze! Jeśli chcesz nie tylko z Nim płakać, ale i z Nim bronić życia nienarodzonych, na pewno nazwie cię przyjacielem.
Aby być przy Tobie, Boże, "Miłośniku życia" muszę przede wszystkim poznać najgłębiej, jak można tajemnicę stawania się życia ludzkiego, abym argumentu nie zastępował wzburzeniem w dialogu z ludźmi innej orientacji moralnej. Trzeba nam też poznać tajemnice prowadzenia skutecznego dialogu, który ma tylko jedno na względzie: pomoc nienarodzonemu, a nie pokonanie słowne uczestnika dialogu; nie napastliwość, która jest tu nie na miejscu i jątrzy, a nie pomaga sprawie; nie naciski społeczne przez tworzenie wrogości wokół ludzi o postawie przeciwnej życiu; nie potępienia osób przeciwnych życiu nienarodzonych, nie nagonka na nich, czas potępienia to czas ich ostatniego spotkania z Bogiem - Sędzią Sprawiedliwym. Przez każdy argument, przez każdy gest przyjaźni wobec ludzi odmiennej orientacji etycznej w tym względzie chce-my tych ludzi pozyskać serdecznie dla życia poczętego, a nienarodzonego. Słowa dialogu nie może być toporem, obuchem uderzającym brata, siostrę, nie mogą ubliżać, nie mogą zniechęcać do takich obrońców życia. Uczestnicy dialogu muszą razem, pokornie szukać prawdy o życiu ludzkim. Obydwoje muszą chcieć być sługami nienarodzonego, sługami zawsze wiernymi życiu.
Aby pójść za Bogiem, "Miłośnikiem życia" nie może-my się bać trudności i przeciwności ani się wstydzić swej opcji za życiem.
Wróćmy do homilii Ojca Świętego Jana Pawła II z Kalisza: 'Z tego miejsca jeszcze raz powtarzam to, co powiedziałem w październiku ubiegłego roku: 'naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości'. [Wierzcie, że nie było mi łatwo to powiedzieć. Nie było mi łatwo powiedzieć to z myślą o moim narodzie, bo ja pragnę dla niego przyszłości, wspaniałej przyszłości.] Potrzebna jest więc powszechna mobilizacja sumień i wspólny wysiłek etyczny, aby wprowadzić w czyn wielką strategię obrony życia. Dzisiaj świat stał się areną bitwy o życie. Trwa walka między cywilizacją życia a cywilizacją śmierci. Dlatego tak ważne jest budowanie «kultury życia»: tworzenie dzieł i wzorców kulturowych, które będą podkreślały wielkość i godność ludzkiego życia; zakładanie instytucji naukowych i oświatowych, które będą promowały prawdziwą wizję osoby ludzkiej, życia małżeńskiego i rodzinnego; tworzenie środowisk wcielających w praktykę codziennego życia miłość miłosierną, którą Bóg obdarza każdego człowieka, zwłaszcza cierpiącego, słabego i ubogiego, [nie narodzonego].
Życia nie tylko trzeba nam bronić, ale życiu pomagać. Nieść wszechstronną pomoc tym ludziom, zwłaszcza matkom, które chcą urodzić dziecko poczęte, ale spotykają nieprzezwyciężalne przeszkody w urzeczywistnieniu swego zamysłu. Bezdomność, lub bardzo nędzne warunki mieszkaniowe, nacisk otoczenia, złośliwy śmiech sąsiadek czy koleżanek. Z inicjatywy Ks.Kardynała Karola Wojtyły, obecnego papieża Jana Pawła II rozpoczął się w Polsce ruch pomocy matkom w urodzeniu i wychowaniu dziecka. Buduje się wiele domów dla matek oczekujących potomstwa; ma-tek samotnych, matek opuszczonych, matek w trudnych warunkach materialnych lub społecznych, aby pod troskliwą opieką ludzi oddanych obronie życia, mogły spokojnie, dostojnie urodzić i same uniknąć wielu cierpień związanych z urodzeniem i wychowaniem tegoż dziecka. Potem pozostaje jeszcze wspólny trud znalezienia mieszkania, pracy, aby o własnych siłach mogły podjąć trud wychowania samotnie dziecka, bądź znalezienia dla swego dziecka godnej i odpowiedzialnej rodziny zastępczej. Tu znajdują nową wielką rodzinę, która nikomu nie ma nic za złe. Tu znajdują życzliwość potrzebną im jak powietrze w tych trudnych dla nich dniach.
Mogę was solennie zapewnić, kto raz „dał się zwariować” tej pięknej akcji pomocy najsłabszym i najbardziej zagrożonym, oraz ich rodzicom, a zwłaszcza matkom, ten zawsze będzie pięknie szalał. I znajdzie sens dla własnej samotności, bezdzietności, cel dla młodości i starości, a nawet radość i szczęście. Bo tak łatwo, na codzień spotka Boga-Miłośnika życia i w czynie okaże Mu miłość swą.
Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35).
Święty Paweł Apostoł przypomina: „Kto... miłuje bliźniego, wypełnił Prawo. Albowiem przykazania: [Czcij ojca Twego i matkę twoją], nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj, i wszystkie inne - streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego! Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa” (Rz 13, 8-10). Ale i w odniesieniu do miłości rodzinnej trzeba powtórzyć nowe przykazanie miłości: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35).
Miłość Boga ku swoim dzieciom w rodzinie objawiła się w tym, że Bóg przeznaczył tych właśnie małżonków dla siebie i dał życie nowemu człowiekowi zapoczątkowanemu ich małżeńską miłością. Dla dobra wspólnego członków rodziny i społeczności w której żyją, Bóg zaproponował różne formy odpowiedzialności, praw i obowiązków rodzicielskich i synowskich. Bóg chciał, abyśmy tuż po Nim ze czcią miłowali naszych rodziców, którym zawdzięczamy nie tylko życie ale i wiarę w Boga nadzieję i więzy miłości z Nim w "Kościele domowym".
Rodzina chrześcijańska jest wieloraką komunią osób, znakiem i obrazem komunii Ojca i Syna w Duchu Świętym. Jej działanie w dziedzinie prokreacji i wychowania jest odbiciem stwórczego dzieła Ojca. Tę wieloraką komunię miłujących się osób mają obowiązek przez całe życie doskonalić i pogłębiać. Służą temu wszelkie ludzkie i Boże środki wzajemnego wychowania (bo nie tylko rodzice wychowują dzieci). Tu podkreślamy środki Boże, jak uczestnictwo w codziennej modlitwie rodzinnej, w ofierze Chrystusa i w czytaniu słowa Bożego które umacniają w niej wiarę, nadzieję i miłość do Boga, ale i zaufania wobec siebie nawzajem i miłości wzajemnej. Rodzina jest też przekazicielem tych wartości w społeczeństwo. Bo ta miłość pełna czci domaga się jej ujawnienia w życzliwym postępowaniu, w słowach, w okazywaniu wdzięczności, a przede wszystkim w posłuszeństwie, które nie bywa łatwe.
Związki wewnątrz rodziny kształtują pokrewieństwo odczuć, uczuć i dążeń, które wypływają przede wszystkim z wzajemnego szacunku osób. Rodzina jest uprzywilejowaną wspólnotą, wezwaną do urzeczywistniania wspólnej wymiany myśli pomiędzy małżonkami, pomiędzy rodzicami a dziećmi, oraz troskliwego współdziałania we wzajemnym wychowywaniu się, a zwłaszcza dzieci przez rodziców.
Życie w miłości w kręgu rodzinnym to szczególna życzliwa wzajemna troska o najbliższych, o zaspokojenie ich elementarnych wielorakich potrzeb, zwłaszcza wtedy, kiedy są najsłabsi i najbardziej tej troski potrzebujący: w dzieciństwie i w starości, w chorobie, w biedzie, w nieszczęściu. Stałość i wierność w tej miłości daje poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji życiowej. Oparcie o miłość Bożą, a nie tylko o węzły krwi, wspólną kulturę i historię jest swoistą gwarancją wspólnoty, która czyni z niej podstawową komórkę życie społecznego. „Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca wyraża się w opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach i w zachowaniu siebie samego nieskalanym od wpływów świata” (Jk 1, 27).
Miłość małżeńska nie może się ograniczyć jedynie do przekazywania życia dzieciom, lecz powinna obejmować ich wychowanie moralne i formację duchową. To zobowiązanie wychowawcze jest tak wielkiej wagi, że jego ewentualny brak z trudnością dałby się zastąpić. Rodzice mają pierwszorzędne i niezbywalne prawo oraz obowiązek wychowania. W ich spełnieniu zgodnie z zamysłem Bożym, przejawia się nie tylko ich miłość do dziecka, ale i do Boga, który ich dzieckiem, dziećmi obdarował. Odpowiedzią dzieci na wychowującą miłość rodzicielską winna być dziecięca miłość uczestnicząca w całym procesie wychowania.
Rodzice powinni uważać swoje dzieci za dzieci Boże i szanować je jako osoby ludzkie. Poszanowanie w dziecku godności osoby ludzkiej leży u podstaw mądrego i pięknego miłowania dziecka. Z kolei oni wychowują swoje dzieci do wypełniania prawa Bożego, ukazując samych siebie jako posłusznych woli Ojca niebieskiego.
Miłość rodzicielska do dzieci to wzięcie wielorakiej odpowiedzialności za nie: za życie biologiczne, rozwój życia psychicznego i duchowego. Rodzice pierwsi są odpowiedzialni za wychowanie swoich dzieci. Wypełniają tę odpowiedzialność najpierw przez założenie i pielęgnowanie ogniska rodzinnego, w którym panuje czułość, przebaczenie, szacunek, wierność i bezinteresowna służba. Dom rodzinny jest właściwym miejscem kształtowania cnót. Wychowanie to wymaga nauczenia się wyrzeczenia, zdrowego osądu, panowania nad sobą, które są podstawą wszelkiej prawdziwej wolności. Rodzice powinni uczyć dzieci podporządkowywać wymiary materialne i instynktowne... wymiarom wewnętrznym i duchowym. Na rodzicach spoczywa poważna odpowiedzialność za dawanie dobrego przykładu swoim dzieciom.
Dom rodzinny stanowi naturalne środowisko wprowadzania dzieci w miłość, w solidarność i odpowiedzialność wspólnotową. Rodzice powinni uczyć swoje dzieci unikania fałszywych ustępstw i poniżania się, które stanowią zagrożenie dla każdej społeczności ludzkiej.
Przez łaskę sakramentu małżeństwa rodzice otrzymali zadanie i przywilej ewangelizowania swoich dzieci. Możliwie jak najwcześniej powinni wprowadzać swoje dzieci w tajemnice wiary, której są dla nich pierwszymi zwiastunami. Od wczesnego dzieciństwa powinni włączać je w życie według zamysłu Bożego i woli Bożej, posiadania całej nadziei w Bogu, a przede wszystkim miłowania Go ponad wszystko, a ze względu na Niego - wszystkich ludzi tak, jak On nas umiłował. Rodzinny styl życia może rozwijać zdolność do miłości, która na całe życie pozostanie autentycznym początkiem i podporą żywej wiary.
Rodzice powinni rozpocząć wychowanie do wiary i miłości chrześcijańskiej od wczesnego dzieciństwa. (por. K 2221-2226).
Z kolei dzieci przyczyniają się do wzrostu swoich rodziców w świętości. Wszyscy razem i każdy z osobna powinni wielkodusznie i niestrudzenie udzielać sobie nawzajem przebaczenia, jakiego domagają się zniewagi, kłótnie, niesprawiedliwości i zaniedbania. Sugeruje to wzajemna życzliwość. Wymaga tego miłość Chrystusa „Piotr zapytał: "Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwlo mnie? Czy aż siedem razy?" Jezus mu odrzekł: "Nie mówię ci że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy” (Mt 18, 21-22) (K 2227).
Ojcostwo Boże jest źródłem ojcostwa ludzkiego „[zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi” (Ef 3, 14)]; jest podstawą czci i miłości rodziców. Szacunek i miłość dzieci - niepełnoletnich lub dorosłych - dla ojca i matki karmi się naturalnym uczuciem zrodzonym z łączącej ich więzi. Tego szacunku domaga się przykazanie Boże „[czcij ojca twego i matkę twoją” [Wj 20, 12)].
Miłość do rodziców ujawniona w szacunek dla nich (cześć synowska) wynika z wdzięczności wobec tych, którzy przez dar życia, swoją miłość i pracę wydali na świat dzieci i pozwolili im wzrastać w latach, w mądrości i w łasce. „Z całego serca czcij swego ojca, a boleści rodzicielki nie zapominaj! Pamiętaj, że oni cię zrodzili, a cóż im zwrócisz za to, co oni tobie dali?” (Syr 7 27-28).
Miłość synowska i szacunek dla rodziców przejawia się w prawdziwej uległości i posłuszeństwie. „Strzeż, synu, nakazów ojca, nie gardź nauką matki... Gdy idziesz, niech one cię wiodą, czuwają nad tobą, gdy zaśniesz; gdy budzisz się - mówią do ciebie” (Prz 6, 20-22) (por. K 2214-2216).
Im piękniejsza miłość do Boga zagości w domu rodzinnym, tym i miłość macierzyńska i ojcowska, oraz dziecięca może powstać i tym więcej dać szans na szczęście rodzinne. Ale i tu pozostaje ważna zasada miłości, którą powtarzamy: Miłość jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią człowieka na inicjatywę Boga, który okazuje nam miłość. Miłość nie jest jednak aktem wyizolowanym. Nikt nie może miłować sam, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie dał miłości samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia. Wierzący otrzymał miłość od innych, dlatego powinien ją przekazywać innym. Nasza miłość do Jezusa i ludzi skłania nas do mówienia innym o naszej miłości w Jezusie Chrystusie. Każdy miłujący jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu miłujących. Nie mogę miłować, jeśli nie będzie mnie prowadziła miłość innych, a przez moją miłość przyczyniam się do powodzenia miłości innych.
Kiedy człowiek czyta o Bożym zamyśle wobec miłości rodzinnej, ręce same składają mu się do oklasków. Kiedy człowiek patrzy na współczesny kryzys życia rodzinnego, to słyszy, jak „rzeczywistość skrzeczy”. Miłość bliźniego podobną do miłości Jezusa Chrystusa Syna Bożego do nas wszystkich przynagli go do niesienia wielorakiej pomocy, aby zamysł Boży mógł się realizować w wielu, bardzo wielu rodzinach.
Sięgnijmy z całym zasobem miłości życzliwej ku szczególnego rodzaju niedoli dziecięcej, młodzieńczej, nazwanej sieroctwem społecznym: dramatu dzieci, młodzieży, których rodzice żyją, a dziecko, młody człowiek, nie ma do kogo powiedzieć tato, mamo. Te dzieci są niekochane, choć resztkami chleba karmione, łachami przyodziewane, w jakimś tam kącie mają "swoje" miejsce pobytu, choć też nie zawsze. O tym braku miłości są codziennie na nowo przekonywane: słownie, „ręcznie” - poprzez bicie nie wiadomo dlaczego i za co, poprzez agresywny sposób odnoszenia się do nich, pełny gniewu, poprzez wielorakie znęcanie się nad nimi. One, ich życie i rozwój nic nie obchodzi tych, którzy dali im życie i powinni się o nie troszczyć, powinni za jego rozwój i doskonalenie wziąć odpowiedzialność. Są dla rodziców, którzy im to nieustannie uświadamiają, raczej zawadą, barierą dla ich niczym nieskrępowanego życia, niż radością i nadzieją. Od samego początku postawiono im trudny do rozwiązania dylemat: po co one są na świecie? Czują się jak kamień oderwany od skały i rzucony na niczyją drogę, ciągle potrącany nogami, spychany. Dom, który dla większości dzieci jest schronieniem i bezpiecznym miejscem dojrzewania, dla nich takim być nie może. Wśród osób, które nie wiedzą nawet, czym jest i może być miłość, w miejscu, które nie jest tym, z którego niechętnie się wychodzi, a bardzo gorliwie wraca, czują się samotne, opuszczone, niczyje. Nie mają przed kim szczerze otworzyć serca, porozmawiać o własnych marzeniach, lękach, przeżyciach uczuciowych. Nie mają do kogo przytulić się w poczuciu bezpieczeństwa i zaufania; w płaczu i radości, w zawodzie i sukcesie. Nie mają u kogo zasięgnąć rady w czas własnego zagubienia. Nie mają kogoś drogiego sercu, którego z radością mogliby naśladować, bo ich rodzice wszelką „wartość” zredukowali do wódki pod ogórek, pijackiej „łaciny”, wrzasku, przekleństw, złorzeczeń. Obraz Boga, również obraz człowieka, został poprzez życie rodziców zmącony, zbrukany. Poprzez utratę szacunku dla rodziców tracą szacunek dla Boga i innych ludzi. Poprzez utratę zaufania dla rodziców, tracą zaufanie do Boga i wszystkich innych ludzi. Agresja rodzicielska pobudza ich własną agresję, dzikość rodziców rodzi w nich dzikość.
Ludzie z otoczenia, chcąc pomóc takim dzieciom niejako na siłę odbierając zapomniane przez nich prawa i obowiązki rodzicielskie. Poprzez sądy rodzinne kierują te dzieci do sierocińców. Tam przede wszystkim zapewniają im zaspokojenie ich podstawowych potrzeb życiowych i rozwojowych: od biologicznych, poprzez psychiczne, aż do duchowych. Tam dopiero ci mali nieszczęśnicy spotykają ludzi w normalnym wymiarze osoby ludzkiej, często wspaniałych ludzi, którzy nie tylko dają im posiłek, własny kąt, poczucie bezpieczeństwa, ale i szansę rozwoju. Tylko nie mogą z nich usunąć przeklętej pamięci o gehennie domu rodzinnego, nie mogą się przeciwstawić skutecznie ich bojaźni przed marami sennymi, w których ciągle pełno krzyków, razów, ucieczek przed razami, poczucia bezradności i bezsilności. Tylko nie mogą do dna swoimi uczuciami zastąpić brakujących uczuć matczynych, czy też ojcowskich, rodzicielskich. Tylko nie potrafią zaspokoić ich tęsknoty za prostym obcowaniem z matką, ojcem: dotknięcia ich, rozmowy z nimi, przytulenia do nich. Te rany psychiczne i duchowe, zadane dziecku, młodzieńcowi czy dziewczynie - sierotom społecznym, do końca życia nie chcą się zagoić: pozostaje do końca kompleks dziecka niechcianego, odrzuconego, bez ich winy. Pozostaje niewiara w sprawiedliwość na świecie, na którą nie można liczyć ze strony nawet tych, którzy do niej przed Bogiem i ludźmi się zobowiązali. Pozostaje niewiara w ludzką miłość, która zdaje im się czczą deklaracją słowną, a nie rzeczywistością. Pozostaje zakodowana skłonność do własnego wykolejenia na wzór doświadczonego ze strony rodziców, oraz zaczyn okrucieństwa wobec wszystkich i wszystkiego. Społeczne potępienie dla ich „rodziców”, a nawet ludzka pogarda dla nich, jeszcze bardziej pogłębiają wstyd ich dzieci za nich, żal do nich, poczucie krzywdy. Niezależnie od wyniku sprawiedliwego Sądu Bożego nad rodzicami tych dzieci, ciężko pokrzywdzonych przez życie w niegodnym dzieciństwie i młodość, już tu idzie zwykle za nimi złość i przekleństwo własnych dzieci, pozbawionych pięknego życia, naznaczonych, niemal zdeterminowanych do życia byle jakiego, według wzorów tego, które wynieśli z ich własnego domu rodzinnego.
Inni w ramach organizacji ONZ tworzą Konwencję Praw Dziecka, która została przyjęta 20 listopada 1989 r. (Polska ratyfikowała Konwencję 30 września 1991 r.) W 54 artykułach dążą do prawnego zabezpieczenia międzynarodowego pełnego i harmonijnego wychowania dziecka w środowisku rodzinnym, w atmosferze szczęścia, miłości i zrozumienia i w pełni przygotować do życia w społeczeństwie w duchu pokoju, godności, tolerancji, wolności, równości, solidarności. Po ośmiu latach obowiązywania Konwencji, która budzi uznanie wśród wierzących i niewierzących ludzi, dostrzegamy, jak sprawiedliwość zapisana w paragrafach na papierze jest bezsilna wobec utrwalonych wad i błędów w wypełnieniu obowiązków wychowawczych, jak życzliwa miłość jest niezastąpiona. Ale i Konwencja może nam podpowiedzieć współczesne, szczególne potrzeby, które przez życzliwą miłość możemy i powinniśmy realizować.
Są tacy ludzie, którzy pomni na własne piękne dzieciństwo, posłuszni wewnętrznemu przynagleniu, ujawniają - nieograniczoną niczym - chęć niesienia pomocy takim skrzywdzonym dzieciom i młodzieży, podjęcia trudu, aby przez wieloraką troskę o nich wyrównać ich opóźnienie na starcie życiowym, zastąpić w stopniu dla nich dostępnym swoją miłością miłosierną, nieosiągalną miłość rodzicielską, której im zabrakło. Budują specjalne domy dla nich, w których nie ma nic z wyglądu i atmosfery znanych, dotychczasowych sierocińców. Tworzą nowe, duże rodziny (5 do 8 dzieci z prawie prawdziwymi rodzicami). Tworzą poprzez wielką wiedzę socjologiczną, psychologiczną i wychowawczą klimat udanej rodziny. Doskonale, jak tylko potrafią, zabliźniają ich rany sieroce i dają wszelkie szanse doskonalenia się wszechstronnego. One tu wracają jak do domu rodzinnego, chociaż już innego. One przez całe życie bywają wdzięczne za taką niezrównaną szansę życiową, za własne ocalenie z klęski złego dzieciństwa i młodości
W ruch charytatywny na rzecz sierot społecznych chce się włączyć całe społeczeństwo szlachetnych ludzi dorosłych, jakby w rekompensacie za nieudane, a czasem haniebne życie innych dorosłych, rodziców skrzywdzonych dzieci i młodzieży. W tym ruchu na rzecz sierot społecznych mogliby wziąć udział młodzi, szlachetni ludzie, na zasadzie solidarności z nimi, z ich kontuzją duchową na starcie życiowym. Każdy może wziąć udział w budowaniu nowych domów dla większych rodzin zastępczych ze skrzywdzonymi dziećmi. Każdy może się przyczynić do powstawania nowych wiosek dziecięcych ze stołami z białymi obrusami i z białym chlebem, z firankami w oknach i kwiatami przed domkami. A może i z mini-salką gimnastyczną? Z koszem do wrzucania piłki? I szafkami pełnymi książek (waszych), z magnetowidem i pięknym zestawem kaset, z radiem i odtwarzaczem (także waszymi), z pięknie dobranymi nagraniami najpiękniejszych melodii świata?
A dziś zawierzamy te dzieci w naszej modlitwie – Bogu. Boże, który pozwalasz nam nazywać Cię swoim Ojcem, zawierzam Ci w mojej modlitwie dzieci skrzywdzone przez „rodziców”. Okaż im całą dobroć swego ojcowskiego Serca, skoro zabrakło im serc ziemskiego ojca i matki. Maryjo, Matko wszystkich ludzi, zwłaszcza opuszczonych i odepchniętych, zawierzamy Ci dzieci odepchnięte od miłości matczynej, ojcowskiej; otaczaj je swoją matczyną opieką, której te dzieci tak bardzo, a daremnie łakną. Zachowaj przed zgorzknieniem, strzeż przed wykolejeniem, któremu łatwiej mogą ulec. Niech za Twoją przyczyną znajdą ludzi pięknie miłujących, aby w blasku ich uczuć i przy ich pomocy mogli wypełnić swoje powołanie życiowe. Amen.
Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35).
W swoim nauczaniu Jezus wypowiadał się jednoznacznie o pierwotnym sensie związku mężczyzny i kobiety, tak jak został on na początku zamierzony przez Stwórcę. W zamyśle życzliwości Bożej zostali stworzeni dla siebie i na zawsze. I w miłości podobnej do tej, jaka łączy Go z całym Ludem złączy ich sam Bóg, jako związek nierozerwalny, na całe życie: „Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela”. Przez Syna swego Jednorodzonego udzielił Bóg siły i łaski do przeżywania miłości małżeńskiej w wymiarach odkupienia, jako córka Boża i syn Boży w obliczu Boga ich domowego Przymierza. Do siły ich uczuć wzajemnych: męskich i kobiecych; siły miłości duchowej, a nawet siły biologicznej, popędowej otrzymują moc Krzyża Chrystusowego będącego źródłem całego życia chrześcijańskiego w miłości, „abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem”. Dlatego to Paweł Apostoł mówi: „Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić” (Ef 5, 25-26), zaraz dodając: „Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła” (Ef 5, 31-32). (por. K 1616).
Z ważnego małżeństwa powstaje między małżonkami węzeł miłości z natury swej wieczysty i wyłączny. Wspólnota w Bogu i dla Boga. Komunia, w której wszystkie trzy elementy miłowania; duchowy, uczuciowy i biologiczny doznają dowartościowania, uszlachetnienia, udoskonalenia, aby miłujący się kobieta i mężczyzna mogli wypełnić zamysł Boży wobec nich i Jego wolę.
Obopólna zgoda, przez którą małżonkowie oddają się sobie i przyjmują wzajemnie, zostaje przypieczętowana przez samego Boga i daje początek przymierzu zagwarantowanemu wiernością Boga. Przez łaskę sakramentu podtrzymują się wzajemnie... z pomocą wiernej miłości, a przyjmowanemu z miłości do Boga potomstwu wpajają chrześcijańskie nauki i ewangeliczne cnoty.
Źródłem tej łaski, która doskonali i utwierdza miłość jest Chrystus. Jak bowiem niegdyś Bóg wyszedł naprzeciw swojemu ludowi z przymierzem miłości i wierności, tak teraz Zbawca ludzi i Oblubieniec Kościoła wychodzi naprzeciw chrześcijańskim małżonkom przez sakrament małżeństwa, Przymierze „Kościoła domowego”. Pozostaje z nimi, daje im moc pójścia za Nim i wzięcia na siebie swojego krzyża, podnoszenia się po upadkach, przebaczania sobie wzajemnie, wzajemnego noszenia swoich ciężarów (por. Ga 6, 2). Pomaga im, by miłowali się miłością nadprzyrodzoną, delikatną i płodną. W radościach ich miłości i życia rodzinnego daje im już tutaj przedsmak uczty Godów Baranka.
'Miłość małżeńska zawiera jakąś całkowitość, w którą wchodzą wszystkie elementy osoby - impulsy ciała i instynktu, siła uczuć i przywiązania, dążenie ducha i woli. Miłość zmierza do jedności głęboko osobowej, która nie tylko łączy w jedno ciało, ale prowadzi do tego, by było tylko jedno serce i jedna dusza. Wymaga ona nierozerwalności i wierności w całkowitym wzajemnym obdarowaniu i otwiera się ku płodności. Jednym słowem chodzi o normalne cechy charakterystyczne dla każdej naturalnej miłości małżeńskiej, ale w nowym znaczeniu, gdyż sakrament nie tylko je oczyszcza i wzmacnia, ale wynosi tak, że stają się wyrazem wartości prawdziwie chrześcijańskich (Jan Paweł II F. c. 13). (por. K 1602-1643).
Związanie się na całe życie z drugim człowiekiem może wydawać się trudne, a nawet niemożliwe. Tym ważniejsze jest głoszenie Dobrej Nowiny, że Bóg nas kocha miłością trwałą i nieodwołalną, że małżonkowie mają udział w tej miłości, że Bóg ich prowadzi i podtrzymuje oraz że przez swoją wierność mogą oni być świadkami wiernej miłości Boga. Małżonkowie, którzy z pomocą łaski Bożej dają to świadectwo, często w bardzo trudnych warunkach, zasługują na wdzięczność i wsparcie wspólnoty kościelnej (K 1648)
Miłość małżeńska jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią człowieka na inicjatywę Boga, który okazuje nam miłość. miłość nie jest jednak aktem wyizolowanym. Nikt nie może miłować sam, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie dał miłości samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia. Wierzący otrzymał miłość od innych, dlatego powinien ją przekazywać innym. Nasza miłość do Jezusa i ludzi skłania nas do mówienia innym o naszej miłości w Jezusie Chrystusie. Każdy miłujący jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu miłujących się osób. Nie mogę miłować, jeśli nie będzie mnie prowadziła miłość innych, a przez moją miłość przyczyniam się do prowadzenia miłości innych.
I tu znów stajemy urzeczeni pięknem zamysłu Bożego wobec miłości małżeńskiej w przymierzu z Bogiem. A rzeczywistość niejednego małżeństwa skrzeczy nieporozumieniem, zwadą, dyskryminacją, prześladowaniem, bójką nawet i swoistą nienawiścią. Niezależnie do czego czy do kogo odnoszą się słowa o miłości poetki, Pani Wisławy Szymborskiej, laureatki nagrody Nobla, przywołujemy je tutaj:
Bez tej miłości można żyć,
mieć serce suche jak orzeszek,
malutki los naparstkiem pić
z dala od zgryzot i pocieszeń,
na własną miarę znać nadzieję,
w mroku kryjówkę sobie uwić,
o blasku próchna mówić „dnieje”,
o blasku słońca nic nie mówić.
Jakiej miłości brakło im,
że są jak okno wypalone,
rozbite szkło, rozwiany dym,
jak drzewo z nagła powalone,
które za płytko wrosło w ziemię,
któremu wyrwał wiatr korzenie
i jeszcze żyje cząstką czasu,
ale już traci swe zielenie
i już nie szumi w chórze lasu?
Te małżeństwa potrzebują naszej życzliwej pomocy, aby własną miłość uratować, z zagrożenia rozpadem. Te małżeństwa oczekują pomocy przede wszystkim od innych udanych chrześcijańskich małżeństw. Kościół ustami Ojca Świętego Jan Pawła II wskazuje na to posłannictwo małżonków wobec innych małżonków i rodziny. W adhortacji Christifideles laici (40) pisze: Podstawowym i pierwotnym przejawem społecznego wymiaru osoby jest małżeństwo i rodzina... Małżeństwo i rodzina stanowią pierwszą płaszczyznę społecznego zaangażowania katolików świeckich. Zadania w tej dziedzinie można w sposób właściwy wypełnić tylko wówczas, gdy jest się przekonanym o jedynej i niezastąpionej wartości rodziny dla rozwoju społeczeństwa. Rodzina jest kolebką życia i miłości, gdzie człowiek „rodzi” się i „wzrasta”, jest podstawową komórką społeczeństwa. Tę wspólnotę należy otaczać specjalną opieką, zwłaszcza wtedy, gdy ludzki egoizm, kampanie antyprokreacyjne, polityka totalitarna, a także nędza i ubóstwo materialne, kulturalne i moralne, jak również mentalność hedonistyczna i konsumpcyjna, niszczą źródło życia, ideologie zaś i rozmaite systemy, z którymi łączą się różne formy obojętności i niechęci, atakują właściwą rodzinie funkcję wychowawczą.
Dlatego bezzwłocznie należy podjąć szerokie, pogłębione i systematyczne działania, wspierane nie tylko przez kulturę, ale także środkami ekonomicznymi i ustawodawstwem, ażeby zapewnić rodzinie warunki, by zgodnie ze swym powołaniem była pierwszym miejscem „humanizacji” osoby i społeczeństwa.
Apostolskim zadaniem świeckich jest przede wszystkim troska o to, by rodzina była świadoma własnej tożsamości, tego, że jest pierwszą i podstawową komórką społeczną, oraz swej oryginalnej roli w społeczeństwie, a także aby ona sama stawała się wciąż bardziej aktywnym i odpowiedzialnym promotorem swojego rozwoju i uczestnictwa w życiu społecznym. Tak więc rodzina może i powinna wymagać od wszystkich, poczynając od władz państwowych, poszanowania tych praw, które chroniąc rodzinę, chronią społeczeństwo.
To, co napisałem w Adhortacji Apostolskiej Familiaris consortio, w rozdziale o uczestnictwie w rozwoju społeczeństwa oraz to, co zawiera „Karta Praw Rodziny”, ogłoszona przez Stolicę Apostolską na prośbę Synodu Biskupów z 1980 roku, tworzy pełny i organiczny program działania dla wszystkich świeckich, którzy z różnych tytułów są zainteresowani działaniem na rzecz obrony wartości rodziny i budzeniem wrażliwości na jej potrzeby. Program ten domaga się szybkiej i zdecydowanej realizacji tym bardziej, że coraz większe niebezpieczeństwo zagraża stabilności i płodności rodziny, zaś próby zepchnięcia jej na margines i zlikwidowania jej społecznego znaczenia stają się coraz bardziej usilne i systematyczne.
Doświadczenie uczy, że cywilizacja i trwałość narodów zależą przede wszystkim od stanu ich rodzin. Dlatego apostolskie zaangażowanie na rzecz rodziny posiada ogromne znaczenie społeczne. Kościół ze swej strony jest o tym głęboko przekonany, dobrze wiedząc, że „przyszłość ludzkości idzie przez rodzinę”.
Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35).
'W całym nauczaniu Jezusa, podobnie jak w Jego postępowaniu nie spotyka się niczego, co by było przejawem upośledzenia kobiet, właściwego dla jego czasów. Wręcz przeciwnie, Jego słowa i Jego czyny wyrażają zawsze należny kobiecie szacunek i cześć... Staje się to jeszcze bardziej wyraziste w stosunku do tych kobiet, na które opinia społeczna wskazywała z pogardą jako na grzesznice, jawnogrzesznice i cudzołożnice'. Tak było w dialogi z Samarytanką (J 4, 3-29). Między Samarytanami a Żydami istniała głęboko zakorzeniona niechęć, wrogość a nawet nienawiść. Unikali się, wchodzili w spory, potyczki, wojny. W spotkaniu między Jezusem-Żydem, a samarytanką nie ma wymiany złych spojrzeń, złych słów, tym mniej czynów. Łączy ich życzliwość Jezusa dla wszystkich, również kobiet, i kubek wody, o który Jezus prosi, a Samarytanka może go ofiarować. Równocześnie dialog ten jest startem do porozumienia, lepszego poznania siebie i własnych odrębności, inności, uszanowania ich. Dlatego Chrystus podejmuje z Samarytanką twórczy, przeobrażający dialog, nie licząc się ze zgorszoną opinią otoczenia. Chrystus zakłada posiadanie przez Samarytankę pełnej godności osoby ludzkiej, mimo jej i własnej odrębności, przed którą można się bezpiecznie odsłonić ze swymi przekonaniami i ocenami moralnymi. Chrystus widzi możliwość życzliwego współżycia i współpracy w partnerstwie z kobietą, obcą, odmiennych przekonań. Ostateczny rezultat tego spotkania i dialogu, jest szczere uznanie dla wielu przekonań i wierzeń religijnych, oraz ocen etycznych, właściwych tej kobiecie.
„Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego[Jezusa] kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?» Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. ‑ Idź, a od tej chwili już nie grzesz!» (J 8, 3-11). 'Na prowokacyjne pytanie: „Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?”, Jezus odpowiada: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. Siła prawdy zawarta w tej odpowiedzi była tak wielka, że „jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych”. Pozostał sam Jezus i niewiasta. „Gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?... Nikt, Panie! I Ja ciebie nie potępiam. ‑ Idź, a od tej chwili już nie grzesz!'
'Jezus wchodzi w konkretną historyczną sytuację kobiety, która to sytuacja jest obciążona dziedzictwem grzechu. Dziedzictwo to wyraża się między innymi w obyczaju upośledzającym kobietę na korzyść mężczyzny i jest też w niej zakorzenione. Pod tym względem wydarzenie z kobietą pochwyconą na cudzołóstwie zdaje się być szczególnie wymowne. Jezus mówi w końcu do niej samej: „więcej nie grzesz”, ale przedtem wywołuje świadomość grzechu u mężczyzn, którzy ją oskarżają, aby ją ukamienować; wyraża w tym swą dogłębną zdolność widzenia w prawdzie sumień i czynów ludzkich. Jezus zdaje się mówić oskarżycielom: czyż ta kobieta wraz ze swoim grzechem nie jest równocześnie i przede wszystkim potwierdzeniem waszych przestępstw, waszej „męskiej” niesprawiedliwości, waszych nadużyć?
Jest to prawda, która ma ogólnoludzki zasięg. Wydarzenie zapisane w Janowej Ewangelii może się powtórzyć w nieskończonej liczbie sytuacji analogicznych w każdej epoce dziejów. Kobieta jest pozostawiona samotnie pod pręgierzem opinii ze "swoim grzechem", podczas gdy za tym „jej” grzechem kryje się mężczyzna jako grzesznik, winny „grzechu cudzego”, co więcej, jako zań odpowiedzialny. Jednakże jego grzech uchodzi uwagi, zostaje zmilczany: zdaje się nie ponosić odpowiedzialności za „grzech cudzy”! Czasem staje się on wręcz oskarżycielem, jak w wypadku opisanym, niepomny własnego grzechu. Ileż razy w sposób podobny kobieta płaci za swój grzech (może nawet i ona winna jest niekiedy grzechu mężczyzny jako „grzechu cudzego”) - płaci jednak ona sama i płaci samotnie! Ileż razy zostaje samotna ze swoim macierzyństwem, gdy mężczyzna, ojciec dziecka, nie chce przyjąć odpowiedzialności? A obok tylu „samotnych matek” w naszych społeczeństwach trzeba jeszcze wziąć pod uwagę te wszystkie, które - jakże często pod wielorakim naciskiem, również ze strony winnego mężczyzny – „uwalnia się” od dziecka przed urodzeniem. „Uwalniają się”, ale za jaką cenę? Współczesna opinia publiczna usiłuje na różne sposoby „unieważnić" zło tego grzechu, jednakże normalne ludzkie sumienie kobiety nie może zapomnieć, że odebrała życie własnemu dziecku, ponieważ nie potrafi ona zniweczyć gotowości do przyjęcia życia, wpisanej w jej etos od "początku"' (Jan Paweł II Mulieris dignitatem 14).
'Wszystkie te epizody składają na całość bardzo przejrzystą. Chrystus jest Tym, który wie, „co w człowieku się kryje” (J 2, 25), w mężczyźnie i kobiecie. Zna godność człowieka, jego cenę w oczach Boga. On sam, Chrystus, jest ostatecznym potwierdzeniem tej ceny. Wszystko, co mówi i co czyni, znajduje swoje definitywne wypełnienie w paschalnej tajemnicy Odkupienia. Odniesienie Jezusa do owych kobiet, które spotyka na drodze swego mesjańskiego posługiwania, jest odzwierciedleniem odwiecznego zamysłu Bożego, który stwarzając każdą z nich, wybiera ją i miłuje w Chrystusie [por. Ef 1, 3-5 Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich ‑ w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli... ]. Każda z nich jest przeto tym jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego". Każda dziedziczy od „początku” godność osoby właśnie jako kobieta. Jezus z Nazaretu te godność potwierdza, przypomina, odnawia, czyni treścią Ewangelii i Odkupienia, dla którego został posłany na świat. Każde wiec z Chrystusowych słów czy odniesień do kobiety trzeba w prowadzić w wymiar tajemnicy paschalnej. Na tym gruncie wszystko się tłumaczy do końca' (Jan Paweł II Mulieris dignitatem 13).
Wszystko to, co [tu] zostało na temat odniesienia Chrystusa do kobiet, potwierdza i przybliża w Duchu Świętym prawdę o „równości” obojga - mężczyzny i kobiety. Trzeba mówić o zasadniczym „rónouprawnieniu” skoro oboje, kobieta tak samo jak mężczyzna, są stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, zatem oboje też są podatni w równej mierze na udzielanie się Bożej prawdy i miłości w Duchu Świętym. Oboje też doznają Jego zbawczych i uświęcających „nawiedzeń”.
Fakt bycia mężczyzną lub kobietą nie wnosi tu żadnego ograniczenia, podobnie jak w niczym nie ogranicza owej zbawczej i uświęcającej działalności Ducha w człowieku fakt bycia „Żydem, czy Grekiem, niewolnikiem czy wolnym, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 28). (Jan Paweł II Mulieris dignitatem 15).
Kobiety miały i mają świadomość swej dyskryminacji. ‘Stwierdzając, że Karta Narodów Zjednoczonych potwierdza wiarę w podstawowe prawa człowieka, w godność i wartość osoby ludzkiej oraz w równość praw mężczyzn i kobiet; stwierdzając, że Powszechna Deklaracja Praw Człowieka przyjmuje zasadę niedopuszczalności dyskryminacji; chcąc zapewnić mężczyznom i kobietom równość praw w korzystaniu ze wszystkich praw gospodarczych, socjalnych, kulturalnych, obywatelskich i politycznych; zaniepokojone, że w sytuacjach niedostatku kobiety mają znikomy dostęp do żywności, opieki zdrowotnej, nauki, wykształcenia i możliwości zatrudnia oraz zaspokajania innych potrzeb; świadome znaczenia wkładu kobiet w dobrobyt rodziny i w rozwój społeczeństwa, jak dotąd nie w pełni docenianego, społecznego znaczenia macierzyństwa oraz roli obojga rodziców w rodzinie i w wychowaniu dzieci...;uchwalono konwencję w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet (Nowy Jork, 18 XII 1979).
Jest to odwołanie się kobiet do sprawiedliwości społecznej godne uznania i wszelkiego poparcia. Pobudził poprzez uświadomienie sobie przez kobietę własnej godności wejście jej na arenę życia publicznego. ‘Jan XXIII w uświadomieniu sobie przez kobietę własnej godności i w jej wejściu na arenę życia publicznego upatrywał znak naszych czasów. Ojcowie synodalni stwierdzili wielokrotnie i stanowczo, że w sytuacji, w której kobieta musi znosić rozmaite formy dyskryminacji i godzić się na zajmowanie marginesowych pozycji tylko dlatego, że jest kobietą, istnieje pilna potrzeba obrony i promocji osobowej godności kobiety, a więc jej równości wobec mężczyzny (Jan Paweł II ChL 49). ‘Kościół bierze udział w dziejowym procesie promocji kobiety, obejmującym działalność różnorodnych ruchów, i sięgając do samych korzeni jej osobowego bytu, wnosi do tego procesu najcenniejszy wkład. Ale pierwszą i najważniejszą przyczyną, która skłania Kościół do przyjęcia takiej postawy, jest posłuszeństwo wobec Boga, który tworząc człowieka „na swój obraz”, „mężczyną i niewiastą stworzył ich” (Rdz 1, 27), oraz przyjęcie Jego wezwania do poznawania, podziwiania i przeżywania planu Stwórcy’ (Jan Paweł II ChL 50).
Ale sama sprawiedliwość i tu nie wystarcza. Potrzebna jest miłość życzliwa, taka, jaką umiłował kobiety biblijne sam Chrystus. Miłość wychowująca do życzliwości, a nie dopuszczająca dyskryminacji. I te trzydzieści artykułów konwencji może się stać wskazówkami, azymutami naszych życzliwych starań o równe z mężczyznami prawa kobiet, jako wielkie dobro wszystkich ludzi.
Jest to zadanie wszystkich członków Kościoła i społeczeństwa, ale w sposób szczególny samych kobiet; one muszą się tu czuć zaangażowane i powołane do działania w pierwszej linii. Wiele jeszcze pozostaje do zrobienia w różnych częściach świata i środowiskach dla zlikwidowania owego niesprawiedliwego i zgubnego nastawienia, które traktuje istotę ludzką jako rzecz, jako przedmiot kupna-sprzedaży będący na usługach egoistycznego interesu i samozadowolenia, tym bardziej, że pierwszą ofiarą takiej mentalności jest kobieta. (Jan Paweł II ChL 49). Ona sama najpierw musi poznać i uznać pełny wymiar osobowej godności kobiety oraz zawsze i wszędzie zachować się. Ona winna najpierw wśród samych kobiet krzewić poszanowanie własnej osobowej godności kobiety, „aby im się chciało chcieć”, bo niektórym z dyskryminacją jest wygodnie i dobrze. Następnie metodami wychowawczymi, a nie siłowymi wprowadzać w życie mężczyzn. I te trzydzieści artykułów konwencji może się stać wskazówkami, azymutami naszych życzliwych starań o równe z mężczyznami prawa kobiet.
‘W szczególny sposób należy podkreślić sprawę, na którą Sobór położył bardzo wyraźny nacisk, a mianowicie na aktywne i odpowiedzialne uczestnictwo kobiet w życiu i posłannictwie Kościoła. (Jan Paweł II ChL 49). Chodzi o ich udział w potrójnym posłannictwie Jezusa Chrystusa, - na mocy Chrztu i Bierzmowania kobieta tak jak mężczyzna: Kapłana, Proroka i Króla, a zatem upoważnienie i włączenie do uczestnictwa w podstawowym apostolacie Kościoła: w ewangelizacji. Z drugiej strony, kobieta jest wezwana do tego, aby właśnie spełniając ten apostolat korzystała z właściwych jej „talentów”: przede wszystkim z talentu, którym jest osobowa godność, a następnie z talentów związanych z jej kobiecym powołaniem (Jan Paweł II ChL 51).
Najprzód przytoczę wyznanie poety, uznanego i lubianego przez młodzież piosenkarza Leonarda Cohena, wychowanego w religii żydowskiej, a wielkiego sympatyka Chrystusa: Zawsze kochałem Chrystusa, od dnia, gdy Go spotkałem, od dnia, w którym otworzyłem drugą część Pisma Świętego - Nowy Testament. Od razu całym sercem zaakceptowałem tę postać tak inną od wszystkich przywódców religijnych, którzy byli przed Nim i po Nim. Chrystus tak ściśle związał się z tymi, którym się nie udało, z grzesznikami pokonanymi: z łotrem, z jawnogrzesznicą. Wyobraźmy sobie dziś człowieka, który przychodzi i oznajmia: Jestem razem ze smarkaczami palącymi trawkę, z bandami łobuzów, jestem z przestępcami. To absolutnie skrajne stanowisko, nawet jak na dzisiejsze czasy (Le Figaro 5/VIII 1994).
Są tacy: na swej trasie biją kogo napotykają, kto im się nie podoba. Wyrażają pogardę dla wszelkich przekonań, wszelkich uznanych wartości i świętości, wszelkich praw, którym nie chcą podlegać. Wyrażają swoiste uznanie dla wszystkiego, co oszołamia, dla wolności nieograniczonej, zwanej przez dorosłych swawolą, dla seksu nieujarzmionego, dla destrukcji, dla zadymy. Biją, podpalają, kradną, wymuszają haracze, zabijają. Biją lub gwałcą z niepojętym okrucieństwem, jak przystało na wychowanków kultury masowej, nasyconej po brzegi okrucieństwem i pornografią. Dla zaakcentowania swych nihilistycznych postaw podpalają kościoły, bo dotąd jeszcze nie podpalano. Kradną i wymuszają fachowo i zuchwale, nawet w samo południe. Zabijają, poinstruowani filmami (Jak zabić starszą panią) czy kasetami video, wpierw zadając wymyślne tortury. Zabijają kierowcę, bo wóz miał niemiecką rejestrację, bo napadnięci byli Jemeńczykami, bo za granicą też biją obcych, bo dosłownie pojęli Róbta, co chceta.
Mają od lat ośmiu do stu prawie. Najmłodszy polski morderca miał 13 lat i zabił staruszkę dla całego jej „majątku”, kilkunastu tysięcy złotych jej emerytury. W Nowej Hucie dwunastoletnie dziewczynki Sylwia i Ania znęcały się fizycznie nad napadniętymi przez siebie ośmiolatkami. Były tylko zdenerwowane, kiedy podczas „oprawiania” ich ofiary, dzieci płakały i błagały o puszczenie do domu. W kanale ciepłowniczym biły ich, kopały, targały za włosy, uderzały głowami o ścianę, skakały po plecach, po brzuchach, wpychały do buzi trawę i błoto, szkłem pocięły ich twarze, ręce, nogi, straszyły zamordowaniem rodziców. Krzywa przestępczości gwałtownie rośnie, wiek przestępców obniża się. Rośnie brutalność zachowań przestępczych. Rośnie lęk społeczeństwa przed zagrożeniem przestępczością i agresja przeciw przestępcom, chęć srogiego odwetu na przestępcach w postaci o wiele wyższych kar, pogarda dla nich, nienawiść.
Jedni widzą główne źródło tak znaczącego wzrostu przestępczości we wzrastającym bezrobociu i postępującej biedzie. Rzeczywiście, przestępczość częściej dotyka rejony objęte strukturalnym bezrobociem. Ale sama bieda nie rodzi przestępczości, dopiero połączona z propagandą konsumpcyjnego stylu życia w środkach społecznego przekazu, połączona z frustracją ludzi, którzy swych nadmiernych pragnień, dążeń, oczekiwań użycia nie mogą zaspokoić, daje mieszankę społecznie wybuchową. Jeszcze inni sądzą, że chwalona na każdym kroku wolność nieograniczona, aż do zabijania nienarodzonych i beznadziejnie chorych ludzi, powoduje potanienie każdego życia i zdrowia, a cóż dopiero cudzego mienia, którego z państwowego nie można - jak dotychczas - do woli wynosić.
Ministerstwo Sprawiedliwości nie ma pomysłu na obronę społeczeństwa przed zagrożeniem ze strony przestępców, ani nawet ich samych przed sobą. Sędziowie oraz służby penitencjarne tracą wiarę w sens własnych wysiłków na rzecz wychowania ich i przywrócenia normalnemu życiu społecznemu. Policja różnie tłumaczy swą bezsilność: niedoskonałością prawa i jego łagodnością, niedostatkiem sprzętu, niewystarczającą liczbą ludzi, nieufnością społeczną wobec ich służb. Zresztą ich działanie gazem, wodą czy policyjną pałką tylko wyzwala w przestępcach gniew, agresję i chęć walki, a nie pragnienie odmiany życia. I tak, w majestacie prawa i sprawiedliwości, które okazują się bezsilne, wielka grupa ludzi schodzi na margines życia społecznego, czasem spada na najgłębsze dno. Jest wyzwaniem dla wszystkich ludzi dobrej woli, niezależnie od wzajemnych urazów z przeszłości i narzuconych antagonizmów politycznych, by łączyć się razem w dziele ratowania ładu społecznego przed przestępczością.
Więzienie, to nie pensjonat ani dom wczasowy! Rygor, dużo brutalności niczym przecież nieuzasadnionej ze strony dozorców, którzy powinni być dla nich wychowawcami. Dużo brutalności przestępców wobec siebie. Oni sobie dokładają udręk przez wzajemne znęcanie się nad sobą, zwłaszcza nad słabszymi i nowicjuszami: przez poniżanie, pogardę, wykorzystanie seksualne. Niestety, wchodzą w klimat, w którym zasadniczym wątkiem rozmów, wspomnień, przechwałek czy zachęty, a nawet instruktażu, jest przestępstwo. Głównym pragnieniem nie jest odmiana życia, ale powrót do przestępstwa, jedynie udoskonalonego, aby nie dać się złapać, aby każdemu odpłacić za swoją odsiadkę, aby się odkuć za stracone lata. Tu zazwyczaj doznają utwierdzenia w złu. 70% przestępców wraca na dotychczasową drogę przestępczą, z tak bardzo mu potrzebną wiedzą "fachową", prawniczą, z umiejętnością obrony przed wymiarem sprawiedliwości. W więzieniu planuje się następne włamania, wymienia adresy "do obrobienia", adresy i kontakty z paserami, adresy i kontakty z dorosłymi przestępcami, z całymi grupami przestępczymi.
Dobrze się stało, że powstała Konwencja w sprawie zakazu stosowania tortur, oraz innego, okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania, albo karania wydana w Nowym Jorku 10 grudnia 1984r. Z której skorzystają przede wszystkim więźniowie polityczni. Ona broni godności osobowej przestępcy i jego niezbywalnych praw, nie pomaga takiemu przekształceniu przestępców, aby nie był zagrożenie dla społeczeństwa.
Miłość życzliwa, która nas obowiązuje, a która wynika z solidarności Jezusa Chrystusa z więźniami, kiedy mówić będzie na sądzie ostatecznym: „byłem... w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie”, a zapytany: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię... w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tego i Mnie nie uczyniliście” (Mt 25, 43-45). Spróbujmy odbudować i utwierdzić w dobrym ich dusze przez środki ubogie: perswazję, argumentację, motywację. Przekonujmy ich, że można jeszcze z tej drogi zawrócić, że po stokroć warto, że w imię całego życia, jego pięknego kształtu trzeba dokonać jego przewartościowania i przemiany. Trzeba tu dużo cierpliwości i delikatności.
Wykolejonym po wpadce zostaje tylko sąd i wyrok. Wtedy trzeba liczyć przede wszystkim na opiekuńcze odniesienie kolegów, koleżanek, którzy mogą mieć o wiele większy wpływ wychowawczy od strażników więziennych. Ale... właśnie po wyroku wykolejeńcy są powszechnie postrzegani jako społecznie napiętnowani i bywają izolowani z dobrego towarzystwa. Są niejako jeszcze raz spychani w swoje wykolejenie. Przyjęcie ich właśnie takich, jakimi są, w imię tego, jakimi być mogą, to początek ich możliwego odrodzenia. Potem trzeba im pomóc w znalezieniu własnego miejsca na ziemi i pod słońcem. Nowego stylu życia. Trzeba pomóc im wynagrodzić wyrządzone krzywdy, pomóc im w ukończeniu bądź dopełnieniu wykształcenia (zazwyczaj), pomóc w znalezieniu odpowiedniej pracy, zgodnej z ich nietypowymi przyzwyczajeniami i upodobaniami, pomóc znaleźć dobre towarzystwo zabawowe. Ile tu można dobrego zrobić! Trzeba pomóc im obronić się przed napastliwością ludzką! Wprowadzić w świat ładu moralnego, tak trudno przez nich akceptowanego. Wprowadzić w świat pracy, którą dotychczas raczej pogardzali. Wprowadzić w nowe środowisko ludzi pracy, sensownego życia, społecznychetycznych norm życia.
Są takie grupy nieformalne ludzi dobrej woli, którzy niemal czekają pod bramą na wychodzących z więzienia, biorą w opiekę przestępców po wyjściu na wolność. Są poradnie temu służące. Wszędzie tam możemy ze swoją miłością życzliwości znaleźć własne miejsce.
Dla miłości Bożej nie ma człowieka w Jego oczach przegranego. Zawsze odnajduje w sobie miłość większą niż ludzki grzech, upadek, przegrana życiowa. Na tle tej Jego miłości odczytujemy jeszcze raz nowe przykazanie miłości: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35).
Chcę to mówić o ludziach życiowo przegranych na inny sposób, gdy u podstaw ich klęski życiowej nie leży przestępstwo, osąd społeczny i kara więzienia, choć również zło, grzech. Owo zło, grzech „uwodzi człowieka grzesznego” (Rz 7, 1), czyni człowieka „niewolnikiem” (J 8, 34), a przez to duchowo degraduje, czyni niezdolnym do miłości, która jest z Boga czyni go niezdolnym do podjęcia wielu zadań życiowych, niezbędnych dla własnego spełnienia, doskonalenia siebie i najbliższych, do uszczęśliwiania siebie i osób kochanych. Przez tę duchową degradację członek wspólnoty ludzkiej staje się „tkanką martwą”, a nawet „tkanką rakową” - niszczącą więź wspólnotową, zamiast ją budować, kształtować i doskonalić.
Św. Paweł Apostoł nawołuje do szczególnej pomocy ludziom „trwającym w grzechu” (1 Tym 5, 20), zniewolonym przez grzech, „którzy mają oczy nie przestające grzeszyć” (2 P 2, 14), w których „grzech ujawnił nadmierną swą grzeszność” (Rz 7, 13). Siła ich grzechu przekracza siłę ich woli, uzależnia ich od zła w nim zawartego. Wymienimy tu tylko trzy schorzenia, uzależnienia: lubieżność, alkoholizm, narkomanię, które szczególnie stają na drodze do powstawania miłości, trwania jej, dojrzewania, owocowania.
Seksoholik, u którego lubieżność przekształca naturalny instynkt w nienaturalne pożądanie jest czynnikiem wyniszczającym komunię małżonków, a do wszelkich innych wnosi element agresji i poniżania godności osoby ludzkiej. Lubieżność, podobnie jak każdy narkotyk panuje nad człowiekiem - seksoholikiem, poniża go, ośmiesza go, redukuje całe jego jestestwo do anonimowego seksu. Ogranicza też widzenie partnera miłości do bliźniego, do jej seksualności, a swoje odniesienie do niej przede wszystkim jako do zdobyczy seksualnej. Zamyka takiego człowieka w kręgu nieustannego nienasycenia, wyolbrzymionego nienaturalnie pożądania, postawy grabieżcy seksualnego i powraca w swym błędnym kole do tego samego miejsca.
O wiele lepiej znamy ludzi dotkniętych chorobą alkoholową. Tu degradacja człowieka pijącego i jego rodziny jest bardzo wielka. Alkoholik jest wielkim nieszczęściem wszelkiej wspólnoty - prócz pijackiej - i gorszycielem, o którym mówi dzisiejszy tekst Ewangelii. Jest tym trudniejszym do wyleczenia i rehabilitacji, im powszechniejsze jest zjawisko nadużywania alkoholu. I tu wszyscy wychowawcy i działacze społeczni podejmujący walkę z plagą alkoholizmu są zgodni w opinii, że alkoholik pozostawiony sobie samemu, bez pomocy innych ludzi, prawie zawsze przegrywa walkę o trzeźwość, a więc o godność swego życia, o normalność, o doskonalenie się, o wykorzystanie szansy życiowej. Dlatego alkoholicy szukający ludzi pięknej miłości, która pomoże im w uzdrowieniu ciała i duszy od tej okrutnej zależności. Jeśli jeszcze nie zniszczyli do szczętu swego małżeństwa i rodziny, mają prawo liczyć na ich pomoc, w imię przymierza małżeńskiego, w którym jest zawarte wzięcie odpowiedzialności za jakość życia współmałżonka, dzieci, rodziców. Łączą się w grupy samopomocy, przede wszystkim wyleczonych alkoholików AA, aby sobie wzajemnie pomagać. Bez pomocnej miłości innych ludzi, sami ostatecznie przegrywają.
Wreszcie trzeba tu powiedzieć o innym wrogu budowania międzyludzkiej, o narkomanii. Ona degraduje oddanego jej człowieka najszybciej. Ona najbardziej wciąga współżyjące z narkomanem osoby w swój przeklęty krąg. Ona najszybciej wyniszcza więzi międzyludzkie nawet tak piękne, jak małżeńską i rodzinną, wyniszczając ostatecznie człowieka uzależnionego. I z tego uzależnienia najtrudniej się podnieść samego, bo jest najbogatszą namiastką bajecznie kolorowego życia. Jest też źródłem niewyobrażalnego cierpienia, którego smak i wymiar znają tylko oni. I znów ludzie zajmujący się narkomanami stwierdzają zgodnie, że narkoman zostawiony sobie samemu prawie zawsze przegrywa swoją walkę o wyzdrowienie. Samotny powrót z krainy U-zależnienia narkotycznego jest prawie niemożliwy. Dlatego chcący się naprawdę podnieść ku normalności narkomani łączą się z innymi narkomanami dobrej woli, już w drodze powrotnej ze swoistej ucieczki od życia. Szczególnie mogą i powinni liczyć młodzi narkomanii, wręcz dzieci jeszcze na pomoc rodziców, jeśli tylko okażą mały cień dobrej woli. W rodzinie miłujących się wzajem-nie osób jest wielka szansa, ale tylko szansa uratowania się od narkotycznego uzależnienia.
„Gdy brat twój grzeszy [przeciw tobie], idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, powiedz Kościołowi” (Mt 18, 15-17).
Chrześcijaninowi nie wolno przejść koło nich obojętnie; udać, że go nie ma; pogardzić nim; potępić go; unikać go. Taką postawą grzeszymy przeciw miłości bliźniego i to bardzo nas potrzebującego. Fragment Ewangelii nakazuje minimum naszej pomocy ludziom uzależnionym we wspólnocie Kościoła. Zobowiązuje nas do upomnienia braterskiego: osobistego i społecznego [powiedz Kościołowi]. To upomnienie nie może być tanim moralizowaniem, pouczaniem, strofowaniem, ale musi wyjść ze zrozumienia ich uzależnienia, akceptacji osoby uzależnionej - przy niezgodzie na sam fakt ich uzależnienia. Nie może być walką z człowiekiem uzależnionym, ale walką o niego, o jego lepsze życie, o jego lepsze małżeństwo, rodzinę, sąsiedztwo. Trzeba poznać i im pomóc rozpoznać źródła ich zagubienia, chęci ucieczki od życia jedynie w seks, w alkohol, w narkotyki. Co ich może dźwigać z ich dna, bo choć każdy ma własne, niepowtarzalne dno, to ruch w górę jest podobny. Jaką cenę trzeba zapłacić za podniesienie się z upadku, odnalezienie sensu i właściwego celu życia.
Trzeba pomóc człowiekowi uzależnionemu poznać, że solidaryzujemy się z jego bezsilnością wobec uzależnienia i niemocy władania swoim życiem. Trzeba pomóc uzależnionemu uwierzyć, że jest w nim samym większa siła od słabości i w nim samym, a przede wszystkim w Bogu, który pochyla się nad jego niedolą, bo mu zależy na nim. Do tej jego siły, do jego szczyty jego duszy trzeba nawiązywać nieustannie, a całą sprawę powrotu życia wartego życia zawierzyć Chrystusowi, Synowi Bożemu, który za nas oddał życie „gdyśmy jeszcze byli grzesznikami”, a który „jadał wspólnie z celnikami i grzesznikami” (Mt 9, 11), oraz Jego Najświętszej Matce.
Trzeba pomóc mu w podjęciu medycznego leczenia, a po wyleczeniu pomóc mu w samoobronie przed sobą samym, przed własną słabością. Pomóc znaleźć nowe środowisko życia, pracy, zabawy. Wyleczenie sprawia Bóg sam, bo On jeden zna wszystkie zakamarki serca i wspiera swą siłą. Od nas pochodzić może pomoc pełna delikatności, dyskrecji, cierpliwości. W tym duchu, że przez swą miłość pełną życzliwości do uzależnionego brata, wyznajemy miłość Bogu, który ich do życia powołał i teraz czeka na nich, jak Ojciec na marnotrawnego syna.
Nie gniewajcie się, że i tu wrócimy do naszej „ballady” o osobowym charakterze miłości: Miłość jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią człowieka na inicjatywę Boga, który okazuje nam miłość. Miłość nie jest jednak aktem wyizolowanym. Nikt nie może miłować sam, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie dał miłości samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia. Wierzący otrzymał miłość od innych, dlatego powinien ją przekazywać innym. Nasza miłość do Jezusa i ludzi skłania nas do mówienia innym o naszej miłości w Jezusie Chrystusie, nawet do ludzi po ludzku przegranych. Każdy miłujący jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu miłujących i wzajemnie dźwigających się. Nie mogę miłować, jeśli nie będzie mnie prowadziła miłość innych, a przez moją miłość przyczyniam się do powadzenia miłości innych, nawet ludzi wykolejonych.
„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 34-40), powie Chrystus i nam na swoim sądzie.
Nie można mówić o Boga nie szanując Jego Bożego „środowiska”, tego co święte; jest to bowiem swoiste świętokradztwo. Nie można mówić o miłości bliźniego ze względu na miłość do Boga, jeśli niszczy się nasze wspólne wielkie dobro - środowisko naturalne, od Boga dane, od którego w dłuższej perspektywie zależy nasze przetrwanie. Pierwsza zasada miłości - jak w medycynie - primum non nocere; najpierw nie szkodzić! A szkodzimy i Bogu, działając wbrew Jego odwiecznym zamysłom zachowania stworzonego przez Niego świata, i naszym braciom, zwłaszcza tym, którzy żyć będą po nas na naszej planecie już w niedalekiej przyszłości: Niszczymy bowiem nasze wspólne środowisko naturalne.
Wymienimy tylko niektóre objawy zniszczenia. Niszczenie gleby. W ciągu ostatnich lat zniszczeniu uległo 45% gleb naszej planety, ponad 1,2 miliarda hektarów, czyli przestrzeń całej Azji. Gleby te utraciły poszycie roślinne przez zatrucie substancjami chemicznymi. Sama tylko powierzchnia lasów zmalała o 17 milionów hektarów. Ginięcie roślinności zagraża życiu zwierząt i człowieka. Czyni jego egzystencję gorszą. Niszczenie wód. Przemysł przede wszystkim, ale i rolnictwo odprowadzają coraz więcej szkodliwych, wręcz niszczycielskich substancji do rzek, jezior i wód podziemnych. Miliony ludzi miast i wsi jest pozbawionych czystej wody. Świat zwierząt na naszych oczach zatruwa się zanieczyszczoną wodą, co mogliśmy oglądać na ekranach telewizyjnych po wycieku ropy z tankowca "Valdez" u wybrzeży Alaski, a co kosztowało życie miliony ryb, tysiące ptaków, fok i innych zwierząt. Proces samooczyszczania się wód nie nadąża za procesem zatruwania. Jeśli proces niszczenia wód skojarzymy z pomniejszaniem się jej zasobów, ocenimy grozę sytuacji. Dodajmy jeszcze pomniejszanie się magazynów wodnych w lodowcach przez efekt cieplarniany, niepokojące wzrastanie średniej temperatury, aby mieć pełny obraz zagrożenia.
Niszczenie powietrza. 1,3 miliarda ludzi oddycha powietrzem skażonym tlenkami siarki, azotu, ołowiu, których pozbywa się niefrasobliwie wielki przemysł, ogrzewnictwo, poruszające się samochody. Mówi się w niektórych rejonach ziemi o "kwaśnych deszczach". Tam ludzie zapadają na przeróżne, często groźne dla życia uczulenia (alergie), choroby dróg oddechowych, raka. Tam już rodzą się kalekie dzieci (Kod). Giną zwierzęta. Ginie roślinność. W lekcji poglądowej wielkiego zniszczenia atmosfery braliśmy udział w kwietniu 1986 roku po awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu; ogromu nieszczęścia ludzkiego i zależności wzajemnej w "jednej globalnej wiosce świata". Już dziś wiadomo, że codziennie znika bezpowrotnie z powierzchni ziemi 2O do 75 gatunków zwierząt i jeszcze więcej roślin, drzew, kwiatów. Wiadomo, że w ciągu najbliższych 25 lat wyginie 15% żywych istot świata zwierzęcego.
Głównymi ofiarami zniszczeń ekologicznych, są dzieci i młodzież, gdyż zatruwają się o wiele mniejszymi dawkami niezdatnego pokarmu, nieczystej wody, zapylonego powietrza. Stąd wynika szczególne powołanie młodego człowieka do samoobrony przed ekologicznym zagrożeniami, oraz obrony innych ludzi. I to powołanie formułujemy dziś głośno, dodając namysł, jak go w naszej podtrutej rzeczywistości realizować.
Jak bronią się ludzie? W ludziach na całym świecie wzrasta świadomość zła, jakie oni sobie samym wyrządzają przez niszczenie środowiska naturalnego. Narasta pragnie-nie dania odporu złu. Ludzie zwołują się nawzajem, zachęcają się, przynaglają się, aby tworzyć wspólny światowy ruch obrony ekologicznej. Ludzie, poprzez społeczne środki przekazu, nie tylko informują się o kataklizmach ekologicznych, nie tylko budzą strach i przerażenie, ale i kształtują postawy pro-ekologiczne. Ludzie wykorzystują już istniejące organizacje międzynarodowe, jak ONZ, aby podjąć namysł i program samoobrony przed narastającym, a nieuchronnym, bo związanym z postępem cywilizacyjnym zagrożeniem zniszczenia środowiska naturalnego. Prawo stanowione ujawnia swoją bezsilność. Władze państw zbierają się na spotkania "Szczytu ziemi", aby podjąć prawną ochronę przed niszczycielskimi zakusami innych i przed ich skutkami. Powstają organizacje polityczne i społeczne proekologiczne "zielonych". Wydają orędzia, urządzają protesty, kształtują postawy: Stanowisz część świata * nie jesteś jego właścicielem, ale użytkownikiem * nie niszcz go lecz szanuj * zostaw go następnemu pokoleniu niewiele gorszym, niż zastałeś * dzielisz świat z innymi ludźmi zwierzętami roślinami więc pozwól im żyć bez zagrożenia i cierpień * w świecie będącym w ciągłym rozwoju szukaj w nim sprzymierzeńców do samoobrony, a nie jego degradacji * jedno masz sumienie dla siebie, zwierząt i roślin * bądź krytyczny wobec siebie, a spolegliwy dla świata ludzi, zwierząt i roślin... Takie są postulaty ekologów. Pod każdym warto się podpisać, do każdego warto swe działania podłączyć. Bo tu przemawia rozum, rzetelna ocena sytuacji na dziś i na jutro, zdolność przewidywania, zdolność wnioskowania. Tu przemawia solidarność międzyludzka. Powinno jeszcze przemówić serce; miłość praktyczna do drugiego człowieka, któremu zagrażamy śmiertelnie z oddali.
Pokój z Bogiem Stwórcą, pokój z całym światem stworzeniem - takie jest przesłanie Ojca Świętego Jana Pawła II na XXIII światowy Dzień Pokoju z 1 stycznia 199O r. Najpierw nawiązuje do dzieła stworzenia świata przez Boga: „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31). Ludzie stworzeni na Boży obraz i podobieństwo mają panować nad ziemią mądrze i z miłością... W świetle tych sformułowań biblijnych jawi się w całej pełni zależność między działaniem człowieka a integralną naturą stworzenia. Sprzeniewierzając się planom Boga stwórcy, człowiek wprowadza nieporządek, który niechybnie odbija się na reszcie stworzenia. Gdy człowiek nie żyje w pokoju z Bogiem, nie ma pokoju na ziemi: „Dlatego kraj jest okryty żałobą i więdną wszyscy jej mieszkańcy, zarówno zwierz polny, jak ptactwo powietrzne, a nawet ryby morskie marnieją” (Oz 4, 3). To „cierpienie” ziemi jest odczuwane także przez ludzi, którzy nie dzielą z nami wiary w Boga. Wszyscy bowiem mogą oglądać spustoszenie spowodowane w świecie przyrody przez ludzi obojętnych na wyraźne zasady owego porządku i harmonii, jakie w tym świecie się kryją.
Pewne elementy aktualnego kryzysu ekologicznego świadczą o tym, że jest on problemem moralnym'. Na pierwszym miejscu stawia Ojciec Św. brak szacunku dla życia. Widzi, że 'teologia, filozofia i nauki ścisłe mają zgodną wizję harmonii wszechświata jako prawdziwego „kosmosu”, który stanowi integralną całość i charakteryzuje się własną dynamiczną równowagą. Ten porządek musi być uszanowany. Ludzkość jest powołana, by go poznawać, by odkrywać go z należną ostrożnością, a następnie korzystać z niego, troszcząc się jednak o zachowanie jego integralności...
Ziemia jest zasadniczo wspólnym dziedzictwem, którego owoce powinny służyć wszystkim. Kryzys ekologiczny uwydatnia pilną moralną potrzebę nowej solidarności...w działaniach na rzecz pokojowego, zdrowego rozwoju środowiska naturalnego...'
Dlatego dziś rozliczamy się ze sobą, mając na uwadze ludzi danych nam do miłowania. Czy nie dewastowałem otaczającej mnie przyrody przez wysypywanie śmieci, gruzów, zanieczyszczeń w niewłaściwym miejscu, np. w lesie, przy drodze, w wodzie? Czy odpadkami nie zanieczyszczałem ulic, pojazdów, pomieszczeń publicznych? Czy szanuję roślinność; w czasie wakacji, w swojej miejscowości, a zwłaszcza w cudzej. Czy nie zrywam bezcelowo roślin, liści, kwiatów? Czy nie zaśmiecam lub zanieczyszczam rzek, stawów, jezior? Czy nie myłem samochodu nad rzeką? Czy nie zatruwam powietrza w domu, w miejscu pracy, na ulicy, w miejscach wspólnego przebywania (nawet dymem papierosowym)? Czy nie zakłócam ciszy? Czy mój pojazd jest należycie wyciszony? Oto tylko niektóre pytania, które Ks. Arcybiskup gnieźnieński Henryk Muszyński stawia swoim wiernym. To takie minimum, ale przecież sprawę ochrony naszego środowiska posuwa naprzód. I tu można powiedzieć: diabeł tkwi w szczegółach, które mają to do siebie, że łączą się w wielką całość i jako całość niszcząca uniemożliwiają powstawanie miłości ku Bogu, a ze względu na Boga - i ku ludziom.
Przez realizację programu: pokój z Bogiem Stwórcą, wyrażamy naszą miłość do Niego. Przez realizację programu: pokój z całym światem stworzonym wyrażamy naszą miłość do ludzi. Miłość naszą okażemy bliźnim również w sposobie prowadzenia dialogu ekologicznego. Nie siłą fizyczną (blokad), ani społeczną (manifestacje), ale siłą rozumnych argumentów i gorącością miłujących serc.
„Miłość cierpliwa jest...” Miliony lat czeka Bóg ze swym zamysłem życzliwości wobec swych stworzeń, aż Jego dzieło osiągnie stopniowo, ewolucyjnie zamierzoną doskonałości. Dziesiątki lat czeka miłujący Pan na wewnętrzne nawrócenie wolnego człowieka, aby dochować wierności dla swej miłości cierpliwej. „To, co niegdyś zostało napisane, napisane zostało dla naszego pouczenia, abyśmy dzięki cierpliwości i pociesze, jaką niosą Pisma, podtrzymywali nadzieję. A Bóg, który daje cierpliwość i pociechę, niech sprawi, abyście wzorem Chrystusa te same uczucia żywili do siebie i zgodnie jednymi ustami wielbili Boga i Ojca Pana naszego Jezusa Chrystusa. Dlatego przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was ku chwale Boga” (Rz 15, 4-7).
W kontekście nawoływań do miłości umotywowanych odwołaniem się do przykładu Jezusa Chrystusa oddającego życie swoje za nas, grzeszników, Autor Natchniony wskazuje na Biblię jako nieustające źródło pocieszenia, pokrzepienia i nadziei dla tych, którzy skorzystają z Bożego daru cierpliwości. Słowa Świętego Autora miały podtrzymać w nadziei tych, co jako najsilniejsi obcowali każdego dnia ze słabszymi braćmi, bardziej kruchymi w wierze, w postawach moralnych, w swoim postępowaniu, i nie rezygnowali z cierpliwego znoszenia ich słabości, nie rezygnowali z decyzji zbyt radykalnych, gdyż te prawie zawsze niszczą miłość i nie osiągają zamierzonych celów. Cierpliwość w miłości do Boga jest niejako ciągle wystawiana na próbę: to ciężar zła, które dotyka człowieka miłującego Boga zdaje mu się nie do zniesienia; to znów modlitwy jego nie zostały wysłuchane; to znów czegoś nie do końca zrozumiał z Prawdy Bożej...
Celem tego fragmentu listu do osiągnięcia jest: „abyście wzorem Chrystusa te same uczucia żywili do siebie”. Tego, czego w Chrystusie pragniemy dla siebie, pragnąć dla innych, cierpliwie ich wspomagać i udzielać skutecznej pomocy, najpierw w wierze, a następnie we współżyciu społecznym. I choć będziemy mieli im ciągle coś do zarzucenia trzeba ich „przygarnąć” i wesprzeć. O tym wskazaniu warto pamiętać w kontekście trudności współżycia i współdziałania w małżeństwie i w rodzinie w środowisku sąsiedzkim, pracy, odpoczynku.
Zanim pomyślimy o cierpliwości, która buduje wspólnotę osób w swoim środowisku, bo „miłość cierpliwa jest, łagodna jest” (1 Kor 13, 4), sięgnąć chcemy do Tego, który jest wzorem i źródłem ludzkiej cierpliwości: „Pan, Pan Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w tysiączne pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech” (Wj 34, 6-7). „Ty jesteś Bogiem przebaczenia, jesteś łaskawy i miłosierny, cierpliwy i wielkiej dobroci i nie opuściłeś nas” (Ne 9, 17). To, że Pismo św. nazywa Boga cierpliwym, oznacza, że długo, długo, nawet bardzo długo czeka na człowieka, na jego wewnętrzną przemianę i dojrzałość. Nawet na nieprawego, niewiernego, podstępnego. Czeka na chwilę najlepszą dla tego człowieka, kiedy poprzez cierpienie własne i kochanych osób zatęskni za Bogiem, zwróci się ku Niemu twarzą, zapyta Go o radę, poprosi o pomoc, poprosi o możliwość własnej rehabilitacji, zaczęcia życia od nowa. Jest zawsze gotowym dla człowieka. „Przez czterdzieści lat znosił cierpliwie ich [ludu swego niewiernego] obyczaje” (Dz 13, 18). „Przestrzegałeś ich, by ich nawrócić do swego Prawa, lecz oni byli zuchwali i nie słuchali przykazań Twoich i przeciwko przepisom Twoim zgrzeszyli... odwrócili niesforne plecy. Miałeś dla nich cierpliwość przez wiele lat” (Ne 9, 29-30).
Ale Bóg jest dla naszej wspólnoty nie tylko przykładem cierpliwości, ale przez swą dobroć łaskawą sprawia w nas chęć pełnienia, samo pełnienie i wytrwałość w działaniu na rzecz budowania komunii osób. Nie tylko daje cierpliwość, ale i jej skutki - wszelkie płynące z niej pocieszenia, jak zaznaczył to św. Paweł w naszym tekście. I dodaje: „Niech moc Jego... w pełni was umacnia do okazywania wszelkiego rodzaju cierpliwości i stałości. Z radością dziękujcie Bogu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości” (Kol 1, 11-12). Stąd o cierpliwość i stałość trzeba się nieustannie modlić.
Ale i dziś, nawet nie można powiedzieć czy nie więcej niż w czasie wędrówki Narodu Wybranego „Od góry Hor w kierunku Morza Czerwonego... lud stracił cierpliwość. I zaczęli mówić przeciw Bogu i Mojżeszowi” (Lb 21, 4n). Dziś całe społeczeństwa, a więc i także małe, jak małżeństwo i rodzina, sąsiedzi, pracownicy tej samej fabryki, uczestnicy tej samej wycieczki popadają w zniechęcenie, w zniecierpliwienie, gdy nie potrafią się przeciwstawić wielorakim niesprawiedliwościom i zniewoleniom, wobec których czują się bezsilni i bezradni. Nie potrafią przezwyciężyć złego losu, który niszczy ich dorobek życia, albo działa przeciw ich zamiarom, celom, aspiracjom życiowym. Czegoś mają za dużo, czegoś za mało, coś przychodzi do nich nie w porę, albo w ogóle się nie zjawia, ktoś albo coś nie spełnia oczekiwań. To sprawia dolegliwość przykro odczuwaną, budzi niecierpliwość, poczucie niespełnienia. We wspólnocie czyni życie cięższym, bardziej przykrym, mniej szczęśliwym. Cierpliwość pozwala ze spokojem znosić przeciwności losu, dolegliwości niepowodzeń życiowych, cierpień z tym związanych. Jeśli do niej dołączy się jej siostrzyca wytrwałość w znoszeniu trudności życia wspólnego, oraz wzajemna pomoc sobie niesiona, to można czynić znaczące kroki w budowaniu wspólnoty osób.
W braku cierpliwości i wytrwałości rodzi się w ludziach frustracja, poczucie niemożności, poczucie zablokowania ich ważnych dążeń życiowych, poczucie nieudanego życia... Szukają jakiegoś wyjścia z tego niezadowolenia: jedni przez agresję wobec domniemanych sprawców swego niezadowolenia, inni przez regresję, czyli powtarzanie pewnych zachowań, o których niemal z góry wiadomo, że nic nie dają, nie rozwiązują, jeszcze inni popadają w apatię, poddają się, obojętnieją, jest im wszystko jedno. Wszystkie te trzy rozwiązania prowadzą donikąd, a przy okazji niszczą osobowość frustrata, niszczą jego wspólnoty, ku którym zwraca się najczęściej jego agresja, regresja, czy apatia. Oskarża nie tylko Boga, ale kogo jeszcze może po drodze, „gardzi bogactwem dobroci, cierpliwości i wielkoduszności Pana” (Rz 2, 4) nie chcąc niczego się nauczyć i nic od Niego wziąć. Zazwyczaj ucieka w alkohol, narkotyki, w dewiacje seksualne. I tak kończyć się może człowiek i jego wspólnota.
Nasze rozmyślanie odwołuje się do wskazania św. Jakuba Apostoła: „Za przykład wytrwałości i cierpliwości weźcie, bracia, proroków” (Jk 5, 10). Św. Paweł pochwala swojego ucznia Tymoteusza: „Ty poszedłeś śladem mojej nauki, sposobu życia, zamierzeń, wiary, cierpliwości, miłości, wytrwałości” (2 Tm 3, 10).
I nasza wspólnota odczytuje wezwanie św. Jakuba Apostoła: „Tak i wy bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca w miłości”, by budować nową komunię osób. Bo jeśli Apostoł wzywa: „dla wszystkich bądźcie cierpliwi” (1 Tes 5, 14), to odnosi się to przede wszystkim do najbliższych sercu.
Dziś ustanawiamy w naszej wspólnocie „dni cierpliwości Bożej [i naszej]” (wg Rz 3, 25). Bo „cierpliwy spory łagodzi” (Prz 15, 18). Bo „cierpliwy jest lepszy niż mocny” (Prz 16, 32).
Kiedy mogę ujść za cierpliwego w budowaniu komunii osób? Rozróżniaj najpierw prawdy i wartości: o co naprawdę warto i trzeba się pilnie starać? Dla rzeczy, spraw i niepokojów nie warto się niepokoić i denerwować! Czasem chodzi o nic nie znaczący gest, obiektywnie nic nie znaczące słowa. Tu cierpliwość znaczy dystans, zastanowienie, ocenę oraz racjonalne odrzucenie na margines mojego, naszego życia.
Jeśli sprawa domaga się rozwiązania, bądź cierpliwy, nie reaguj w sposób spontaniczny, w rozdrażnieniu uczuciowym. Odłóż sprawę do jutra lub pojutrza. A pojutrze jeszcze się zastanów na ile rozwiązanie tej sprawy zależy od ciebie, od innych, od Boga tylko. Pierwsze weź do rozpracowania, drugie ewentualnie, wobec trzeciego przypadku zajmij postawę religijną - modlitwy. Albo postawę filozoficzną: jeśli napotkasz ścianę nie do przebycia, zgódź się, jeśli nie jest złem, nawet ciesz się, poniechaj przeciwstawienia się, które jest skazane na niepowodzenie. Wobec wszystkich stresujących cię spraw zajmij odpowiedni dystans, tym większy, im delikatniejsza jest sprawa. Jeżeli twój stres zależy od bardzo umiłowanej osoby, wszczynaj dialog na długi dystans, którego etapy będzie odmierzała cierpliwość. Przewiduj, jak zachowa się partner dialogu?
Bądź przezorny zapewniając, obiecując, przyrzekając, czy zapewniają, aby mieć dystans, luz, aby nie zawodzić. Bądź przygotowany na najgorsze warunki spełnienia obietnic i zapewnień, abyś nie naraził ukochanej osoby, osób, na niepotrzebny zawód.
Cierpliwy, to taki, który nie wypowiada słowa, które mu się cisną na wargę. Nie wydaje pochopnego osądu, którego już jutro może się wstydzić, a który bardzo trudno cofnąć i nie sposób uznać za niebyły. Nie okazuje niezadowolenia lub gniewu, które po wyjaśnieniu partnera, niemal nic nie znaczą. Nie domyślaj się, polegaj na faktach. Nie wracaj myślą wstecz. Szczególną dawkę cierpliwości należy skierować do dzieci i młodzieży. Oni są tak nieprzewidywalni! Tak zmienni! Tak dotknięci chęcią przeciw-stawienia się i oporu, choćby zupełnie absurdalnego.
„Współpracując zaś z Nim [z Bogiem] napominamy was, abyście nie przyjmowali na próżno łaski Bożej. Mówi bowiem [Pismo]: W czasie pomyślnym wysłuchałem ciebie, w dniu zbawienia przyszedłem ci z pomocą. Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia... Okazujemy się sługami Boga przez wszystko: przez wielką cierpliwość, wśród utrapień, przeciwności i ucisków, w chłostach, więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, nocnych czuwaniach i w postach, przez czystość i umiejętność, przez wielkoduszność i łagodność, przez [objawy] Ducha Świętego i miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą” (2 Kor 6, 1n).
Miłość Boża jest wspaniałomyślna, bo kochając go miłością Ojcowską podnosi do godności dzieci swoich. Miłość nasze wobec Boga będzie wspaniałomyślna, jeśli spełni swój zasadniczy warunek; będzie „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”.
Podobnej wspaniałomyślności domaga się miłość bliźniego, która zakłada postawę poszanowania godności drugiego człowieka mimo różnic dzielących nas. Różnych ras, narodowości, religii, postaw etycznych, przekonań politycznych, tradycji kulturowych, zaszłości historycznych. Podstawowa godność osoby ludzkiej jest taka sama dla wszystkich, bo wszyscy zostaliśmy przez tego samego Boga powołani do życia, taką samą posiadamy naturę człowieczą, takie same cele zasadnicze do spełnienia. Wiara nasza zapewnia nas, że za wszystkich Chrystus oddał swe życie na Krzyżu, choć nie wszyscy w jednakowym stopniu z Jego śmierci korzystają. I choć w człowieku głęboko zakodowane jest dążenie do znaczenia, do wywyższenia własnego, nawet kosztem poniżenia drugiego człowieka, to sumienie każe mu szanować godność jego przynajmniej jak swoją własną!
Pozwólmy najpierw każdemu bliźniemu, a tym więcej własnej żonie, mężowi, ojcu, matce, dzieciom, sąsiadom, kolegom, przyjaciołom mieć swoje przekonania inne od naszych, inny sposób oddawania czci Bogu, albo wykreślenia Go z ich życia, uznawać inną hierarchię wartości moralnych, którymi kierują się w ich życiu, zachowywać inne obyczaje i zwyczaje, należeć do innych partii politycznych. Oni mają do swej inności nigdy nie przedawnione prawa. Oni muszą być posłuszni własnemu sumieniu! Wszelkie próby, by siłą fizyczną, bądź psychiczną zmusić ich do zmiany przekonań, wartości moralnych jest niegodziwe. Przez zawarcie małżeństwa i danie życia dzieciom, przez koleżeństwo, a nawet przyjaźń nie nabywamy prawa, aby im zabraniać, bądź siłą uniemożliwiać ich samorealizację. Osoba ludzka nigdy nie staje się czyjąkolwiek własnością, którą można by dowoli dysponować, choćby sama się na to godziła i dawała przyzwolenie.
Poznajmy lepiej inność, aby siebie samych bogacić i budować sprawniej wspólnotę osób, zwłaszcza małżeńską i rodzinną. Niech nawet maleńki cień pogardy dla ich sposobu wyznawania, albo i nie wyznawania religii nie pojawi się w naszym słowie czy geście, w postawie lekceważącej. Podobnie i w innych dziedzinach życia. Pozwólmy im widzieć inaczej świat otaczający, ludzi, społeczeństwa. Pozwólmy na ich odrębne zachowania. Niech sami kształtują swoją historię, bo mają do tego prawo. Nie używajmy nacisku (choćby ekonomicznego), a tym mniej fizycznej przemocy (bicia), aby zmienić ich przekonania, bo my je widzimy jako błędne.
Ale tak pojęta tolerancja nie oznacza obojętności na prawdę i błąd; na dobro i zło; na sprawiedliwość i krzywdę. Nie ma ucieczki od obowiązku głoszenia i bronienia prawdy; głoszenia i bronienia dobra; głoszenia sprawiedliwości i pokoju oraz bronienia ich samych. Człowiek każdy ma prawo i obowiązek delikatnego dawania świadectwa: takie są moje przekonania, taki jest świat wartości, który chcę uczynić przewodnikiem mojego życia, taki jest sens i cel ostateczny mojego życia, takie role społeczne chciałbym pełnić w życiu społecznym czy politycznym. Od tego obowiązku nikt i nic go nie może zwolnić, szczególnie wobec dzieci, które dopiero zmierzają ku dojrzałości, a popełnienie przez nie pomyłek może być bardzo kosztowne w późniejszym ich życiu, często wręcz nie do odrobienia.
„Zacząłem ulegać zwątpieniu z powodu wszystkich trudów, jakie podjąłem pod słońcem. Jest nieraz człowiek, który w swej pracy odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, a udział swój musi on oddać człowiekowi, który nie włożył w nią trudu. To także jest marność i wielkie zło. Cóż bowiem ma człowiek z wszelkiego swego trudu i z pracy ducha swego, którą mozoli się pod słońcem?
Bo wszystkie dni jego są cierpieniem, a zajęcia jego utrapieniem. Nawet w nocy serce jego nie zazna spokoju. To także jest marność” (Koh 2, 20-24).
Wspaniałomyślność miłości wobec bliźniego to postawienie wielkiego celu, ku któremu w naszej wspólnocie ludzi miłujących się zmierzamy. Jesteśmy jak „człowiek, który w swej pracy odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, a udział swój musi on oddać człowiekowi, który nie włożył w nią trudu: a chodzi tu świętość życia, dziedzictwo synostwa Bożego. „On ustanowił nas dla przysposobienia świętych, do wykonywania posługi celem budowania Ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy razem, ... do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Chrystusa... abyśmy nie byli dziećmi, którymi miotają fale i porusza każdy powiew” (Ef 4, 11-13). Abyśmy się nieustannie wzajemnie doskonalili. Budowali wspólnotę poprzez uświęcanie się, podobnie jak Kościoła, o którym przez wiarę jesteśmy przekonani, że nie tylko ze swej istoty jest święty, ale i nieustannie staje się świętym poprzez oddziaływanie Chrystusa, jako Głowy Mistycznego Ciała, oraz poprzez wzajemne oddziaływanie poszczególnych członków na siebie. Uświęcenie i doskonalenie moralne jest pewnym ideałem życia, którego nie można do końca zrealizować, dokonać. Jest to zawsze zadanie na dziś, jutro i pojutrze. Każdy człowiek przewiduje i przeczuwa, co powinien uczynić, tylko nie zawsze chce, lub nie zawsze ma wystarczająco wiele sił duchowych, aby to dążenie do bycia człowiekiem doskonalszym realizować.
Miłość Boża objawiona wobec nas w Synu Bożym Jezusie Chrystusie, to miłość okazana nam w dźwiganiu krzyża na Golgotę i oddaniu na nim życia za nas i nasze zbawienie. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi Moimi” (J 15, 13-14). I od naszej miłości oczekuje męstwa: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Mt 16, 24).
Miłość bliźniego też winna mieć ten charakter. Z nią odbywamy wspólną drogę do Ziemi obiecanej, w której liczymy na Wielkiego Sprzymierzeńca, Boga. Takie były słowa Mojżesza do ludu Bożego Pierwszego Przymierza w drodze do ziemi obiecanej. „Bądź mężny i mocny, nie lękaj się, nie bój się ich, gdyż Pan, Bóg Twój, idzie z Tobą, nie opuści cię i nie porzuci. Zawołał potem Mojżesz Jozuego i rzekł mu na oczach całego Izraela; „Bądź mężny i mocny, bo ty wkroczysz w tym ludem do ziemi, którą przysiągł Pan dać ich przodkom i wprowadzisz ich w jej posiadanie. Sam Pan, który pójdzie przed tobą, On będzie z tobą, nie opuści cię i nie porzuci. Nie lękaj się i nie drżyj” (Pwt 31, 6-8).
Takie jest zapewnienie Boga Pierwszego Przymierza, że w drodze ludu wybranego do ziemi obiecanej On w sposób szczególny będzie z nim. I zachęca go w osobie jego przywódcy: „Bądź mężny i mocny, bo ty wkroczysz w tym ludem do ziemi, którą przysiągł Pan dać ich przodkom i wprowadzisz ich w jej posiadanie”. To zapewnienie Boga Przymierza miało być dla nich siłą. Bóg „będzie z tobą, nie opuści cię i nie porzuci”. Trzeba i nam wspomnieć na przymierze, które Bóg zawiera we Krwi Syna swego Jednorodzonego z mającymi się miłować się ludźmi: kobietą i mężczyzną, sąsiadami, znajomymi, kolegami w tworzonych wspólnotach osób i zapewnia ich: „Bądźcie mężni i mocni, bo wkroczycie do ziemi [krainy], którą przysiągł Pan dać wam i waszym potomkom. On będzie z wami, nie opuści was i nie porzuci”.
Kiedy w przepowiedniach proroków zaczyna się pojawiać postać oczekiwanego Mesjasz jest Ona wpisana w dar męstwa, który sobą będzie reprezentował i którego będzie udzielał tym, którzy mu uwierzą: „Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Bożej” (Iz 11, 1-2). W formie modlitwy obrzędu bierzmowania zostało to powtórzone wraz z przekazaniem mocy Ducha męstwa. Z każdym darem łaski dziecięctwa Bożego otrzymujemy również cnotę męstwa.
'Męstwo jest cnotą moralną, która zapewnia wytrwałość w trudnościach i stałość w dążeniu do dobra. Umacnia decyzję opierania się pokusom i przezwyciężania przeszkód w życiu moralnym. Cnota męstwa uzdalnia do przezwyciężania strachu, nawet strachu przed śmiercią, do stawienia czoła próbom i prześladowaniom. Uzdalnia nawet do wyrzeczenia i do ofiary z życia w obronie słusznej sprawy. „Pan moja moc i pieśń” (Ps 118, 14). „Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę. Jam zwyciężył świat” (J 16, 33)' (K 1808).
Jeślibyśmy chcieli to określenie męstwa odczytać w kontekście budowania wspólnoty osób, to zrozumielibyśmy je jako zapewnienie, że zapewnia wytrwałość w trudnościach okazywania sobie nieustannej życzliwości, oraz stałość w dążeniu do dobra wspólnego. Że „umacnia decyzję opierania” się zawsze i wszędzie siłom odśrodkowym tworzonych wspólnot „pokusom” walki z człowiekiem, a nie o człowieka oraz „przezwyciężania przeszkód” w życiu z sobą i dla siebie zgodnym z zamysłem Bożym. Że „uzdalnia do przezwyciężania strachu, nawet strachu przed” największymi trudnościami i poświęceniem w budowaniu wspólnoty osób przez miłość „do stawienia czoła próbom” i przeciwnościom w budowaniu komunii w ogarniętym znieczulicą świecie współczesnym. Że „uzdalnia nawet do” największego „wyrzeczenia i do ofiary z życia w obronie słusznej sprawy” w naszych wspólnotach, które przez miłość tworzymy.
Nie lękajcie się! Nie lękajmy się, czy w zlaicyzowanym społeczeństwie, wobec naporu prawd niepełnych i pseudowartości możemy spełnić oczekiwanie Boga naszego, zamysł Jego tworzenia cywilizacji miłości, a nie nienawiści; życia, a nie śmierci; osób, a nie rzeczy. Prorok zachęca nas: „Bądźcie mężni i mocni w zachowaniu Prawa Pańskiego” (1 Mch 2, 64), „bo Pan, Bóg wasz idzie z wami, nie opuści was, nie porzuci”.
I w wielkich lękach i w niepozornych tak wiele nam mogą pomóc ludzie, zwłaszcza najbliżsi, do których mamy przez miłość wielkie zaufanie: dać poczucie wspólnoty i bezpieczeństwa, spokoju i mocy, solidarności z nimi w każdej chwili. Jak w Biblii „zachęceni słowami Judy, które były bardzo piękne i mogły zapalić do męstwa, a dusze napełnić odwagą” (2 Mch 15, 17-18) stanęli młodzi ludzi do walki o żony, dzieci, braci, krewnych, miasto i świątynię „z najwyższym męstwem”. To pomaga przezwyciężyć lęki i tworzy niepowtarzalną więź międzyludzką w naszych środowiskach życia, pracy i odpoczynku. Ponad wszystko w postawie męstwa liczy się zapewnienie Proroka Izajasza: „W owym dniu Pan Zastępów będzie koroną chwały i ozdobnym diademem dla... swego ludu: natchnieniem sprawiedliwości... i natchnieniem męstwa” (Iz 28, 6).
Bóg w miłości swej do ludzi zawierzył im swoją Prawdę, choć znaj słabość ich rozumu; Zawierzył Dobro swoje kruchej wolności ludzkiej, bo bez zawierzenia nie ma miłości. I człowiek przyjmuje przez wiarę Jego Prawdę nie dla racji rozumowych, ale z zawierzenia jak Ojcu i Matce, choć czasem zdaje mu się być absurdem; przyjmuje ufnie Jego przykazania jako ojcowskie, bez oglądania się na doraźną korzyść.
Wiara nasza, to jest wielkie zawierzenie Bogu, On nas nie może okłamać, ani nie chce w błąd wprowadzić. Dlatego Bogu zawierzamy całe nasze życie. On zna nasz los: i to, co było i to co będzie, bo to wszystko dla nas przygotował. Jego wszechmoc jest gwarantem możliwości wykonania tego, co dla nas przygotowało Jego miłosierdzie, podstawą ufności w spełnienie Boże. Czego i dlaczego miałbym się lękać? Wszak do Ciebie, Boże, należę. Dlaczego, jako wyraz mojej najgłębszej wiary, nadziei i miłości nie zawierzyłbym Ci całego mojego życia: myśli, pragnień, dążeń, uczuć i działań? Dlaczego Ty, Niezawodny Boże, nie miałbyś stać się ostoją mojego życia i działania? Tobie, Boże Wszechmogący, przez Jezusa Chrystusa wielokrotnie zawierzaliśmy i zawierzenie ponawiamy w naszej wierze całe życie, bo od Ciebie pochodzi i do Ciebie zmierza. Bo Ty stanowisz jego cel i sens. Bo stanowisz o jego prawdziwym bogactwie i szczęściu niezmąconym. Dlatego nazwałeś się naszym Ojcem, który troszczy się o nas, swoje dzieci, o wiele bardziej niż ojciec ziemski o swoje. Mówisz do człowieka, że „nosisz go na rękach, przytulasz do swego policzka, czuwasz nad jego nocą i dniem, jesteś skałą ratunku jego” (Ps 88). Każesz mu porównać siebie do ptaków niebieskich, które karmisz, choć nie sieją ani żną, i lilii polnych, które przyodziewasz; o ileż bardziej swe dzieci (Mt 6). Nawet gdy ziemski ojciec lub matka opuści dziecko swoje, Ty, Panie, przyhołubisz je jako najlepszy Ojciec (Ps 26). Ale czy może matka, ojciec zapomnieć o swoim dziecku? O ileż bardziej odnosi się to do Ciebie, Boże, Ojcze nasz.
Zawierzamy Ci, Panie, Boże nasz, całe nasze życie, bo jesteś naszym przyjacielem. „Już was nie nazywam sługa-mi... ale nazwałem was przyjaciółmi” (J 15).
Zawierzamy Ci, Panie Boże, nasze życie, bo jesteś naszym sprzymierzeńcem w walce o dobro. Zapewniasz nas „Oto nadchodzą dni, kiedy zawrę z domem Izraela i z domem judzkim nowe przymierze. Nie jak przymierze, które zawarłem z ich przodkami, kiedy ująłem ich za rękę, by wyprowadzić z ziemi egipskiej... Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu” (Jr 31). Z nami, jako wspólnotą dzieci Bożych też zawarłeś nowe przymierze! Nieustannie przypominasz nam, że nasze wzajemne zawierzenie sobie jest postawą do ciągłego doskonalenia, a nie posiada się go na zawsze. Rdza, jaką jest zazdrość, zawiść, podejrzenia, oskarżenia, połączona z brakiem przebaczenia i niechęcią do zapominania może prowadzić do zniechęcenia albo nienawiści, żądzy zemsty wobec domniemanego sprawcy naszych niepowodzeń, zniszczenia należnego nam szczęścia (Rochefoucauld).
Miłość, to przede wszystkim wielkie zawierzenie osoby-osobie. Dlatego Bóg wyrzucał zdradzającemu Go ludowi wybranemu, że „nie zawierzyli Mu, odrzucili Jego przymierze, szli za nicością i stali się niczym, naśladując ludy wokół siebie” (2 Krl 17, 14-15).
Całkowite zawierzenie współmałżonków sobie, dzieci rodzicom rozpoczyna budowanie wspólnoty osób w małżeństwie i rodzinie. Ufne zawierzenie sobie musi rozpoczynać budowanie wspólnoty osób w sąsiedztwie, w miejscu pracy, w środowisku odpoczynku. Ludzie są dobrzy, choć czynią wiele, albo wszystko, by trudno im było zawierzyć, zaufać. Ludzie są przeznaczeni do tego, aby dobroć, świętość i doskonałość osiągać i powoli, powoli osiągają, a Bóg w swej miłości nieogarnionej pomaga im w tym podejściu pod Górę.
Katechizm mówi: 'To przez zawiść diabła śmierć weszła na świat (Mdr 2, 24). Walczymy ze sobą nawzajem - pisze św. Jan Chryzostom - i to właśnie zazdrość [zawiść] podburza jednych przeciw drugim... Jeżeli wszyscy będą z taką zawziętością rozszarpywać Ciało Chrystusa, do czego dojdziemy? Osłabiamy Ciało Chrystusa... Głosimy, iż jesteśmy członkami tego samego organizmu, a pożeramy się nawzajem niczym dzikie zwierzęta (K 2538).
Zazdrość, zawiść utrudnia społeczną miłość między ludźmi, podobnie jak niesprawiedliwość, nadmierna nierówność w porządku gospodarczym. Zagrażają pokojowi społecznemu i rodzą wojny. Najbardziej staje się to widoczne w obrębie małej wspólnoty małżeńskiej i rodzinnej, niszcząc jakby po drodze osobowość zawistnika, zazdrośnika. Zabija miłość i cywilizację miłości.
„Miłość nie zazdrości... [nie zawiści]. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13, 4.7). Chociaż miłować nie oznacza być naiwnym.
Z myślą o miłości „Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”, łączymy pojęcie służby Bogu. Dziś chętniej mówimy o współpracy z Bogiem, podkreślając tym samym nasz twórczy wkład, jako osoby rozumnej i wolnej do dzieła Bożego.
Z myślami o miłości bliźniego jako życzliwości łączy się w sposób konieczny postawa służebna wobec osób danych nam do miłowania. Pisze o tej postawie św. Paweł Apostoł w liście do Galatów: „Miłością ożywieni służcie sobie nawzajem!” (Ga 5, 13). Bo taką postawę zajął wobec nas Chrystus. O takiej miłość Jego ku nam pisze pięknie tenże Paweł Apostoł w liście do Filipian: „On, istniejąc w postaci Bożej nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 6-8). Dlatego miłujący Chrystusa do Niego odnoszą słowa Izajasza Proroka o Słudze Jahwe: „Wzgardzony i odepchnięty od ludzi. Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przybity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest zdrowie nasze. Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich. Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich. Po udręce i sądzie został usunięty; a kto się przejmuje Jego losem? Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących; za grzechy mego ludu został zabity... chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy. Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem. Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez Niego” (Iz 53, 3-10).
Postawa sługi nie kojarzy nam się dobrze. Pamiętamy o tych, których bieda, bądź przemoc fizyczna zmusiły do świadczenia dobra innym, ale bez miłości; czasem wręcz z nienawiścią w sercu. Ale mamy też wiele zawodów, które nawet w nazwie mają zakodowaną służbę: służba zdrowia, kapłańska, wojenna, wychowawcza, gdzie służenie drugie-mu pojmujemy jako szczególnie szlachetne powołanie, a nie tylko zawód. Jest w tym pojęciu służenia ciągła gotowość dla drugich, wielkoduszność, niewymierność nagrody za tę służbę. Tak też rozumieć trzeba naszą postawę służby w życzliwej miłości bliźniego na wzór i podobieństwo miłości, którą Chrystusa nas umiłował i przyjął postawę sługi - nie tylko wobec Boga, ale i wszystkich nas.
„Twoje zaś oczy i serce pragną jedynie własnej korzyści, wywierania ucisku i gwałtu. Dlatego to mówi Pan: ... nie będę go opłakiwał” (Jr 22, 17-18).
Tę postawę, opisaną przez Biblię, która tu odnosi się do Boga, ale równie może być odniesione do każdego człowieka nazywamy egoizmem. I od razu chcemy powiedzieć, że ta postawa nie tylko nie sprzyja miłości, ale uniemożliwia ją, jest jej zaprzeczeniem. Jest bowiem zaprzeczeniem życzliwości.
Kogo nazywamy egoistą? Egoistą nazywamy człowieka, dla którego najwyższą wartością o którą warto zabiegać, walczyć, dla której warto pracować, jest on sam, jego osobista przyjemność i korzyść, później długo, długo jeszcze on sam, wreszcie na końcu też tylko on sam.
Egoistą jest człowiek, który dla osiągnięcia osobistych przyjemności czy korzyści gotów jest wyrządzić krzywdę innym, nawet najbliższym.
Egoistą jest człowiek, który na swoje potrzeby patrzy przez powiększające szkła, zaś na potrzeby innych przez szkła pomniejszające.
Egoistą jest człowiek, który ocenia świat, ludzi, zdarzenia nie według ich rzeczywistej wartości, ale według korzyści i przyjemności jakie może przez obcowanie z tymi ludźmi osiągnąć.
Egoistą jest człowiek, który przed każdym swym zaangażowaniem się w sprawy innych, przed każdą wy-świadczonym przez siebie dobrem pyta i skrupulatnie oblicza: „co mi to da?”, „co za pożytek mogę mieć z tego?” Cudza korzyść, radość, szczęście nie liczy się.
Egoistów wielu spotykamy w pracy, w sporcie, na drogach wypoczynku, choć ukrywają się pod tysiącznymi formami. Ukrywają, do czasu, swe kalectwo moralne. Nie dopuszczają do miłości. Zaistniałą - niszczą. Niszczą też człowieka-współpracownika, wychowanka, podwładnego. Kaleczą rodzinę, która jest owocem ich niedojrzałej miłości.
Egoizm to dramat duszy, charakteru. Chorą duszę można leczyć. Słaby charakter uszlachetnić. To też praca nad kształtowaniem miłości bliźniego.
„Miłość łaskawa jest... nie szuka poklasku, nie unosi się pychą... nie szuka swego” (1 Kor 13, 4-5).
„Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśli otrzymałeś, czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał?” (1 Kor. 4, 7) pyta św. Paweł wiernych w Koryncie. Inne tłumaczenie mówi o „nadymaniu się” wobec Boga. Na innym miejscu wskazuje na konsekwencje: „Choć Boga poznali nie oddali Mu czci jako Bogu, ani Mu dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce. Podając się za mądrych, stali się głupimi” (Rz 1, 21-22).
Unoszenie się pychą jest w odczuciu ludzi nie tylko etycznie naganne, ale szkodliwe społecznie, bo nie buduje i budować nie może wspólnoty osób. Wywyższanie się, przechwalanie się, pycha, duma uwłaczają godności osoby mających tworzyć wspólnotę małżeńską, rodzinną, sąsiedzką, pracowniczą, zabawową. Mamy tu na myśli jakieś nieuporządkowane pożądanie własnej wielkości, oraz ujawnianie jej. Jeśli to dokonuje się - a prawie zawsze tak jest - kosztem drugiej osoby, jest grzechem swoistego rodzaju zawłaszczenia. Jeśli dokonuje się tego wywyższenia kosztem godności osoby, którą mamy miłować i tworzyć komunię osób, jest grzechem przeciw miłości, jest pomniejszeniem, a nawet zniszczeniu wielkiego dobra społecznego - cywilizacji miłości. Nieporządek, o którym tu mowa zaczyna się od oceny siebie i najbliższych. Siebie zawsze „w górnych rejestrach”, bliskich raczej niższych. Za oceną idzie praktyczne oddawanie albo nie oddawanie: czci, honoru, godności. Za nimi idzie postępowanie praktyczne, zgodne z oceną. Wraca tu zasadniczy nasz obowiązek życia we wspólnocie zgodnie z prawdą. Ten nieporządek to przypisanie sobie i tylko sobie darów, otrzymanych od Boga, chociaż zostały przeznaczone dla większej całości. Tu jeszcze raz upomina św. Paweł Apostoł: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jak byś nie otrzymał” (1 Kor 4, 7)?
Ten nieporządek, to zazwyczaj chlubienie się ze szlachetnych przymiotów, których nie posiada, albo posiada w stadium śladowym, dlatego Jan Apostoł ironizuje wobec takiego samochwalcy: „Mówisz, ‘jestem bogaty’..., a nie wiesz, żeś nędzny, nieszczęsny i godzien litości: i biedny i ślepy i nagi” (Ap 3, 17).
Ten nieporządek bywa wywyższaniem siebie, przy gardzeniu drugim (wg Łk 18, 10n). Czyż taki człowiek może liczyć na doskonalenie i budowanie wspólnoty osób z najbliższymi? To działanie przeciw miłości, przeciw życzliwości, przeciw sprawiedliwości. Komunii osób nie można budować na kimś, ale z kimś.
Wśród pochodnych grzechu pychy wyróżnia św. Bernard dobrze, aż za dobrze znaną nam arogancję. Ona zdarza się nie tylko bogaczom, czy politykom, niestety..., ale i małżonkom wobec siebie, rodzicom wobec swoich dzieci i dzieciom, zwłaszcza "dopieszczonym" wobec rodziców oraz dziadków. Aż zbyt często zdarza się w zakładach pracy, i bywa boleśnie odczuwana, kiedy od aroganta nie można uciec, albo jest on naszym przełożonym. W urzędach, w których dają do poznania, jak wielki dzieli nas dystans. U człowieka, który uważa się za religijnego może przybierać postać swoistego fundamentalizmu: tylko on, zawsze i wszędzie ma rację, bo za nim stoi nieomylny Bóg. Kiedy kogoś dopada „megalomania acuta” - ostry stan zapalny, a nawet mitomania jako wielka choroba duszy, to zamiast wspólnoty miłości rodzi się sprzeciw, bunt, a nawet nienawiść. Paweł Apostoł, kiedy budował wspólnotę Koryntian w wierze Chrystusowej pisze do nich: „Nie przechwalamy się ponad miarę kosztem cudzych trudów. Mamy jednak nadzieję, że w miarę rosnącej w was wiary, my również wzrastać będziemy według naszej miary, niosąc Ewangelię poza wasze granice, a nie chlubiąc się tym, co już było dokonane przez innych. Ten, kto się chlubi, w Panu niech się chlubi. Nie ten jest bowiem wypróbowany, kto się sam przechwala, lecz ten, kogo uznaje Pan” (2 Kor 10, 15n).
Miłość nie może unosić się pychą, ale cudza pycha nie może nas usprawiedliwić z braku miłości ku pysznym, jak nie usprawiedliwia z braku miłości ku naszym nieprzyjaciołom.
Szukając tego, co nas łączy we wspólnoty osób wielokrotnie natykaliśmy się na grzechy i wady, które utrudniały, bądź uniemożliwiały miłowanie drugiego człowieka. Teraz czas na przyglądnięcie się głównym winowajcom.
Trzeba najpierw stwierdzić, że każdy grzech szkodzi zgodzie, porozumieniu, pojednaniu i jednoczeniu się ludzi między sobą. Jesteśmy bowiem naczyniami połączonymi. Każde dobro przez każdego z nas dokonane, staje się dobrem wspólnym i każdy grzech staje się pomniejszeniem tego wspólnego dobra. Każdy grzech ma wymiar społeczny i zanieczyszcza atmosferę moralną naszego życia w społeczeństwie, podobnie jak zanieczyszczanie atmosfery niszczy środowisko naturalne naszego życia biologicznego.
W piśmie świętym jest wiele wyliczeń grzechów. Wiele z nich na pierwszy rzut oka okazują się wrogami miłości jednoczącej ludzi: „Jest... rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie... nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, Królestwa Bożego nie odziedziczą” (Ga 5, 19-21). A my dodajmy: wspólnoty osób ludzkich nie zbudują. Podobnie pisze Autor listu do Rzymian o wydanych na pastwę rozumu: „Pełni są nieprawości wszelakiej nieprawości, przewrotności, chciwości, niegodziwości. Oddani zazdrości, zabójstwu, waśniom, podstępowi, złośliwości; potwarcy, oszczercy, nienawidzący Boga, zuchwali, pyszni, chełpliwi, w tym co złe - pomysłowi, rodzicom nieposłuszni, bezrozumni, niestali, bez serca, bez litości” (Rz 1, 28-31). Oni nie tylko pogrążeni są w śmierci duchowej, ale i wspólnoty osób nie mogą budować. Podobnie jak wymienieni przez Pawła Apostoła „mężczyźni współżyjący z sobą,, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6, 9-10), ani nie poznają smaku prawdziwej miłości ku ludziom. Zachęca Kolosan: „Odrzućcie to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, znieważania, haniebną mowę od ust waszych” (Kol 3, 5-8), bo nie tylko „nadchodzi gniew Boży, ale nie zaistnieje wśród was piękna miłość wzajemna. W liście do przyjaciela Tymoteusza upomina „postępujących bezprawnie, niesfornych, niegodziwych i światowców, handlarzy niewolnikami, kłamców...” (1 Tm 1, 9-10); którzy są „samolubni, chciwi, wyniośli, pyszni, niewdzięczni, niegodziwi, bez serca, bezlitośni... bez uczuć ludzkich,, nieprzychylni, zdrajcy, zuchwali, nadęci, miłujący bardziej rozkosz niż Boga [i ludzi]” (2 Tm 3, 2-5). Dopiero takie wymienienie za Pawłem Apostołem grzechów uzmysławia nam, że prawie każdy grzech nie tylko sprzeciwia się miłości Bożej, ale i miłości bliźniego. Jeśli nawet niektóre zdają się mniej znaczyć dla życia społecznego w miłości to - jak pisze św. Augustyn - Wiele drobnych rzeczy tworzy jedną wielką rzecz; wiele kropli wypełnia rzekę; wiele ziaren tworzy stos. Również negatywne odczucia naszych zachowań wyzbytych miłości sumują się. Poza tym, co dla jednego człowieka mało znaczy, dla drugiego wiele, albo bardzo wiele. Co dla człowiek dziś mało znaczy, kiedy indziej (np. w wielkim cierpieniu, w nieszczęściu) urasta do problemu.
Grzech jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią człowieka na miłość Boga, którą nam okazuje. Grzech nie jest jednak aktem wyizolowanym. Jest faktem społecznym. Jest niesprawiedliwością społeczną. Stanowi też społeczny dług do spłacenia. Podkreśla to mocna Ojciec Święty Jan Paweł II w encyklice O Bogu bogatym w miłosierdzie.
Czy można Boga nienawidzić? Jeśli ateista, wojujący bezbożnik uzna, że Bóg nie istnieje, to nienawiść do Niego jest absurdalna! Jeśli w uszy wojującego ateisty pozostanie tylko podejrzenie, że Bóg może istnieć to nienawiść do prawdopodobnie istniejącego Boga jest tym większym absurdem. Tylko że przejawy nienawiści do Boga są u niektórych tak przekonujące, że absurdem byłoby nie uwierzyć w istnienie autentycznej nienawiści do Boga. Co innego trzeba powiedzieć o nienawiści do ludzi.
'W Kazaniu na Górze Pan przypomina przykazanie: „Nie zabijaj!” (Mt 5, 21) i dodaje do niego zakaz gniewu, nienawiści i odwetu. Co więcej, Chrystus żąda od swojego ucznia nadstawiania drugiego policzka (por. Mt 5, 22-39), miłowania nieprzyjaciół (por. Mt 5, 44). On sam nie bronił się i kazał Piotrowi schować miecz do pochwy (por. Mt 26, 52)" (K 2362).
'Nasz Pan domaga się pokoju serca i piętnuje niemoralność zbrodniczego gniewu i nienawiści.
Gniew jest agresywną reakcją uczuciową przeciw domniemanemu sprawcy własnego niepowodzenie życiowego, cierpienia zadanego, zdrady, zawodu. Taki gniew może być skierowany zarówno ku Bogu, jak i ku ludziom. Jeśli trwa, może hamować miłość człowieka do Boga i do innych ludzi. Jeśli jest podsycany i skierowany ku szkodzeniu sprawie Bożej, czy bliźniemu jest pragnieniem odwetu. I choć wobec Boga jest to niepojęte, przecież możliwe. Jeśli gniew żądny odwet posuwa się do ciężkiego szkodzenia sprawie Bożej, czy bliźniemu, jak do zabójstwa lub ciężkiego zranienia bliźniego, stanowi poważne wykroczenie przeciw miłości Boga jako Stwórcy i ludzi; jest grzechem śmiertelnym. Pan mówi: „Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi” (Mt 5, 22) (por. K 2302). Gniewanie się na Boga jest trudnym przeżywaniem Bożej Prawdy, przykazania, obecności cierpienia w świecie, niekorzystnych zrządzeń Opatrzności Bożej i zazwyczaj powoduje zerwanie więzi duchowej z bogiem. Gniewanie się ludzi na siebie bywa nagminnym zjawiskiem w małżeństwie, w rodzinie, w sąsiedztwie, w zakładzie pracy. Zrywa kontakt i dialog międzyludzki, odwraca ludzi od siebie, nie pozwala współżyć przyjaźnie i współdziałać, a tym mniej ujawnić się gestom życzliwości. Trwanie w gniewie wobec Boga i ludzi nie rozwiązuje żadnego naszego życiowego problemu, niczemu ani nikomu nie służy. Szukanie odwetu jest cofaniem się do prymitywu życiowego.
Nienawiść, której się ulega jest przejawem zniewolenia człowieka. Jest złem społecznym, które człowiek mimowolnie pozostawia po swoim - zniewolonym niecnym uczuciem postępowaniu - wśród ludzi. Jeśli dotyczy Boga, to zło nienawiści dotyka tylko ludzi, a nie Boga. To zło jest toksyną, fermentem zakwaszającym nienawiścią całe środowisko ludzkie, jak skażone powietrze atmosferę. Całe środowisko oddycha tą nienawiścią, ulega degradacji jako wspólnota i komunia, zaczyna żyć nienawiścią na co dzień, tworzy ugrupowania sobie podobnych, walczą z ludźmi im nienawistnymi. I tak powstaje antysemityzm, antymurzyńskie lobby, antyreligijność, czy też antyliberalizm...anty...anty...
'Nienawiść zamierzona jest [szczególnie] przeciwna miłości. [Taka] nienawiść do bliźniego jest grzechem, gdyż człowiek dobrowolnie chce dla niego zła. [Taka] nienawiść jest grzechem ciężkim, gdy dobrowolnie życzy się bliźniemu poważnej szkody. „A Ja wam powiadam: Miłujcie wa-szych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie...” (Mt 5, 55-56) (por. K 2303). Taka nienawiść zamierzona niszczy tkankę społecznej więzi, niszczy drugie-go człowieka, niszczy samego nienawidzącego. Taka nienawiść, połączona ze współczesną techniką masowego niszczenia ludzi, była źródłem hitlerowskich obozów koncentracyjnych dla Żydów, Polaków, Cyganów; sowieckich gułagów dla przeciwników komunizmu; zbrodni wojennych Pol Pota w Kambodży, czy Karadżica w Jugosławii, czy plemion Tutsi i Hutu w Rwandzie. Taka nienawiść jest też szczególnym wrogiem pokoju, do którego człowiek ma niezbywalne prawo. Prowadzi do wojny i to szczególnie zaciętej, okrutnej i nawracającej dzięki sile napędzającej nienawiści. Ale 'pokój nie polega jedynie na braku wojny i nie ogranicza się do zapewnienia równowagi sił. Nie da się osiągnąć pokoju na ziemi bez obrony dóbr osoby ludzkiej, swobodnej wymiany myśli między ludźmi, poszanowania godności osób i narodów, wytrwałego dążenia do braterstwa. Jest on 'spokojem porządku'. Jest dziełem sprawiedliwości (por. Iz 32, 17) i owocem miłości' (K 2304).
Trzeba tu zwrócić na nienawiść szczególnego rodzaju, wobec anonimowego człowieka: poza rasą, poza religią, poza przekonaniami politycznymi, a jest nim - terroryzm. Jest to grożenie śmiercią, ranienie i zabijanie wszystkich bez różnicy. Nie można terroryzmu zrozumieć i wytłumaczyć inaczej, jak przez chorobę duszy, bądź nienawiść irracjonalną, bez jakichkolwiek motywów. Jest to znak czasów współczesnych. Terroryzm, który grozi, rani i zabija wszystkich bez różnicy, jest w głębokiej sprzeczności ze sprawiedliwością i miłością.
Przeciwstawienie się nienawiści jest zasadniczym wezwaniem Chrystusa pod naszym adresem, bo jest najostrzejszym przeciwstawieniem się Ewangelii: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35). Nienawidzącego chrześcijanina można by zapytać: czy kpi, czy o drogę pyta? Czy można sobie bodaj wyobrazić: Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie nienawidzili(?) tak, jak Ja was znienawidziłem(?): żebyście i wy tak się nienawidzili wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie nienawidzić(?). No cóż, warto czasem sprowadzić do absurdu naszą rzeczywistość!
Miłość do Boga w swym założeniu odnosi się do osoby Bożej, która godnością swą przekracza wszelką inną godność, sama zaś staje się fundamentem i wyznacznikiem godności osób ludzkich. Czy można mieć pogardę dla tak wielkiej godności, jaką nie tyle posiada Bóg, ile jest samą godnością. Znów człowiek ze swoją logiką staje wobec absurdu, bo rzeczywiście spotyka jej przejawy. Są tacy ludzie, którzy najwyższą religijną godnością Osoby Bożej pogardzają.
Miłość bliźniego ze względu na miłość do Boga można zrealizować jedynie przy poszanowaniu transcendentnej, przekraczającej ziemski porządek godności człowieka. Odnajdywanie godności osoby ludzkiej, obrona jej i rozwój są przedmiotem miłości bliźniego, bo i Chrystus tak nas miłował i tak nakazał nam miłować się nawzajem. „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemni miłowali tak, jak Ja was umiłowałem: żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się [tak] wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35). Z poszanowania godności osoby ludzkiej, która od Boga pochodzi i do Niego należy i znamię Jego godności nosi - wynika swoiste minimum miłości - poszanowanie jego niezbywalnych praw, które wypływają z tej godności, a nie są nieuzasadnionymi i fałszywymi roszczeniami.
Poszanowanie osoby ludzkiej w miłości bliźniego przejawia się w tym, że miłość nie działa wybiórczo ale działa według zasady: 'Poszczególni ludzie powinni uważać swojego bliźniego bez żadnego wyjątku za drugiego samego siebie... Żadne prawodawstwo nie jest w stanie samo przez się usunąć niepokojów, uprzedzeń oraz postaw egoizmu i pychy, stojących na przeszkodzie ustanowieniu prawdziwie braterskich społeczności. Postawy te przezwycięża jedynie miłość, która w każdym człowieku dostrzega bliźniego, brata' (K 1931).
Poszanowanie osoby ludzkiej w miłości bliźniego przejawia się w uznaniu jego godności dodatkowej, wynikającej z zalet i cnót nabytych przez osobisty wysiłek danej osoby ludzkiej. Jeśli tę dodatkową godność jest wynikiem współpracy z Bogiem, uznanie jej jest miłe Bogu.
Teraz czas na odpowiedź, co stanowi przeszkodę dla tak pojętej miłości, jako uznanie godności osoby ludzkiej? Zacznijmy od uznania jego walorów dodatkowych, których brak u bliźniego dostrzegamy i które nas od niego odrzucają. Zewnętrzna postać, która może budzić wstręt, jako spontaniczną reakcję naszego „ja” na jego widok. Wielkie kalectwo, które budzi spontaniczną odrazę (ofiara katastrofy). Sposób zachowania się, które budzi obrzydzenie. Przekonania, które nie budzą szacunku, ale chęć potępienia. Niemoralne postępowanie, które nas do bliźniego uprzedza. Niepoważny styl życia, który budzi lekceważenie. Wszystkie te odczucia są odmową uznania godności ludzkiej dodatkowej. Odczucia nie są ani dobre, ani złe: mogą dopiero stać się złe i szkodliwe, jeśli utrudniają, bądź uniemożliwiają ujawnienie się miłości; jeśli stają się stałą postawą odniesienia do bliźnich; jeśli na podstawie jednej cechy, czy jednego braku osądzamy całość osoby, czasem nawet całego jej życia; jeśli nie pamiętamy o zasadniczej, niezbywalnej godności osoby ludzkiej, którą każdy jednakową otrzymał od Boga.
Grzechem przeciw miłości, pojętej jako uznanie godności osoby ludzkiej jest pogarda. Jest ona odmową okazania szacunku dla zasadniczej godności osoby ludzkiej, postawą wyższości (a nie tylko poczuciem wyższości), lekceważeniem ze względu na małą wartość moralną drugiego człowieka (najpierw osądzonego przez siebie), często oparte na urojeniach, bądź uprzedzeniach rasowych, narodowych, etycznych, religijnych, politycznych. W ślad za pogardą dla człowiek idzie bagatelizowanie go, pomiatanie nim, jako obywatelem trzeciej lub piątej kategorii, nieposzanowanie jego podstawowych praw ludzkich, niewyrozumiałość dla niego, nietolerancyjność dla jego odmienności, nieprzychylność dla jego poczynań, nieżyczliwość wobec jego dążenia do szczęścia.
Pogarda jako postawa świadomie przyjęta jest grzechem przeciw miłości Boga i ludzi. Boga, bo zasadnicza godność osoby ludzkiej pochodzi od Boga-Stworzyciela świata i ludzi. Boga, bo szczególna godność osoby ludzkiej wynika z Odkupienia, jakiego Syn Boży Jezus Chrystus w Duchu Świętym dokonał na krzyżu. Autentyczna pogarda jest jednak często skrywana ze względu na poprawność polityczną, (political corectness) towarzyską, snobizm na bycie humanistą, czy interesowność. Jest skrywana w słowach, w gestach, w śmiechu i drwinie, w niedostrzeganiu, w pomijaniu, oraz w najboleśniej odczuwanej przez bliźnich odmowie współżycia i współpracy. Człowiek z postawą pogardy wobec bliźnich nie tworzy wspólnoty osób w miłości, choć żyje w „elitarnych klubach”, w „ekskluzywnych klikach”, w swoistych „sitwach”. Tylko co to ma wspólnego z miłością?
Pogarda wobec ludzi rodzi zaprzaństwo i zdradę: małżeńską, narodową, polityczną, religijną. Pogarda rodzi donos na drogiego człowieka, aby mu zaszkodzić, a nawet zniszczyć. Pogarda rodzi manipulację opinią publiczną, zwłaszcza przez niektórych dziennikarzy czyniąc z niej narzędzie nagonki na bliźniego, „zaplutego karła reakcji”. Pogarda zezwoliła niektórym sędziom komunistycznym na stanie się „mordercami w togach”. Pogarda rodzi szczucie na drogiego człowieka, aż do eksterminacji (Ks. Jerzego Popiełuszki).
Pogarda stała się plagą naszych czasów i wyzwaniem dla chrześcijańskiej cywilizacji miłości. Papieże naszych czasów, zwłaszcza Ojciec Święty Jan Paweł II w swym nauczaniu Dobrej Nowiny o powszechnej miłości bronią godności ludzi i narodów, uważając to za swe szczególne posłannictwo.
Znieczulica jako przeciwstawienie się miłości Boga nosi charakter laicyzacji, sekularyzacja. Pisze o niej Ojciec Święty Jan Paweł II, wskazując na pewne tendencje charakterystyczne dla współczesnego społeczeństwa: 'Jakże nie wspomnieć o uporczywym rozszerzaniu się zobojętnienia religijnego, i ateizmu w jego rozmaitych formach, a zwłaszcza w formie najbardziej dziś może rozpowszechnionej, jaką jest sekularyzm? Człowiek odurzony wspaniałością cudownych zdobyczy nieustannego rozwoju naukowo-technicznego, a przede wszystkim zafascynowany najdawniejszą, ale wciąż nową pokusą zrównania się z Bogiem (por. Rdz 3, 5) poprzez używanie wolności bez granic podcina istniejące w jego sercu korzenie religijności: zapomina o Bogu, utrzymuje, że nie ma On dla jego życia żadnego znaczenia, odrzuca Go, czyniąc przedmiotem swego uwielbienia najróżniejsze „bożki” (Jan Paweł II: ChL 4).
Co należy rozumieć, jako zjawisko społeczne nazwane sekularyzacją? Jest to najpierw zanik u ludzi potrzeby Boga, jako Stworzyciela świata i ludzi. Człowiek współczesny niechętnie zadaje własnemu umysłowi pytanie o przyczyny ostateczne. Niechętnie pyta o sens istnienia, nawet siebie samego, jako niepowtarzalnego bytu. Wystarcza mu samo istnienie i używanie przyjemności istnienia. Ceni sobie niezależność do Boga, jako Stworzyciela, dla-tego, często w sposób dla siebie niezauważalny odchodzi od poczucia przynależności do Boga, oddawania Mu czci, służenia Mu. I tak wygasa miłość ku Bogu.
Sekularyzacja jest u ludzi wychowanych w tradycji chrześcijańskiej zanikiem potrzeby Boga, jako Objawiciela jedynej, niezawodnej Prawdy. Wystarcza mu do własnego życia prawda książek, gazety, telewizora, filmu, radia, czyli półprawd, pozory prawd, bez konfrontacji z nieomylną Prawdą Biblii i Tradycji chrześcijańskiej. Odcina się od źródła zawierzenia Prawdzie Bożej, a więc od wiary i nadziei religijnej, chrześcijańskiej, Boga nie pyta o zamysł wobec siebie, ani o zdanie o swoim postępowaniu. Pozostaje przy łatwej prawdzie i wygodnym dobru, o których on sam decyduje, że są prawdą i dobrem dla niego. Bez nakazów i zakazów, które zdają się mu coraz bardziej "obce" i nieznośne. I tak wygasa miłość ku Bogu odsłaniającemu się wobec człowieka.
Sekularyzacja jest też potrzeby Boga jako Odkupiciela od grzechów. Od niektórych grzechów sprawiających przyjemność nie chce uwolnienia; od tych, które zależą od jego wyboru - sam się uwolni; od zniewoleń społecznych uwolni go postęp społeczno-gospodarczy, polityczne działania. Coraz bardziej obcymi stają się dla niego poczucie grzechu i winy, oraz tęsknota za uwolnieniem od grzechu przez Boga. Coraz słabiej mówi do niego sumienie, jako głos Boga. Coraz rzadziej jedna się z ludźmi i z sobą przed Bogiem, jak i z samym Bogiem, któremu nie czuje się nic winien, ani czegokolwiek oczekuje. I tak wygasa miłość ku Bogu jedynemu Odkupicielowi świata.
Sekularyzacja jest zanikiem potrzeby Boga jako Zbawiciela, który po życiu godziwym obdarza człowieka szczęściem wiecznym. Wystarcza mu małe, ziemskie, łatwo osiągalne szczęście, choć i wiecznym nie pogardzi, jeśli dojście do niego nie będzie zbyt kosztowne. Wielki format nadziei o szczęściu wiecznym, zamienia na mały format, ale dostępny tu i teraz, małym wysiłkiem i ofiarą. Na co dzień żyje nadzieją małego szczęścia doczesnego; w niebezpieczeństwie utraty życia przypomina sobie o nadziei na wieczne. I tak wygasa miłość ku Bogu jedynemu Zbawicielowi świata.
Wreszcie sekularyzacją określamy zanik potrzeby Boga jako fundamentu etyki i prawa. To już jest tylko konsekwencja poprzednich objawów. Tu też ujawnia się zafascynowanie „najdawniejszą, ale wciąż nową pokusą zrównania się z Bogiem”, o którym pisał Ojciec Święty. Pokusa absolutnej suwerenności: bycia dla siebie Prawodawcą. Stąd tak wielki rozbrat u wielu między zachowaniem pozorów pobożności, a moralną niewiernością przykazaniom Bożym. I tak wygasa miłość ku Bogu, któremu warto i trzeba zawierzyć całe życie bez reszty a tym bardziej „całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”.
'Obowiązek traktowania drugiego człowieka jako bliźniego i czynnego służenia mu jest szczególnie naglący wtedy, gdy będąc pozbawiony czegoś, znajduje się on w potrzebie. „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40)' (K 1932). Stąd wielokrotnie wskazywaliśmy na miłość miłosierną, która dostrzega drugiego człowieka w całej jego kondycji, wobec której okazuje się bezradny i bezsilny: w biedzie, w chorobie i kalectwie, w sieroctwie i niedołężnej starości, w bezdomności i bezrobociu, w wykolejeniu i zniewoleniu, w śmierci. Wobec nich okazuje czułość, jak wobec samego Jezusa Chrystusa i staje się z nimi solidarny w przezwyciężaniu biedy, choroby, cierpienia, wszelkiego niedostatku. Okazuje im miłość nie słowem, ale czynem.
Grzechem przeciw tak pojętej miłości bliźniego jest znieczulica, która znów stała się znakiem naszych czasów. Ludzi współczesnych nie czują bólu cudzego, jako swój ból; nie czują cudzego, nawet wielkiego cierpienia, jako swoje cierpienie; nie czują głodu cudzego, jako swój głód; cudzego kalectwa, jako swoje kalectwo... Co prawda przez społeczne środki przekazu informacji jest obecny w wielu ludzkich nieszczęściach i cierpieniach, które ogląda w telewizorze, w internecie, o których czyta w gazetach, ale tuż po nich ogląda rozkrzyczaną piosenkarkę, albo czyta doniesienia o kursach walutowych czy giełdowych, jakby na jednej płaszczyźnie, jakby miały jednakowe znaczenie. Uodparnia się na cudzy ból, cierpienie, jakikolwiek niedostatek. Ani go ziębi, ani go grzeje. Kiedy w swej codzienności spotka człowieka, którego potrzeby życiowe wołają o miłość miłosierną, to patrzą jak na dobrze znane obrazki z telewizora, które go ni ziębią, ani grzeją. Nie budzi się do solidarności z nimi. Nie budzi się ich serce do czynnej miłości, pozostaje przy współczuciu, przy taniej litości. Również różnorodność instytucjonalnych form pomocy pomaga mu uwolnić się od poczucia odpowiedzialności za nich.
Znieczulica jest zjawiskiem psychospołecznym. Staje się grzechem przeciw miłości bliźniego, kiedy staje się wybranym programem życia. „Nie chcę się angażować w cudze trudne sprawy - mam dość własnych”. „Mam tylko jedno życie - chcę go mieć dla siebie, a nie dla przypadkowych ludzi, choćby i w potrzebie”. „Najpierw sobie, potem sobie, jeszcze sobie, wreszcie sobie, i później już - tylko sobie”. Tę postawę nazywamy egoizmem. Egoista nie jest zdolny do budowania wspólnoty osób, bo do wspólnoty potrzeba przynajmniej dwóch równorzędnych partnerów miłości, a nie samolubów.
Miłość jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią człowieka na inicjatywę Boga, który okazuje nam miłość. Miłość nie jest jednak aktem wyizolowanym. Nikt nie może miłować sam, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie dał miłości samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia. Wierzący otrzymał miłość od innych, dlatego powinien ją przekazywać innym. Nasza miłość do Jezusa i ludzi skłania nas do mówienia innym o naszej miłości w Jezusie Chrystusie. Każdy miłujący jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu miłujących. Nie mogę miłować, jeśli nie będzie mnie prowadziła miłość innych, a przez moją miłość przyczyniam się do powodzenia miłości innych.
Boga nie można dyskryminować, bo niby jak? Ale można dyskryminować ludzi z Nim związanych węzłem miłości; sprawy Boże, którym odmawia się prawa do zaistnienia
'Wszyscy ludzie, stworzeni na obraz Jedynego Boga, obdarzeni taką samą rozumną duszą, mają tę samą naturę i to samo pochodzenie. Wszyscy, odkupieni przez ofiarę Chrystusa, są wezwani do uczestniczenia w tym samym Boskim szczęściu; wszyscy więc cieszą się równą godnością' (K 1934). Zasługują na taką samą miłość. Dlatego 'Człowiek, przychodząc na świat, nie posiada tego wszystkiego, co jest konieczne do rozwoju życia cielesnego i duchowego. Potrzebuje innych. Pojawiają się różnice związane z wiekiem, możliwościami fizycznymi, zdolnościami umysłowymi lub moralnymi, wymianą, z której każdy mógł korzystać, oraz z podziałem bogactw. „Talenty” nie zostały równo rozdzielone. Różnice te są związane z planem Boga, który chce, by każdy otrzymywał od drugiego to, czego potrzebuje, i by ci, którzy posiadają poszczególne „talenty”, udzielali dobrodziejstw tym, którzy ich potrzebują. Różnice zachęcają i często zobowiązują osoby do wielkoduszności, życzliwości i dzielenia się; pobudzają kultury do wzajemnego ubogacania się. Św. Katarzyna ze Sieny tłumaczy tę różnorodność: ażeby ludzie mieli możliwość świadczyć sobie miłość...
'Istnieją także krzywdzące nierówności, które godzą w miliony mężczyzn i kobiet. Pozostają one w wyraźnej sprzeczności z Ewangelią. Równa godność osób wymaga, by zostały wprowadzone bardziej ludzkie i sprawiedliwe warunki życia. Albowiem zbytnie nierówności gospodarcze i społeczne wśród członków czy ludów jednej rodziny ludzkiej wywołują zgorszenie i sprzeciwiają się sprawiedliwości społecznej, równości, godności osoby ludzkiej oraz pokojowi społecznemu i międzynarodowemu' (K 1934-38). Ale i tu okazuje się, że sama sprawiedliwość nie wystarcza dla przezwyciężenia krzywdzących nierówności, choć jest nieodzowna: potrzebna jest miłość społeczna ludzi, którzy budując na miłości wspólnoty osób, tworzą cywilizację miłości, a nie krzywdy.
I tu dochodzimy do grzechu przeciwko tak pojętej miłości: 'należy... przezwyciężać... wszelką formę dyskryminacji odnośnie do podstawowych praw osoby ludzkiej, czy to... ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pozycję społeczną, język lub religię, ponieważ sprzeciwia się ona zamysłowi Bożemu' (K 1935). Taka dyskryminacja jawi się w nie-partnerskim małżeństwie, w źle pojętej patriarchalnej rodzinie, w zakładach pracy. Ludzie tworzą grupy obrony równouprawnienia kobiet; obrony dzieci wykorzystywanych przez dorosłych; pracowników, przez pracodawców lub szefów firm; emigrantów przez bogatych „gospodarzy” do najgorszych i najmniej płatnych prac... Samym prawodawstwem, choćby najlepszym nie przezwyciężymy zakorzenionej dyskryminacji, wrosłej w tradycje środowiskowe. Tylko przez apostolat miłości i tworzenie cywilizacji miłości, możemy przezwyciężyć przeklęty krąg dyskryminacji.
Miłość jest aktem osobowym, wolną odpowiedzią człowieka na inicjatywę Boga, który okazuje nam miłość. Miłość nie jest jednak aktem wyizolowanym. Nikt nie może miłować sam, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie dał miłości samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia. Wierzący otrzymał miłość od innych, dlatego powinien ją przekazywać innym. Nasza miłość do Jezusa i ludzi skłania nas do mówienia innym o naszej miłości w Jezusie Chrystusie. Każdy miłujący jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu miłujących. Nie mogę miłować, jeśli nie będzie mnie prowadziła miłość innych, a przez moją miłość przyczyniam się do powodzenia miłości innych.
W głęboko podzielonym świecie toczy się walka pomiędzy ludźmi, grupami ludzi, społeczeństwami, narodami: wielorako biednych z bogatymi, którzy się ich biedzie bogacą; opóźnionych w rozwoju ekonomicznym, społecznym, kulturowym z ludźmi z zaawansowanymi, którzy na ich zacofaniu żerują, spychając ich w trzeci, czwarty świat; głodnych z opływającymi we wszystko, którzy mają na wszystko, bo oni głodują; bezdomnych, z mieszkającymi w pałacach; bezrobotnych z właścicielami koncernów, zwłaszcza monopolistycznych; wyzyskiwanych z wyzyskiwaczami; pracowników najemnych z posiadaczami. Walka staje się dla wielu zasadą zdobywania własnego postępu, a więc i zasadą własnego życia, oraz życia społecznego. Walka o słuszne prawa przemienia się zwykle w walkę z człowiekiem, z ludźmi. I tak kończy się sen o budowaniu wspólnoty w miłości.
'Społeczność jest nieodzowna do urzeczywistniania powołania ludzkiego. Aby ten cel został osiągnięty, powinna być szanowana właściwa hierarchia wartości, która [najpierw] wymiary materialne i instynktowne podporządkowuje wewnętrznym i duchowym. Ojciec Święty Jan Paweł II pisał w swej encyklice (Centesimus Annus 36): Społeczność ludzka... jest przede wszystkim wartością duchową. Dzięki niej ludzie, współdziałając ze światłem prawdy, przekazują sobie wzajemnie swoją wiedzę, mogą bronić swoich praw i wypełniać obowiązki, otrzymują zachętę do starania się o dobra duchowe, słusznie cieszą się wspólnie z każdej rzeczy pięknej bez względu na jej rodzaj, zawsze pragną przekazywać innym to, co jest w nich najlepsze, starają się usilnie przyswajać sobie duchowe wartości posiadane przez innych. Wartości te oddziałują pobudzająco i kierowniczo zarazem na wszelkie sprawy dotyczące nauki, życia ekonomicznego, instytucji społecznych, rozwoju i ustroju państwa, prawodawstwa oraz innych elementów składowych i rozwojowych doczesnej wspólnoty ludzkiej'.
'Zamiana środków i celów, która prowadzi do nadania wartości celu ostatecznego temu, co jest jedynie środkiem do jego osiągnięcia, lub do traktowania osób jako zwykłych środków ze względu na jakiś cel, rodzi niesprawiedliwe struktury, które utrudniają albo praktycznie uniemożliwiają prowadzenie życia chrześcijańskiego, zgodnego z przykazaniami Boskiego Prawodawcy'.
'Trzeba więc odwoływać się do duchowych i moralnych zdolności osoby oraz do stałego wymagania jej wewnętrznego nawrócenia, by doprowadzić do zmian społecznych, które rzeczywiście służyłyby osobie. Pierwszeństwo przyznane nawróceniu serca w żaden sposób nie eliminuje, lecz, przeciwnie, nakłada obowiązek uzdrawiania instytucji i warunków życia - jeśli skłaniają do grzechu - w taki sposób, by były zgodne z normami sprawiedliwości i sprzyjały dobru, a nie stawały mu na przeszkodzie'.
'Bez pomocy łaski ludzie nie mogliby 'dostrzegać wąskiej nieraz ścieżki między małodusznością, która ulega złu, a przemocą, która chce je zwalczać, a w rzeczywistości je pomnaża'. Jest to droga miłości - miłości Boga i bliźniego. Miłość stanowi największe przykazanie społeczne. Szanuje drugiego i jego prawa. Wymaga praktykowania sprawiedliwości, do czego tylko ona nas uzdalnia. Jest natchnieniem dla życia będącego darem z siebie: „Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je”' (Łk 17, 33), (K 1886-1889).
Chrześcijanin stawia zasadę solidarności w drodze ku postępowi, który może być tylko wspólny.
'Zasada solidarności, nazywana także 'przyjaźnią' lub 'miłością społeczną', jest bezpośrednim wymaganiem braterstwa ludzkiego i chrześcijańskiego. Ojciec Święty Jan Paweł II pisze: 'Pierwszy błąd, przynoszący dziś wielkie i powszechne szkody, polega na zapomnieniu o istnieniu węz-łów wzajemnej solidarności i miłości między ludźmi, na które jako na konieczność wskazuje wspólne pochodzenie wszystkich i równość duchowej natury takiej samej u wszystkich, niezależnie od przynależności narodowej, a które są nakazane faktem ofiary złożonej na ołtarzu krzyża Ojcu przedwiecznemu przez Chrystusa Pana, dla odkupienia skażonej grzechem ludzkości' (Centesimus annus 10).
'Solidarność przejawia się przede wszystkim w podziale dóbr i w wynagrodzeniu za pracę. Zakłada ona również wysiłek na rzecz bardziej sprawiedliwego porządku społecznego, w którym napięcia będą mogły być łatwiej likwidowane i gdzie łatwiej będzie można znaleźć rozwiązanie konfliktów na drodze negocjacji'
'Problemy społeczno-gospodarcze mogą być rozwiązywane jedynie za pomocą różnych form solidarności: solidarności biednych, solidarności między bogatymi i biednymi, solidarności pracujących, solidarności między pracodawcami a pracownikami w przedsiębiorstwie, solidarności między narodami a ludami. Solidarność międzynarodowa jest wymaganiem natury moralnej. Od niej jest w pewnym stopniu uzależniony pokój na świecie'.
'Cnota solidarności wykracza poza dobra materialne. Kościół szerząc duchowe dobra wiary, sprzyjał ponadto rozwojowi dóbr ziemskich, otwierając często przed nim nowe drogi. Tak właśnie potwierdzały się na przestrzeni wieków słowa Pana: „Starajcie się naprzód o Królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” (Mt 6, 33). Ojciec św. Pius XII mówił: ‘Od dwóch tysięcy lat... żyje i... trwa w duszy Kościoła (to) poczucie... z którego czerpały i czerpią dusze zachętę, aż do pełnego miłości heroizmu mnichów-rolników, wybawicieli niewolników, uzdrowicieli chorych, apostołów wiary, cywilizacji, kultury we wszystkich epokach i wśród wszystkich ludów, by w ten sposób stworzyć warunki społeczne, które jedynie zdolne są umożliwić wszystkim i ułatwić życie godne człowieka i chrześcijanina’ (K 1939-1942).
Kościół, to znaczy my wszyscy własnym postępowaniem tworzymy cywilizację solidarności i miłości, przeciw cywilizacji walki, w której przemoc pod wieloraką postacią staje się zasadą życia społecznego. Tego nie można osiągnąć kierując się - nawet doskonałym - prawem sprawiedliwości, choć od niego trzeba zaczynać.
Tu trzeba powiedzieć, że solidarność i miłość są głównymi czynnikami wspólnoty społecznej nazywanej ojczyzną. Jakkolwiek łączy ludzi ziemia na której mieszkają, język poprzez który porozumiewają się, dorobek kulturowy, wspólna historia, to zasadniczym spoiwem winna być miłość.
Solidarność i miłość liczą się coraz bardziej w wymiarze międzynarodowym gdzie nierówność bogactw i środków gospodarczych jest tak duża, że powoduje między narodami prawdziwy 'przedział'. Konieczna jest solidarność między narodami, których polityka jest już wzajemnie zależna. A tam gdzie nie wystarczy polityka tam musi pojawić się miłość. Jest ona jeszcze bardziej nieodzowna, by powstrzymać 'wynaturzone mechanizmy', które stoją na przeszkodzie rozwojowi krajów słabiej rozwiniętych. Systemy finansowe, prowadzące do nadużyć i lichwiarstwa, krzywdzące stosunki handlowe między narodami czy też wyścig zbrojeń należy zastąpić wspólnym wysiłkiem w kierunku podjęcia działań mających na celu rozwój moralny, kulturalny i gospodarczy, 'przy jednoczesnej rewizji skali wartości i priorytetów'.
Na narodach bogatych spoczywa poważna odpowiedzialność moralna za te narody, które nie mogą same zapewnić sobie środków swego rozwoju lub którym prze-szkodziły w tym tragiczne wydarzenia historyczne. Jest to obowiązek solidarności i miłości; jest to również zobowiązanie sprawiedliwości, jeśli dobrobyt narodów bogatych pochodzi z zasobów, za które nie zapłacono sprawiedliwie.
Spotęgowanie wrażliwości na Boga i poznanie siebie znajduje się u podstaw wszelkiego pełnego rozwoju społeczności ludzkiej. Pomnaża on dobra materialne i oddaje je na służbę osobie i jej wolności. Zmniejsza nędzę i wyzysk ekonomiczny. Zwiększa poszanowanie tożsamości kulturowej i otwarcie się na transcendencję (por. K 2438-2441).
JEZU, WYZNAJĘ CI MIŁOŚĆ I ZAWIERZAM CI BLIŹNICH
„To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem” (J 15, 12), i rzeczywiście; gdzie my jesteśmy i Ty tam jesteś, w każdej chwili dajesz się znaleźć szukającym Cię szczerze, wszystkich wysłuchujesz nawet w niepozornych sprawach, które uznajesz za swoje, nie wzdragasz się przed jakimkolwiek wymiarem poświęcenia dla nas i okazujesz swą życzliwość dla nas aż do śmierci i to śmierci na krzyżu, wyznaję Ci miłość nieobłudną. Zawierzam Ci siebie samego. „Obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie. Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20). Ale za Apostołem Pawłem chciałbym w dniach rozłąki ze światem powiedzieć: Miłując bliźnich, jak braci, „w dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec” (2 Tm 7, 7-8). W drodze do Ciebie, Tobie siebie zawierzam przez Twoją umiłowaną Matkę. Niech jako Twoi wybrańcy - święci i umiłowani - oblekamy się w dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, miłość, która jest więzią doskonałości (Kol 3, 12n), prosimy Cię, daj nam łaskę wytrwania w synostwie z Tobą i braterstwie z ludźmi aż do śmierci. Amen.
Synu Boży, który u zarania swego ziemskiego życia spotkałeś się z niezrozumiałą decyzją: Król Herod będzie szukał dziecięcia, aby Je zgładzić (Mt 2, 14) i przez Matkę swoją zostałeś uratowany, wyznajemy Ci miłość naszą. Sta-jemy przed Tobą - Dawco życia - razem z dziećmi nienarodzonymi, którym matka, ojciec odmówili miłości i prawa do życia, których zabito, zanim mogli w swej obronie krzyczeć, zanim mogli prosić o darowanie im życia po raz wtóry. A ludzie skazujący ich na śmierć, bronią skazańców przed karą śmierci, bronią beznadziejnie chorych przed eutanazją, bronią zwierząt przed okrucieństwem ich śmierci, tylko własnych dzieci, niewinnych i zdrowych, a tylko całkowicie bezbronnych nie chcą uznać za godnych obrony. Stajemy z dziećmi przez rodziców odrzuconymi, sierotami społecznymi, które mają ojca, matkę, a nie mają do kogo powiedzieć tatusiu, mamusiu. Jedzą gorzki chleb odrzucenia ich, żyjąc w sierocińcach, od samego początku skazani na życiowy margines. Zawierzamy ich los Tobie, Miłośniku życia, i Twojej Matce, która jest dla nich mamusią. Zawierzamy wszystkich ludzi dobrej woli, którzy ich bronią i wychowują. Chcemy być z nimi, wspierać ich troskę o życie ludzkie, bo Ciebie bardzo kochamy. Amen.
Wyznaję miłość ku Tobie, boś władcą nieba i ziemi, a z miłości ku nam stałeś się biednym; od ubogiego żłóbka betlejemskiego, po jedyną szatę utkaną przez Matkę, którą z Ciebie zdarto przed ukrzyżowaniem. Razem ze wszystkimi, którzy popadli w ubóstwo; z obdartymi z dóbr materialnych i duchowych przez złych ludzi; z wygłodniałymi aż do wielkiego wycieńczenia; z nękanymi różnymi niedostatkami, które czynią ich w oczach niektórych mniej godnymi, a sami czują się nieszczęśliwymi i spychanymi na margines życia społecznego; z odrzuconymi przez ludzi dostatku; zaniedbanymi przez służby społeczne czy własne rodziny; z ciągle upokarzanymi ostentacyjną jałmużną - zwracamy się do Ciebie, i zawierzamy ich niepozorne osoby, oraz ich dręcząca biedę Tobie, i Twojej równie biednej Matce. Wzbudź w ludziach miłość, by stawali się Twoją Opatrznością dla biednych. Przez nich niech Twa „mądrość biednemu podniesie głowę i posadzi go między najgodniejszymi (Syr 11, 1), bądź [przez nich] dla biednego łaskawy i nie daj mu dłűgo czekać na pomoc (Syr 28, 10), bo Ciebie i Twoją Matkę o to prosimy.
Jezu, jakże Cię nie miłować, pamiętając Twoje leczące pochylenie nad sparaliżowanymi, których Ci przedłożono? Równocześnie stajemy dziś przed Tobą z tymi, których nam dałeś do miłowania: z wszystkimi ludźmi kalekimi, szczególnie dziećmi: umysłowo niedorozwiniętymi, wielorako ułomnymi, niepełnosprawnymi, chromymi, nie władającymi rękami, z ludźmi na wózkach inwalidzkich, z niewidomymi, niemymi, głuchoniemymi, ze przewlekle schorzałymi, z nieustannie chorobliwymi, rozgorączkowanymi, zwłaszcza z tymi, którym nie ma kto pomóc i na Ciebie, Panie, przede wszystkim liczą. Czują się "dziećmi gorszego Boga". Ogarnia ich niechęć do okaleczonego życia, poczucie mniejszej wartości, poczucie bezsensu takiego istnienia. Czują się izolowani od społeczeństwa, zostawieni sami sobie. Tobie „okaleczonemu" w czasie zbawczej Męki ich zawierzamy i Twojej Matce. Pobudź serca Ciebie miłujących do przyjacielskiej troski o nich, aby się poczuli dziećmi miłującego Boga, i w cieple naszej miłości otwarli własne serca dla Ciebie.
Zapatrzeni w Twą miłość miłosierną do chorych, którym przywracałeś zdrowie wyrażamy Ci wdzięczną miłość naszą, jest ona i naszą nadzieją w chorobie. Solidaryzujemy się z Twoją „śmiertelną chorobą” tak dla nas zbawienna - ukrzyżowaniem i tym wyrażamy Ci naszą wielką miłość. Stajemy przed Tobą, Panie, z ludźmi, którzy z trudem dźwigają swój krzyż chorób, codziennych udręk, cierpień, pełni są niepokojów duchowych i psychicznych, głośno ubolewają nad sobą w opuszczeniu domowym czy szpitalnym, skarżą się nadaremnie, załamują się. Nie znajdują pomocy od ludzi i mają żal do nich. Mają żal nawet do Ojca niebieskiego, że ich opuścił, i jak Ty sam ze swego krzyża pytają: Eli, Eli, lamma sabahtani? Upadają pod ciężarem swego krzyża choroby i cierpienia i sami podnieść się nie mogą. Zawierzamy ich Tobie, Twej uzdrawiającej mocy i Twojej Matce, z Jej pocieszeniem. Niech w swej drodze krzyżowej choroby spotkają ludzi, jak Ty spotkałeś Weronikę, aby otarła im twarze i udzieliła pomocy, oraz Uzdrowienie chorych - Maryję. Zawierzamy też Tobie tych, którzy z miłości ku Tobie, okażą miłość ofiarną wobec chorych. przy których i Ciebie mogą spotkać nieomylnie. Modlimy się do Ciebie za chorych, wszak obiecałeś: że „modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Ty go podźwigniesz” (Jk 5, 15), uczyń to dziś wobec tych, których Tobie i Twej Matce zawierzamy.
Miłujemy Cię, bo mogąc wybrać inny sposób naszego odkupienia od grzechów, wybrałeś cierpienie. Wszystkie swe życiowe cierpienia złączyłeś z cierpieniem największym, z krzyżem, by okazać solidarność z wszystkimi ludźmi na różne sposoby cierpiącymi i nieść im skuteczną pomoc.
Dziś łączymy się przed Tobą ze wszystkimi cierpiącymi, z zadrą w duszy, z cierniem w sercu, z napełnionymi żałością wszelką, z nasyconymi przykrością, z dopadniętymi przez wielką boleść, z owładniętymi smutkiem i zgnębieniem, a nawet ranionymi rozpaczą. Nie znajdują dobrego wyjścia ze swego cierpienia. Nie mogą rozumieć sensu swego cierpienia ani celu. Mają czasem żal do Ciebie, Panie. Dlatego w ich cierpieniu Tobie ich zawierzamy i Twojej Matce Bolesnej.
Zawierzamy Ci dziś ludzi dotkniętych niesprawiedliwością, niegodziwością, nikczemnością, drapieżnością, żądzą poniżania, nietolerancją, zgryźliwością, złośliwością, wrogością, napastliwością, okrucieństwem, zdziczeniem, nienasyconym łaknieniem znęcania się, które czynią życie bliźnich mniej ludzkim. Odwoływali się do sprawiedliwości ludzkiej, ale ona okazywała się ślepa i bezsilna. Próbowali samoobrony. Niektórzy nawet uciekali się do siły, do niesprawiedliwości, aby sprawiedliwość osiągnąć. Są rozżaleni, że zostali w swym poczuciu krzywdy bezradni i bezsilni. Stąd pod Twoją opiekę się udajemy, za sprawą Twojej Matki Maryi. Przymnóż ludzi, którzy z miłości do Ciebie chcieć będą bronić ludzi skrzywdzonych, jak braci. Będą tworzyć nowy ład sprawiedliwości i miłości.
Niepozorni miłują Cię, Jezu, bo i ty umiłowałeś niepozornych, niekochanych przez innych i nie rozumianych, których dopiero miłość może zrozumieć, i okazałeś się dla nich wiernym Przyjacielem, niezawodnym w każdej potrzebie Sprzymierzeńcem. Tyś „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi” (Flp 2, 7). Prorok widział Cię jako „wzgardzonego i odepchniętego przez ludzi (...) jak ktoś przed kim twarz się zakrywa (...) wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic (...) chłostanego przez Boga” (Iz 53, 2n). Dziś wyznajemy Ci miłość naszą! Stają dziś z nami przed Tobą, Panie, ludzie niekochani, zwodzeni obietnicami, zdradzani po kryjomu, porzucani - zwłaszcza w dzieciństwie i starości, dotknięci nieodpowiedzialnym postępowaniem osób bliskich, niby kochających, samotni i bez jakiegokolwiek oparcia w kimkolwiek, wyzuci ze swego środowiska, obcy wśród nowego porządku, stanowionego przez ludzi współczesnych, jakoś sierocy, owdowiali, bezdzietni, nie tylko dosłownie. Zawierzamy Ci ich Tobie i Twojej Matce. Niech odnajdą ludzi kochających serc, które Ty obudzisz.
Zawierzamy Ci również ludzi, którzy są przez wielu niezrozumiani, niedoceniani w dokonaniach życiowych, lekceważeni, ranieni wyniosłością innych, redukowani w społecznie pełnionych rolach, pomijani w awansach i nagrodach. Niech w miłości ludzkiej odnajdą swoją nie-zbywalną godność i szacunek. Niech poprzez miłość ludzką skosztują smaku miłości Twojej, która jest źródłem tej godności osoby ludzkiej.
Synu Boży, Ty sam doświadczony jesteś zostałeś niewdzięcznością ludzką i jako Bóg i jako człowiek. Przeszedłeś przez swe ziemskie życie „dobrze czyniąc”, i wdzięczności nie doznałeś, podobnie i dziś: pozostałeś z nami pod postacią chleba i wdzięczności od nas nie doznajesz. Ale Twoja miłość okazała się większa, mocniejsza niż nasza niewdzięczność. Przeto wyznajemy Ci naszą wdzięczną miłość za wszystko, coś dla nas uczynił jako Bóg-Człowiek. Zawierzamy Ci, Panie, i Twojej Matce ludzi bolejących bezradnie nad ludzką wobec nich niewdzięcznością. Nie pamiętano o najlepszych ich słowach, życzliwych intencjach działania dla ich dobra, ani o wiernych uczuciach, ani o wielkości ofiary z życia dla nich. Ich czyny dobroci uznano za niebyłe, albo niewarte pamięci, dobrego słowa, upominku, rewanżu. Za dobro, oddano niedelikatnością, nieuprzejmością, nietaktem, niegościnnością, butą, zuchwałością, ubliżeniem, arogancją, nawet wyzwiskiem i obrazą. Nikt tym ludziom zranionym niewdzięcznością nie pomaga, a z tym zranieniem trudno żyć. Panie, prosimy o rozwój cywilizacji miłości, gdzie nie będzie miejsca na niewdzięczność.
Łączę się z Tobą, Panie, Boże Stworzycielu, który los ludzi prze Ciebie stworzonych, ubezpieczasz w świecie, aby wypowiedzieć słowa wdzięcznej miłości i ponowić postanowienie wyrażenia jej czynem przez współpracę z Tobą w dziele przeobrażania świata przez pracę ludzką. Równocześnie świadomi nieszczęść, jakie ludzi spotykają, chcemy zawierzyć Tobie, za pośrednictwem Twego Syna Jednorodzonego i Jego Matki Twoim dziele, nasz Ojcze: Za sprawą Twojego Syna i Jego Matki los ludzi dotkniętych ciężkim niepowodzeniem: kataklizmem powodzi, klęską trzęsienia ziemi, fatum wybuchu wulkanu, dopustem pożaru, szkodliwością upałów i mrozów, oraz deszczów i suszy. Przychodzimy do Ciebie z ofiarami wypadków drogowych, lotniczych, kolejowych. z niewinnymi ofiarami terroryzmu bezsensownego i brutalnego bandytyzmu. Z ludźmi dotkniętych nieszczęściem zawinionym, którego nie da się odrobić, ani się z nim pogodzić. Razem z tymi doświadczonymi przez zły los czekamy na Twoje światło, by choć trochę zrozumieć sens tych dramatów, oraz wyjednać pocieszenie. Chcemy Cię uprosić o pomnożenie takich ludzi, którzy z miłości ku Tobie podzielą się z poszkodowanymi przez los ludźmi wszystkim po bratersku i staną się narzędziem Twojej przyjaznej Opatrzności.
Panie, który mieszkasz w niebie, i tam z miłości ku nam przygotowałeś nam mieszkanie pełne radości, pokoju, wesela, oraz niepojętego szczęścia, pragniemy na Twoją miłość odpowiedzieć miłością, którą Ci dziś wyznajemy. Miłujemy Cię tym bardziej, że w czasie ziemskiego życia mógł o sobie powiedzieć: „Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (Mt 8, 20). Zawierzamy Ci dziś całą rzeszę bezdomnych. „Mieszkańców” wiejskich szop, stodół, chlewików. „Okupantów” stacji kolejowych, strychów, piwnic, kotłowni, kanałów sanitarnych w wielkomiejskich domach. Ludzi, którzy po wyjściu z więzienia potracili miejsca w swoim domu rodzinnym i są gośćmi ledwo tolerowanymi u znajomych. Ludzi, którzy mieszkają w sute-renach i poddaszach, jeśli można jeszcze mówić o mieszkaniu. Mieszkańców życzliwych Domów dla bezdomnych, zazwyczaj im. Św. Brata Alberta. Z trudem wielkim znoszą społeczne odrzucenie, bezzasadną pogardę, poczucie odarcia z godności ludzkiej. Zawierzając ich Tobie, Panie, oczekujemy ożywienia serc ludzi miłujących Ciebie do okazania miłości pomocnej bezdomnym. Niech widzą w każdym bezdomnym brata, którego nie można zostawić w bezradności i bezsilności. Niech uznają w nim godność osoby ludzkiej, która nie może być wydana na niebezpieczeństwo. Byśmy tak pomagali ludziom bezdomnym, jakbyśmy pomogli Maryi znaleźć miejsce, gdzie złożyć może swe Boże Dzieciątko.
Stajemy przed Tobą, Boże, który każdego z nas stworzonego na swój obraz i podobieństwo zapraszasz do współpracy przez to wszystko, co czyni władając światem przez Ciebie - dla niego stworzonym. Uczyniłeś to z zamysłu wielkiej życzliwości ku nam. Wyznajemy Ci dziś miłość, a w niej i nasze zatroskanie, że wielu ludziom dziś jest trudno spełnić Twój zamysł, bo nie ma dla nich pracy. Zawierzamy Ci, Boże nasz, za poręczeniem Krwi Twojego Syna i cierpień Jego Matki, ludzi, którzy chcieli z Tobą współpracować przy przeobrażaniu i doskonaleniu świata przez swoją pracę, ale jej zostali pozbawieni, są w swym zakładzie pracy manipulowani, wykorzystywani przez pozorowaną pracę innych, naciągani na dodatkowy wysiłek tylko z pozoru twórczy, wyzyskiwani przy wypłacie premii i nagród, przemilczani w zapisie dziejów swego odcinka pracy, zwodzeni lichymi, nigdy niespełnionymi obietnicami, powstrzymywani w twórczych zamierzeniach przez ambitnych polityków, odstraszani przez „mocnych” i „twardych” od dobrych przemian i przez to cierpią w swej bezsilności. Przede wszystkim zawierzamy Ci, Boże, ludzi, którzy bez winy utracili pracę, źródło utrzymania, a zwłaszcza szansę samorealizacji życiowej. Bez pracy nie mogą żyć i znaleźć jej nie potrafią. Obudź serca ludzi do solidarności z nimi, do miłości społecznej, którzy dołożą wszystkich sił dla rozwiązania problemu, a nie tylko doraźnej pomocy, która też się liczy.
12. Z Jezusem wśród migrantów
Przywołujemy naszej pamięci Twoją, Jezu, ucieczkę do Egiptu, na rękach Matki i Ojca, gdy anioł Boży rzekł do Józefa: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem” (Mt 2, 13). Domyślamy się trudu i znoju, głodu i pragnienia, niewygody i osamotnienia, obcości, a nawet nieprzyjaźni, tęsknoty za ojczyzną i domem. Wyrażamy wobec was emigrantów do ziemi egipskiej miłość. Równocześnie Zawierzamy Ci, Jezu, ludzi, zwłaszcza Polaków, którzy byli zmuszeni emigrować - uciekać ze swojej Ojczyzny, szukając nowej: za chlebem, za wolnością, za szansą doskonalenia się. Emigrantów - Polaków, którzy pośpiesznie i tchórzliwie, bądź lekkomyślnie pozbywają się własnej tożsamości narodowej i religijnej, którzy wśród nowych braci ujawniają zawstydzające dno duszy polskiej, ale przede wszystkim tych, którzy tęsknią za powrotem do Polski nadaremnie, którzy na całej ziemi zostawiają piękny polski ślad. Zawierzamy Ci cudzoziemców, którzy w Polsce szukają swego, zazwyczaj chwilowego domu i budzą naszą nieuzasadnioną niechęć, pogardę, wrogość. Emigrantów na całym świecie, którzy zazwyczaj są gośćmi niepożądanymi, zwalczanymi. Niech nowe pokolenie chrześcijan staje się z dnia na dzień bardziej przyjazne emigrantom, którzy są naszymi braćmi w potrzebie. Niech miłość dyktuje im rozwiązania ich problemów, a nie uleganie uprzedzeniom, lękom. Niech wiara podpowie im, że wśród emigrantów jesteś Ty, Jezu, nierozpoznany chwilowo.
Jezu, wspominamy zapisy Ewangelii o Twoim prześladowaniu przez rodaków- Żydów: od szemrania przeciw Tobie (J 6, 41), gorszenia się Twoją postawą (J 5, 10n), poprzez uznanie za opętanego (J 8, 52), aż do zamiaru zabicia Cię (J 7, 1). Cała męka i śmierć Twoja miała charakter prześladowania za przekonania religijne. Wyznajemy ci miłość, która bierze swe źródło w owym prze-śladowaniu, aż do śmierci włącznie i to śmierci na krzyżu. Równocześnie zawierzamy dziś Tobie, i Twojej Matce tych wszystkich, którzy odczuwają ciężar prześladowania: za wiarę, za przekonanie, za uznawane wartości etyczne, za zasady życia społecznego, za orientacje polityczne, za sprawiedliwość. Zawierzamy też osoby poddane małemu prześladowaniu przez ludzi małostkowych: ludzi sprzykrzonych irracjonalnymi sądami i nagabywaniem nimi innych; napastowanych wielością złych, niesprawdzonych opinii o Bogu, ludziach, społeczeństwa i o sobie; nachodzonych przez niewczesnych apostołów pseudowartości; zarzucanych przez - obcą dla nich - siermiężną, stereo-typową oceną prawdy i dobra; ludzi, którym się tylko zdaje, że są szpiegowani, śledzeni, tropieni, podglądani, podsłuchiwani, podejrzani; ludzi, którzy czują się pokrzywdzeni narzucającą się szkodliwą dla nich obmową, obczernieniem, oskarżaniem, potępianiem, ośmieszaniem, bolesnym dyskryminowaniem, uprzedzeniem wobec nich innych; wreszcie ludzi zawstydzanych i zastraszanych. Niech każdy z nich z nich znajdzie wśród nas, miłujących Boga swego przyjaznego obrońcę i wspomożyciela. Twórz-my wspólnoty osób przezwyciężających wszelkie prześladowanie - prawdą i dobrem. Ci ludzie przez Boga umiłowani muszą znaleźć w nas oparcie. „Bądź mężny i mocny, nie lękaj się, nie bój się, gdyż Bóg twój idzie za tobą, nie opuści cię i nie porzuci” (Pwt 31, 6).
Jezu, Ty nam w swej wielkiej miłości powiedziałeś: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak, jak daje świat, Ja wam daję” (J 14, 27), i tak rzeczywiście uczyniłeś. Nim żyjemy, radujemy się i jesteśmy szczęśliwi w sercach naszych, w sumieniach. Jak nie darzyć Cię miłością? Równocześnie wierzymy, że równie drodzy dla Ciebie są ludzie dotknięci skutkami braku pokoju. Dlatego zawierzamy się Tobie, Dawco pokoju wraz z wszystkimi ofiarami wojny i przemocy. Najpierw z ofiarami wojen najkrwawszych, atomowych ( w Hiroshimie i Nagasaki); wojen o charakterze ludobójczym (w Kambodży, w Wietnamie, Rwandzie, Czeczenii); wojen o zasięgu światowym. Łączymy się z poległymi, z okaleczonymi, czy z powodu wojny wykolejonymi żołnierzami, którzy nie uznawali racji swej walki. Łączymy się z ludnością cywilną, której w czasie wojny popalono domy, szkoły, świątynie; skazaną na wojenny głód, chłód, rany, gwałt; poddaną trwodze o najdroższych i o przyszłość; niepewną życia, zdrowia, godności. Łączymy się z dziećmi srodze skrzywdzonymi okrucieństwami wojny. Ze starcami, którzy w wojennej zawierusze już nawet modlić się nie mogą. Z ocalonymi, którzy żałują, że ocaleli. Z ludźmi, którzy ze względu na miłość do Ciebie, niosą piękną pomoc ofiarom wojny: chleb, wodę, lekarstwa, dając w zastaw swoje życie. Odbudowują zniszczone świątynie, szkoły i domy. Pomagają zacząć normalne życie w miłości, a nie w nienawiści. Pomagają odbudować pełny wymiar osób ludzkich ze swoistego kalectwa i ruin.
Jezu, wspominamy Twoje przyjacielskie, pomocne, przygarnięcie chorego młodzieńca, który „bardzo cierpiał, bo często wpadał w ogień, a często w wodę” (Mt 17, 15). Może-my przypuszczać również chorobę dyszy, którą jest wykolejenie moralne, kiedy rzuca człowiekiem raz w grzech, raz w dobro. Cieszymy się, że i tacy odnaleźli w Tobie miłość leczącą. I my, których też rzuca, raz w grzech, raz w dobro, wyznajemy przed Tobą naszą miłość. Równocześnie zawierzamy Ci dziś, Jezusie, Synu Boży i Twojej Matce młodzież, zwłaszcza trudnego dojrzewania. Tych, którzy podejmują irracjonalny bunt przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Wiedzą, czego nie chcą, ale nie wiedzą czego chcą. Chcą zaczynać swe życie od zerwania więzi z całą przeszłością, której dokładnie nie znają, a nie mają wizji przyszłości. Chcą sami decydować o prawdzie i dobru, stąd narażeni są na porażki. Są urzeczeni doczesnością i jej blichtrem, stąd ich smutne rozmijanie się z wartościami najwyższymi, zwłaszcza Bożymi. Może jeszcze są „niewinnymi czarodziejami”, może już „na wirażu” wykolejenia. Panie, zawierzam Ci szczególnie już wykolejonych, głęboko zdeprawowanych, od których się wszyscy odsuwają, których potępiają. Zawierzając ich Tobie, prosimy o uleczenie i oczekujemy, że wzbudzisz ludzi charyzmatycznej miłości ku nim, wobec nich mądrze troskliwych i bezgranicznie ofiarnych. Niech nie lękają się pójść za nimi aż do więzienia, albowiem cokolwiek uczynią wobec jednego z tych uwięzionych Tobie samemu uczynią (Mt 25, 36).
Jezu! Jeśli wspomnimy, że ze swą twórczą miłością, byłeś wśród najbardziej nieszczęśliwych, zniewolonych przez innych ludzi, to spotkamy Cię i wśród współczesnych niewolników, zniewolonych przez siebie samych, uzależnionych od alkoholu, narkotyków czy seksu. Bo w miłości Twojej nie mogło być cienia pogardy, tylko życzliwość, tylko przyjacielskość. Takiej też miłości uczymy się od Ciebie. Podobną miłość, niczym nieograniczoną wobec Ciebie dziś wyznajemy. Równocześnie zawierzamy Ci naszych współczesnych niewolników, ludzi wielorako zniewolonych i uzależnionych: przez sidła alkoholu, który niszczy ich zdrowie, zdolność życia społecznego i twórczego, zuboża; przez jarzmo narkotyków, które ich niszczą jako ludzi rozumnych, wolnych, radosnych; przez potrzask namiętności, które ich wodzą po bezdrożach ludzkiego i własnego szacunku. Jest choroba ich duszy i dramat życia, bo z ogromnym trudem, poprzez cierpienie wracają z krainy U-zależnienia. Bez szczególnej Twej łaski nie ma dla nich wewnętrznego nawrócenia i odnowy życia. Dlatego modlimy się do Ciebie, Chryste, „aby znaleźć uzdrowienie ze swych chorób [zniewalających]. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła z Niego i uzdrawiała wszystkich” (Łk 6, 18n). Bez pomocy ludzi niesłychanie dla uzależnionych życzliwych, nie dają sobie rady sami z tym zniewoleniem. Tę chorobę duszy leczy się nie siłą nakazu, czy zakazu; nie siłą środków farmakologicznych, ale mądrą, ofiarną, wytrwałą miłością innych ludzi, zwłaszcza najbliższych. Jezu! Potrzebujemy wielu takich ludzi, którzy z miłości do Ciebie, dadzą siebie drugim w przeogromnie niewdzięcznej posłudze.
Jezu, odwołujemy się do Twej miłości wobec własnej rodziny, szczególnie wobec Matki, Maryi. Również każde małżeństwo i rodzina chrześcijańska jest „małym Przymierzem” z Tobą, stąd Twoja obecność w rodzinie w „Kościele domowym”, miłowanie tej wspólnoty i nieustanne obdarowywanie. Za tę Twoją miłość wyznajemy wdzięczną miłość. Równocześnie zasmuceni otaczającą rzeczywistością małżeństw i rodzin zawierzamy Ci każde małżeństwo i rodzinę, a szczególnie błogosławione przez Ciebie. Wiele z nich przeżywa kryzys: przysięgali sobie miłość, ale nie do końca zrozumieli jej prawa i wymogi; przysięgali sobie życie razem, w wierności aż do śmierci, a nie umieją budować i doskonalić swej wspólnoty; również przyobiecali Tobie żyć w małżeństwie według Twojego zamysłu, a już przy spodziewaniu się pierwszego dziecka rozmijają się z Twoim zdaniem. Ulegają emocjom, które czatują na konflikt. Nie szukają dialogu, który mógłby ocalić ich wspólnotę. Nie szukają porady ludzi mądrych, doświadczonych i pomocnych w budowaniu wspólnoty małżeńskiej. Widzą tylko ostateczne rozwiązanie, rozstanie. Tym zawierzeniem chcemy tym małżeństwom i rodzinom zjednać u Ciebie dodatkową pomoc. Obudź gorliwość wielu pięknie miłujących Ciebie i siebie małżonków i rodziców do dawania świadectwa tych miłości wobec rozpadających się małżeństw i rodzin.
Jezu! Ze wzruszeniem wracamy myślą do Twego testamentu na rzecz Umiłowanej Matki i ucznia, który uczyniłeś w godzinie swej największej miłości ziemskiej - na krzyżu. „Kiedy Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: ‘Niewiasto, oto syn Twój’. Następnie rzekł do ucznia: ‘Oto Matka Twoja’. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie” (J 19, 26-27). W tym darze Twego testamentu i my odnaleźliśmy Twoją miłość do nas. Dziś tę miłość razem z Maryją wyznajemy wobec Ciebie. Równocześnie zawierzamy Ci Jezu, razem z Maryją wszystkich ludzi jesieni życia, ludzi starych, dla których starość jest podobna do pogodnej jesieni przez spadania liści. Codzień doznają ogołocenia: z ludzi przyjaznych, którzy umierają, z dóbr materialnych i możliwości ich zdobywania, ze sprawności wielorakiej, z najprostszych przejawów zdrowia. Są nękani przez lęki: przed chorobą przykuwającą do łóżka, bądź wózka inwalidzkiego, przed uzależnieniem od innych osób, przed czającą się śmiercią. Chcą, ale nie zawsze umieją pięknie się starzeć, stąd boleśnie doznają poczucia odsunięcia się od nich młodszego społeczeństwa. Nie umieją odczytać swego starczego powołania, od Boga danego, a dla którego otrzymali od Boga dar starości. Sami siebie często skazują się na nudę oczekiwania na łaskawą śmierć. Nie stać ich na dojrzałe spojrzenie wstecz, ani ufne spojrzenie w przyszłość. Nie stać ich na mądre zagospodarowanie kredytu Bożego - długich dni starości. W cień śmierci idą chyłkiem i bez godności. Ale Ty, Jezu, jesteś ich rzeczywistą ostoją. W dniach, kiedy „wyrostek sponiewiera starca” (Iz 3, 5), ożyw serca młodych w swojej miłości tak, by wczuli się w niedolę wielu starych ludzi i umieli i chcieli im skutecznie pomagać w pięknym zamknięciu bilansu życia.
Jezu, czujemy się w Twojej obecności jak Apostołowie w łodzi, z której przywołałeś do siebie Piotra, by szedł ku Tobie po wzburzonych falach jeziora. Piotr, gdy zaczął tonąć, krzyknął: „Panie, ratuj mnie!” Wtedy wyciągnąłeś rękę i chwyciłeś go, mówiąc: „Czemu zwątpiłeś małej wiary?” (zob. Mt 14, 22-31). I my czujemy uchwyt Twoje dłoni i słyszymy Twój głos: „Czemu zwątpiliście, małej wiary?” Odpowiadamy z wielką miłością: „Pan mój i Bóg mój” (por. J 20, 28).
Śpieszymy się z zawierzeniem Tobie, Panie, wiary wszystkich nas, słabych ludzi. Żyjemy w świecie bez Boga i ulegamy tej wizji czy chcemy, czy nie chcemy. Mówią wokoło nas o "śmierci Boga" i to zostawia swój osad w naszych duszach. Wielu ma wątpliwości we wierze, które przenikają do braci. Mają trudności w zrozumieniu nie-których prawd Bożych i Jego zamysłów wobec ludzi i tymi wątpliwościami dzielą się z nami. Tracą więź religijną z Bogiem i krzyczą o tym, słyszymy ten krzyk. Przykrawają do swojej miary widzenia obraz Boga i odchodzą od „takiego” Boga, a my widzimy i cierpimy. Wszyscy, ciągle od nowa szukamy Boga miłości i miłosierdzia, i Tobie się zawierzamy. Prosimy o wspaniałomyślnych i wielkodusznych apostołów Twoich, którzy z sercem przepełnionym miłością ku Tobie, będą dawać świadectwo o Twojej miłości. W nas obudź pragnienie apostolstwa Twojej miłości.
Wraz z ewangelicznym młodzieńcem ciągle wracamy do Ciebie, Jezu, z niespokojnym pytaniem: „Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?” (por. Mt 19, 16). I ciągle od nowa prowadzimy z Tobą dialog na temat Twoich zamysłów wobec nas. Ten dialog to wyraz Twojej miłości ku nam i nasze wyznawanie miłości ku Tobie, za którym idzie posłuszeństwo wiary.
Z wielką troską zawierzam Ci dziś, Jezu, ludzi szukających odpowiedzi na pytanie bogatego młodzieńca ewangelicznego: Co dobrego mam czynić? Niektórzy świadomie wybierają czynienie zła, jako dominantę i sens swego życia. Wielu chce suwerennie decydować o dobru lub złu i zgodnie ze swoją oceną, bez oglądania się na kogokolwiek - działać. Wielu chce działać tylko dla własnej - choćby pozornej korzyści, przyjemności czy szczęścia, bez pytania o dobro i zło. Wielu szuka oparcia dla swoich zasad w Tobie, Boże, ale ciągle się o coś z Tobą wadzi: o granice Twojego Prawa, o sens Twoich nakazów i zakazów, o granice swojej wolności. Niektórzy są tylko na tyle słabi, że wykonują tylko to, co zdaje im się łatwiejsze. Miej cierpliwość dla nas wszystkich szukających i nękających Cię pytaniami. Z zagubienia we współczesności po-chodzą! Wzbudź wśród nas charyzmatycznych apostołów wartości chrześcijańskich, którzy Twój dialog z bogatym młodzieńcem poprowadzą w Twoim duchu dalej. I nam pozwól wyznawać swą miłość ku Tobie poprzez utwierdza-nie braci w chrześcijańskich postawach życiowych.
Ze wzruszeniem wracamy myślą do domu Szymona Faryzeusza, gdzie u stóp Twoich siedziała grzesznica i łzami je oblewała, włosami wycierała, olejkiem nacierała, całowała. Tyś powiedział: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała” (por. Łk 7, 36-50). I my, przypadamy do stóp Twoich, by razem z grzesznicą ujawnić wielką naszą miłość ku Tobie, bo liczne mamy grzechy do odpuszczenia.
Z ogromną pokorą stajemy dziś przed Tobą, Panie, aby zawierzyć Ci wszystkich grzeszników szukających Pojednania i Pokuty. Wielu trwa w niepewności, czy Ty jemu przebaczysz; ze względu na ciężar grzechów, ze względu na brak poprawy a nawet nałóg? Czy Ty słuchasz ich wyznania? Czy takiego wyznania potrzebujesz? Czy człowiek może się wewnętrznie przemienić i podnieść ze zła i z grzechu? Za każdym z tych pytań kryje się niepewność co do Twojej i swoje miłości, tęsknota za Tobą, jako Bogiem, który z miłości ku grzesznikowi przebacza, cierpienie - czasem wielkie cierpienie niespokojnego serca, które pragnie w Tobie spocząć. Zawierzamy Ci, Jezu, tych, którzy przyzwyczaili się do grzechu i grzech ich nie boli, wręcz odwrotnie. I tych, którzy w przeszłości mieli złe doświadczenia z Pojednaniem i Pokutą i mają urazy. I tych, którzy nie tęsknią za Twoją miłością większą niż grzech, aby stać się na nowo umiłowanym dzieckiem Bożym i żyć z Tobą w przyjaźni.
Z zawierzeniem grzeszników Tobie, Jezu, łączymy naszą prośbę o wielkich spowiedników - sług pojednania z Tobą. O apostołów Twojego miłosierdzia, którzy podprowadzaliby braci nie pokutujących do Ciebie, do Twej miłości miłosiernej.
Jezu, któryś nas zaprosił: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec niebieski (Mt 5, 48) i przez swą ewangelizację ukazywałeś nam doskonałość Ojca, oraz przez dopuszczenie nas do mocy zbawczych wysłużonych na krzyżu usprawniasz nas do doskonalenia się, wyrażamy Ci wdzięczną miłość. Teraz już tylko od nas będzie zależało, czy na Twoją hojną miłość odpowiemy postępem w doskonaleniu się.
W dzisiejszym zawierzeniu Tobie, Jezu, nie tylko siebie, ale i braci odwołujemy się do wezwania: „Bądźcie więc doskonałymi, jak doskonałym jest wasz Ojciec niebieski”. Bo dla wielu to wezwanie zdaje się być niemożliwe, albo za trudne do realizacji. Wielu sądzi, że to wezwanie skierowane jest do wybranych, a nie do wszystkich. Wielu widzi w tej drodze do doskonałości tylko niepotrzebny trud, a nie własne spełnienie. Wielu próbowało bezskutecznie, oczekując z dnia na dzień na sukces. Niektórzy zniechęcili się własną nieporadnością. Wiara w Twoją miłość przekonuje nas, że Twoje wezwanie do doskonałości jest skierowane do wszystkich, wszyscy ją mogą przy Twojej pomocy osiągnąć, wielu ją rzeczywiście osiągnęło. W drodze do doskonałości nikogo nie zostawiasz bezradnym i bezsilnym. Jezu, zawierzamy Ci także tych wszystkich, którzy z miłości ku Tobie pomagają innym w drodze do doskonałości. Szczególnie tych, którzy tworzą wspólnoty miłości, (oazy) nastawiane na własną doskonałość moralną. Bez miłości wzajemnej takiej wspólnoty nie sposób osiągnąć.
Ze świadomością, że szukając Ciebie, jako Boga miłości, stajemy przed tajemnicą świętości, za którą tęsknimy, której szukamy, której od miłości Najświętszego oczekujemy. Razem z tymi, „którzy zostali uświęceni w Chrystusie i powołani do świętości, którzy na każdym miejscu wzywają imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa” (por. 1 Kor 1, 2), wyznajemy Ci miłość, która stanowi istotę świętości, bo jest przebóstwieniem naszej ludzkiej natury. W niej my, ludzie stajemy się dziećmi Bożymi, przyjaciółmi Bożymi. Równocześnie zawierzamy Ci, Jezu, tych ludzi, którzy zmierzają do świętości, ale napotkali zdawałoby się nieprzezwyciężalne przeszkody, zniechęcają się, obojętnieją na świętość. I tych, którzy nie podjęli jeszcze drogi świętości, bo trochę jej nie rozumieją, trochę się jej boją, albo są do niej uprzedzeni. I tych, którzy nie rozpoznali autentycznej świętości i po wędrówce przez manowce - zrezygnowali z niej. Łączymy się z wszystkimi domniemanymi kandydata-mi do świętości, którzy nie mają wizji, sensu, i drogi do tego przedziwnego zjednoczenia z Tobą, do przedziwnego współdziałania z Tobą, do całkowitego zatopienia się w Tobie. Czekają na Twoich wysłanników, którzy będąc z Tobą zjednoczeni w miłości i im pomogą odnaleźć świętość, która prawdziwą świętość, która rozszerza nasz horyzont, uwzniośla nasze życie, pogłębia, uczyni je szlachetniejszym, bo Twoim, Bożym.
W ekumenicznej modlitwie wyznajemy Ci miłość, Jezu, jako Temu, który przez swą miłość do Ojca stałeś się zasadą jedności tych wszystkich, którzy pójdą za Tobą. Ty modliłeś się o tę naszą jedność w wierze w swej arcykapłańskiej modlitwie i prosiłeś umiłowanego Ojca: „aby tak jak My, stanowili jedno” (J 17, 11). Równocześnie dzisiaj przykro doświadczeni rozłamami, w których każdy z Kościołów może odnaleźć swój grzech i winę zawierzamy Ci naszą troskę o jedność. Jedną, choć trochę różną wiarą w Tobą zjednoczeni; jedną nadzieją w Tobie zakotwiczoną - choć różnie wyrażaną - wspólnie krzepieni; jedną miłością przez Ciebie obdarowani – „trochę wspólnie” służymy Tobie i ludziom, szukamy doskonalszej jedności. Szukamy pełnego wymiaru wspólnej rodziny Chrystusowej, jaką przecież stanowimy: przez zrozumienie się wzajemne, aby się porozumieć; przez życzliwy dialog; przez wspólne modlitewne stawanie przed Tobą; przez współdziałanie na wielu polach posługiwania ludziom. Zapraszamy do tego zawierzenia wszystkie wspólnoty chrześcijańskie, zwłaszcza te, z którymi stykamy się na co dzień.